Zaczęło się tak niewinnie od spojrzenia ot tak przed siebie. Mój wzrok niepowstrzymany śmignął za okno ponad dachami aż po horyzont. Rozbuchana swoboda owego wzrokowego śmignięcia sprawiła, że poczułem się jakiś taki nieswój. Coś się zmieniło. Dramatycznie. Czegoś było mi brak. Jakiegoś punktu odniesienia. Oparcia. Bez którego przewróciłem się i runąwszy w głąb mojego jestestwa zwiedziłem niektóre jego zakamarki. Introspekcja była ciekawa, ale dość krótka, bo próbując zogniskować na czymś wzrok skonstatowałem, że świat zszarzał i wypłowiał, jakbym nagle zapadł na daltonizm. A jeszcze wczoraj cieszył oczy wysoce skondensowanymi barwami nader inspirującej kreacji koleżanki, która przebrała się była za klauna. Nie sądzę, żeby to była świadoma stylizacja – po prostu tak jej samo niechcący wyszło, dzięki szalenie efektownej tunice w kolorze arogancko soczystej zieleni, przyozdobionej od frontu trzema krwistoczerwonymi pomponami. Uśmiechnąłem się przypominając to sobie i w tym momencie mnie olśniło. Zrozumiałem skąd to moje wrażenie zapadnięcia na nagły daltonizm i poczucie braku. Nie było JEJ! Nie było tej mojej ulubionej, przemocą swoich wysoce skoncentrowanych kolorystycznie kreacji oraz migotliwością dodatków osaczającej i więżącej mój wzrok (nie sposób od nich oczu oderwać!), koleżanki. Aktualnie przebywa na urlopie. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak ja się w robocie odnajdę!
Podsumowanie tygodnia 477
4 godziny temu