09 marca

O wypłowieniu świata

Zaczęło się tak niewinnie od spojrzenia ot tak przed siebie. Mój wzrok niepowstrzymany śmignął za okno ponad dachami aż po horyzont. Rozbuchana swoboda owego wzrokowego śmignięcia sprawiła, że poczułem się jakiś taki nieswój. Coś się zmieniło. Dramatycznie. Czegoś było mi brak. Jakiegoś punktu odniesienia. Oparcia. Bez którego przewróciłem się i runąwszy w głąb mojego jestestwa zwiedziłem niektóre jego zakamarki. Introspekcja była ciekawa, ale dość krótka, bo próbując zogniskować na czymś wzrok skonstatowałem, że świat zszarzał i wypłowiał, jakbym nagle zapadł na daltonizm. A jeszcze wczoraj cieszył oczy wysoce skondensowanymi barwami nader inspirującej kreacji koleżanki, która przebrała się była za klauna. Nie sądzę, żeby to była świadoma stylizacja – po prostu tak jej samo niechcący wyszło, dzięki szalenie efektownej tunice w kolorze arogancko soczystej zieleni, przyozdobionej od frontu trzema krwistoczerwonymi pomponami. Uśmiechnąłem się przypominając to sobie i w tym momencie mnie olśniło. Zrozumiałem skąd to moje wrażenie zapadnięcia na nagły daltonizm i poczucie braku. Nie było JEJ! Nie było tej mojej ulubionej, przemocą swoich wysoce skoncentrowanych kolorystycznie kreacji oraz migotliwością dodatków osaczającej i więżącej mój wzrok (nie sposób od nich oczu oderwać!), koleżanki. Aktualnie przebywa na urlopie. Nie wiem, naprawdę nie wiem, jak ja się w robocie odnajdę!

27 lutego

Kolczuga i inne militaria

Drzwi się otwarły i pojawiła się w nich roziskrzona, srebrzysta postać. Migotliwe świetlne iskry, jak maleńkie błyskawice, skakały po niej oślepiając moje oczy. Anioł – pomyślałem oniemiały, kiedy świetlista postać zbliżała się w moim kierunku. Chciałem wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w krtani. I dobrze, bo to nie był anioł tylko koleżanka przyodziana w srebrną kolczugę. Tak, w kolczugę! Zabezpieczającą ją od szyi po kolana. Usiadła na swoim miejscu odprowadzona spojrzeniami pełnymi szczerego podziwu. Zastanowiło mnie, dlaczego przy siadaniu kolczuga ta nie zazgrzytała i nie zachrzęściła, jak można byłoby się spodziewać. I jak powinna była! Brak owego chrzęstozgrzytu zrodził moje podejrzenie, że nie jest ona wykonana z metalu, a z jakiegoś innego, tajemniczego materiału. Może to owa legendarna kolczuga Froda, wykonana z bezcennego mithrilu, miękka jak jedwab i mocna jak kevlar połączony z włóknami aramidowymi i szybą przeciwpancerną? Frodo odpłynął za morze, więc nie jest mu już potrzebna, a dla koleżanki jak znalazł. Nawet jeśli to nie mithril, a zwykła srebrna dzianina, to i tak nie można nie docenić jej psychologicznego oddziaływania na ewentualnego zamachowca. Skąd taki wniosek? Ano stąd, że koleżanka porusza się głównie komunikacją miejską, a po przeczytaniu posta diabła w buraczkach >>KLIK<< o czyhających w niej zagrożeniach, olśniło mnie: koleżanka po prostu się zabezpiecza przed ewentualną napaścią uzbrojonych strzyg ową miejską komunikacją się przemieszczających. Choć… Znając ją, nie sądzę, żeby jakakolwiek strzyga ośmieliła się na nią targnąć ręką, szponem, tudzież innymi militariami. Po prostu, jak mówi gawiedź u mnie w górach, ręka by jej „uskła” zanim by koleżanki dosięgła. Odgryzłaby ją jej z szybkością błyskawicy. Zerkając dyskretnie na to cudo, które na siebie włożyła, pomyślałem sobie, że gdyby ją zobaczył pan Jacyków, botoks w twarzy by mu się zwarzył, zalewając jego jestestwo taką dawką zwarzonej botuliny, że zwoje mózgowe rozwinęłyby się mu i zwinęły z powrotem w odwrotnym kierunku, zmieniając go przy okazji z waginosceptyka w waginoentuzjastę, tak, że padłszy na kolana błagałby ją skamląc, by go wystylizowała i poślubiła. Paradowaliby potem razem wystrojeni po czerwonych dywanach salonów…

Ciekawe, czy w spadku po Frodzie otrzymała też słynną pelerynę niewidkę? Jeśli któregoś dnia w robocie ujrzę samoklikającą klawiaturę, samoprzemieszczające się powietrzem kartki papieru, tudzież samobujający się fotel (koleżanka lubi się czasem na fotelu bujnąć), będę wiedział, że to nie żadne czary mary, a dzień prezentacji owej peleryny niewidki. Skomplementuję, że bardzo twarzowa. A co…

***

Gocha zadzwoniła wczoraj, żeby pogadać. Nie jest to w tym wypadku (wyjątkowo) eufemizm, bo rzeczywiście zadzwoniła, żeby pogadać a nie, jak ma w zwyczaju, pomonologować. Miała niezmiernie rzadki napad potrzeby realizacji integrującego dialogu, żeby poczuć się częścią jakiegoś środowiska i muszę przyznać, że całkiem przyjemnie się z nią pogadało. Nie to, że szał był i tyłek urwało, nie. Konwencja pępka wszechświata zarządzającego wszystkimi i wszystkim nie była jednak dominująca, co w jej przypadku było ogromnym poświęceniem, do jakiego – zdawało mi się – nie była zdolna i już to, w konfrontacji ze zwykłą jej egocentryczną megalomanią sprawiło, że gadało się przyjemnie. Człowiek zna kogoś całe życie i wydaje mu się, że zna tego kogoś dobrze, a tu proszę, surprise, bo okazuje się, że nawet Gocha czasem potrafi swój egotyzm utrzymać na wodzy. W tym kontekście, po tym jak ją bezlitośnie obsmarowałem onegdaj – a powszechnie wiadomym jest, że prędzej język bym sobie wyrwał niż obmówił bliźniego - obiecuję rozważyć, jak tylko opublikuję tego posta, czy aby nie wyrwać sobie tego mojego niewyparzonego jęzora z jamy gębowej… 

Update (30 sekund przed publikacją)

Po głębokim namyśle postanowiłem jednak tego nie robić, bowiem z doświadczenia wiem, że egotyzm i megalomania stanowią nienaruszalne jądro osobowości Gochy, więc następny jej telefon, najprawdopodobniej doskonale wpasowujący się w zwyczajną konwencję, z obsobaczenia jej mnie rozgrzeszy…  

18 lutego

Stylizacja

Idąc do pracy znalazła przy drodze sponiewierane zwłoki lisa, sine od odniesionych obrażeń. Ujęta ich niezwykłym fioletowym kolorem pomyślała, że szkoda byłoby, gdyby takie dobro się zmarnowało, podniosła je więc i okręciła wokół szyi. Zupełnie przypadkiem pasował idealnie do reszty jej garderoby, równie jak lisie truchło sinej. Pracowała cały dzień z tym lisim denatem u szyi, którego łapki smętnie majdały przy każdym jej co żwawszym ruchu. To był porażający widok. Koleżanka dba, żebyśmy się za szybko nie uodpornili na jej jakże efektowne stylizacje...

14 lutego

The man I love

The man I love

06 lutego

Tabu

Tabu
Jest rok 1814. Wojna między rodzącymi się Stanami Zjednoczonymi a Anglią wciąż trwa. James Delaney po 10 latach spędzonych w Afryce, na wieść o śmierci ojca wraca do Londynu, by objąć po nim schedę – upadający biznes i strategiczny kawałek ziemi położony na hipotetycznej granicy pomiędzy tworzącymi się Stanami a wciąż pozostającą we władaniu Anglii Kanadą. Owego kawałka ziemi pragnie również Kompania Wschodnioindyjska. Delaney, mający co do tego skrawka lądu swoje własne plany, znajduje się w samym środku niebezpiecznej rozgrywki trzech potężnych graczy, dzięki swojemu sprytowi i bezwzględności stając się czwartym rozgrywającym. 
„Tabu” to autorski projekt Toma Hardy’ego. Napisał go wspólnie z ojcem, Edwardem "Chipsem" Hardy’m, scenarzystą i pisarzem oraz Stevenem Knightem, mającym na koncie rewelacyjne „Peaky Blinders”. Za produkcję serialu odpowiada Ridley Scott. Koprodukcja BBC i stacji FX, łącząca angielskie wyrafinowanie z amerykańskim rozmachem, to spełnienie marzeń wielbicieli produkcji kostiumowych. Szalenie efektowne, pięknie sfilmowane, doskonale zagrane. Dużo tu mroku, makabry, groteski, karykaturalnych postaci, z których większość ma zaawansowaną próchnicę, a niektóre również widoczne skutki chorób wenerycznych, bardzo powszechnych w XIX wieku. No i jest znakomite aktorstwo Toma Hardy’ego, jednego z najciekawszych i najzdolniejszych aktorów swojego pokolenia. Oszczędne, głębokie, niejednoznaczne i szalenie wysublimowane. Jego bohater jest dziki, mściwy i bezwzględny, ale też zmysłowy i intrygujący. Kipi w nim mrok, żądza zemsty, ale również wielka namiętność do ukochanej sprzed lat.
   
Tytuł serialu to nie przypadek. Dla Brytyjczyków prawda o Kompanii Wschodnioindyjskiej przez lata była tabu. Ta gigantyczna organizacja, dzięki której Wielka Brytania stała się imperium, parała się nie tylko handlem (również niewolnikami), ale też polityką, wywiadem, lichwą, korupcją i zbrodnią. Jej działalność zapoczątkowała królowa angielska Elżbieta I nadając jej przywilej monopolu handlowego z Indiami Wschodnimi. Na terenach kolonizowanych przez Brytyjczyków instytucja ta miała szerokie uprawnienia polityczne i administracyjne, daleko wykraczające poza tradycyjny handel. Mogła utrzymywać własną armię, zawierać układy polityczne i sojusze, wypowiadać wojnę, miała prawo do posiadania własnej waluty i pobierania podatków. Na przestrzeni XVII i XVIII wieku podbiła Indie, którymi de facto rządziła aż do 1858 r., mając zasadniczy wpływ na kreowanie brytyjskiej polityki imperialnej. W 1813 r. rząd brytyjski zniósł monopol kompanii na handel z Indiami, a w roku 1858, po powstaniu sipajów, przejął władzę w Indiach. Kompania została rozwiązana w roku 1874. 

Po obejrzeniu czterech odcinków mogę powiedzieć, że jestem tym serialem oczarowany. To majstersztyk, wymagający stuprocentowej uwagi widza, ale za tę uwagę szczodrze się odwdzięczający. Szczerze polecam.

04 lutego

Wyścig

Obudziły mnie nad ranem dreszcze i wzbierające mdłości. Zerwałem się z łóżka... Choć nie, nie zerwałem się. Wstałem godnie, bo zawroty głowy nie pozwoliły mi się zerwać. Asekurując się ścianą poczłapałem do łazienki najszybciej, jak tylko się dało. Prawa łapka na ścianie, lewa nózia, prawa nózia, prawa łapka, lewa nózia, prawa nózia, prawa łapka, lewa nózia, prawa nózia… Drzwi. Korytarz pokonałem jednym posuwistym, chwiejnym krokiem. Dopadłszy łazienki… Cóż, powiem tylko tyle, że wyścig z pawiem udało mi się wygrać. Droga powrotna do łóżka wyglądała podobnie, jak ta do łazienki, z tą różnicą, że nieponaglany womitem kroczyłem z chwiejną godnością, asekurując się dla odmiany lewą łapką. Przemieszczając się pomyślałem sobie, że złapałem cholerną grypę, bo ciążę, którą owe poranne mdłości mogłyby sugerować,  z całą pewnością mogłem wykluczyć. Zsunąłem się wdzięcznie do łóżka i zapadłem w taki dziwny półsen, który trwał aż do dzisiejszego ranka. Już jest lepiej, co znaczy, że zaczynam zdrowieć. 

24 stycznia

SOS dla Michała

SOS dla Michała
Michał ma 36 lat, choruje na stwardnienie rozsiane. Na przełomie lutego i marca ma zaklepane miejsce na turnusie rehabilitacyjnym szytym na jego miarę. W Bornem Sulinowie rehabilituje się pacjentów chorych na stwardnienie rozsiane, ale niestety to kosztuje. W sumie niewiele, bo 3 tysiące, ale Michał takiej sumy nie ma. Pomóżmy Mu. Gdyby ktoś z Szanownych Czytelników zechciał się dołączyć, wystarczy kliknąć w poniższe zdjęcie (ulotka), na którym można znaleźć wszystkie potrzebne dane.
Lub zajrzeć na bloga Skorpiona w rosole, czyli Moniki i tam o Michale poczytać.

Dziękuję.

12 stycznia

Truchło

Weszła niosąc przewieszone na ramieniu, uwieszone na dwóch uchach, dosadnie pomarańczowe, włochate, rozdęte, bezwładne truchło gigantycznej gąsienicy, której kudłate wypustki w takt jej kroków falowały, hipnotycznie ogniskując na sobie spojrzenia wszystkich obecnych. Wrażenie było piorunujące. Zauważyła to i zadowolona uśmiechnęła się nieznacznie. Doszedłszy do swojego miejsca usiadła, a gąsienicowy zezwłok z czułością złożyła na krześle obok. Przyjrzałem się truchłu z bezpiecznej odległości, bo przecież mogło spać jedynie i obudzone rzucić w moją stronę, żeby ukąsić, albo i opluć nawet. Moja ostrożna kontemplacja przerwana została przez koleżankę, która rozpiąwszy gąsienicy włochaty kubraczek, wyciągnęła z jej wnętrza swój telefon komórkowy, uświadomiwszy mi tym gestem, że to coś, co wziąłem za zwłoki zmutowanej gąsienicy, w istocie było… torebką. Koleżanka w myśl zasady, że to dodatki odróżniają nas od zwierząt, dba, żeby jej były niezapomniane.

11 stycznia

Unforgettable

Unforgettable

26 grudnia

George Michael

George Michael
Media poinformowały rano, że wczoraj odszedł George Michael. Wspaniały artysta, który popełnił jedną z moich ulubionych płyt „Listen without prejudice”. Piosenka „Freedom” i nakręcony do niej teledysk w 1991 roku były objawieniem. Wystąpiły w nim Cindy Crawford, Linda Evangelista, Christy Turlington, Naomi Campbell – ikoniczne top modelki i piękne kobiety. Do „Listen without prejudice” mam stosunek szczególny, bowiem towarzyszyła ona wielu ważnym momentom mojego życia. To moja muzyka terapeutyczna. Żałuję, że George Michael zaśpiewa mi już tylko z nagrań. Niech odpoczywa w pokoju.

24 grudnia

Święta

Święta

Takie prościutkie przemyślenie
na Święta w głowę mi się wwierca,
że każde Boże Narodzenie
to jest pytanie o kształt serca

Gdy złączy nas stajenka cicha,
czujemy jedną chwilkę małą,
że nasze serce jeszcze dycha,
że nie ze wszystkim nam stwardniało,

że został mały punkt, szczelina,
gdzie się choć jedna iskra złoci,
od której nagle się zaczyna
płomyk nadziei i dobroci.

Spójrz: znowu mamy po lat siedem,
w kolebce Panna Syna pieści,
w krąg jest inteligencka bieda,
ale stół biały wszystkich zmieści.

Jest przy nim nas gromadka liczna
i chociaż goło, lecz wesoło,
i Twoja Matka - jaka śliczna!-
ściska się z Tobą pod jemiołą.

Pamiętasz to? Poczułeś dreszcze?
To znaczy, że nie zginiesz w tłumie.
Wzruszyłeś się? Pożyjesz jeszcze
i sercem parę słów zrozumiesz,

bo jest w tym chyba jakaś racja,
że Święta w białych pól kobiercu
to jest magiczna operacja
czyniona na otwartym sercu.

Z tym sercem zawsze stara bida,
stwardniałe, zimne, ciężko chodzi,
więc taki zabieg mu się przyda
na Święta, gdy się Chrystus rodzi.

Nim się kłopotów zwali tyle,
co zawsze były, są i będą,
otwórz swe serce i na chwilę
spróbuj podleczyć je kolędą...

Wojciech Młynarski Wiersz na Boże Narodzenie

Spokojnych Świąt!

13 grudnia

Rocznica stanu wojennego

Pamiętam stan wojenny jak przez mgłę. W zasadzie pojedyncze obrazy, bo cóż więcej mogło zapamiętać kilkuletnie dziecko. Pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy w telewizji zamiast koguta w czołówce Teleranka ujrzałem przemawiającego Jaruzelskiego, mamę wychodzącą o 3 w nocy do kolejki do mięsnego, żeby kupić jakąś wędlinę na Święta. Nie kupiła – brakło i wróciła z niczym. O dziwo, w mojej górskiej miejscowości MO nie robiło problemu kobietom stojącym w kolejkach w nocy, czy też do tych kolejek idącym. Legitymowali je i zostawiali w spokoju. Chyba nawet oni rozumieli, że kolejka to nie demonstracja. Zresztą mieli swoje matki i żony, być może też stojące w jakichś kolejkach, choć mówiło się, że partyjni (w MO tylko nieliczni tacy nie byli) zaopatrywali się w specjalnych, niedostępnych dla zwykłego szarego obywatela sklepach. Pamiętam dziadka siedzącego przy kuchennym stole, słuchającego Wolnej Europy, w której mówili o pacyfikacji kopalni Wujek w Katowicach, szaroburość, przygnębienie, solone masło, dżem truskawkowy na chlebie bez masła, karmel zrobiony przez mamę z cukru na łyżeczce nad gazem, gazetę zamiast papieru toaletowego. Jak niesamowicie kreatywne były nasze matki ubierając nas i karmiąc tym, co było dostępne, a bardzo niewiele tego było. Wkurza mnie, gdy ktoś mówi, że wtedy było lepiej. Komu? Wkurza mnie zawłaszczanie tej znamiennej daty, wykorzystywanie jej do uprawiania politycznej hucpy, nachalnej propagandy i demagogii. Retoryka wszystkich (!) stron politycznej sceny bardzo przypomina tamtą. Choć jej nie pamiętam, to znam ją z ówczesnych gazet. Arogancja, protekcjonalność, pogarda i narzucanie swoich interesów politycznych innym. 

12 grudnia

Boa

Przyszła ubrana skromnie jak mniszka. W dwóch tylko odcieniach pastelowego różu. Rzecz to u niej niebywała, dlatego zaniepokoiłem się, czy aby nie stało się coś złego. Zanim zdążyłem zapytać, schyliła się do torebki, z której coś wyciągnęła, rozwinęła i założyła. Był to rodzaj boa w czterdziestu tysiącach odcieni różu, fuksji i fioletu. Nie przypuszczałem, że może być ich aż taka obfitość. Nie było to jednak jakieś banalne boa z piór. To szokujące cudo uczynione było z elementów przypominających ręcznie wydziergane małe serwetki, nanizane na nitkę. Oniemiałem. Zauważyła to, uśmiechnęła się zadowolona i gładząc owo niebywałe szalowo-serwetkowe boa czule, powiedziała: „Piękne, nie?”. Stupor nie pozwolił mi odpowiedzieć. A nawet gdybym był w stanie, to przecież i tak nie powiedziałbym jej, że w życiu nie widziałem niczego równie szkaradnego. I tak by nie zrozumiała.

11 grudnia

Gocha

Gocha zainspirowana moim krótkim pobytem w Brukseli zadzwoniła kilka dni temu, żeby podzielić się ze mną dramatyczną opowieścią o swoim własnym tam pobycie przed kilku laty. Chociaż zupełnie nie interesowały jej moje stamtąd wrażenia, bo zbyt zajęta była referowaniem swoich własnych, ku mojemu zaskoczeniu Gocha, która uwielbia być w opozycji, tym razem zgodziła się ze mną, że jeśli o Brukselę chodzi, to szału nie ma. Co gorsza, w pełni podzieliła mój umiarkowany entuzjazm do latania. Zaniepokoiłem się, dlaczego taka zgodna – nawąchała się czegoś, ujarała, albo w głowę uderzyła? Taka spolegliwość to u niej ewenement. Sprawa szybko się wyjaśniła. Okazało się, że jej rezerwa do Brukseli oraz do lotnictwa cywilnego mają swoje źródło w przebytej traumie. Gocha bowiem wracała z Brukseli samolotem, a że zima była i mróz, przed odlotem jej (!) samolot polano jakąś dziwną brązową substancją, czym poczuła się obrażona, zbezczeszczona i zbrukana, bo przyjęła to jako złośliwość wymierzoną w jej osobę. Chyba pomyślała biedaczka, że samolot polali zawartością szamba, żeby w ten sposób ją uczcić. Oburzenie z jakim to opowiadała mogło sugerować ten trop, co przy jej bezgranicznie rozbuchanej megalomanii nie byłoby niczym niezwykłym. Gocha wyjazgotała swoją dramatyczną opowieść, napawając się swoim własnym głosem. Trudno to znieść na dłuższą metę, a zaznaczyć muszę, że jej monologi nigdy do krótkich nie należą. Zniecierpliwiony jej przedłużającą się perorą wszedłem jej w słowo, ale bezskutecznie, bowiem Gocha zwyczajne próby przerwania jej narracji zwyczajnie ignoruje, traktując jak nieistotne zakłócenia. Jedynym efektem takiej próby jest wzmocnienie przez nią przekazu za pomocą przeniesienia go na wyższy poziom jazgotu. Nie ma innego sposobu na przebicie się, jak tylko powiedzieć głośniej od niej, bo tylko wtedy Gocha, nieprzywykła do przerywania jej wypowiedzi (wszechświat wszak czeka z drżeniem na jej błogosławione słowa), zapowietrza się oburzona taką profanacją i wtedy dopiero można coś powiedzieć.

Zdziwiło mnie trochę to, że Gocha z brukselskimi refleksjami obudziła się dwa miesiące po fakcie. Szybko okazało się, że to był tylko pretekst, mający zwrócić moją uwagę na bezprecedensowe wydarzenie artystyczne w postaci wernisażu fotograficznego, który odbył się był w mikołajki na profilu fejsbukowym Gochy. Gocha, w myśl zasady, że fotografia bez niej jest fotografią straconą i zbędną, przebrawszy siebie i swoje dzieci mikołajkowo zarządziła sesję zdjęciową, wykonaną, jak mniemam, przez któregoś z zachwyconych rodziców, którą można by zatytułować: „Caryca i jej cheruby”. Zepsuła sobą wszystkie zdjęcia, bo dzieci akurat ma ładne. Gdyby jeszcze były to tylko zdjęcia, ale nie – każde zostało opatrzone komentarzem w stylu Gochy. A styl Gochy jest jak brazylijski wosk: człek dwa takie komentarze przeczyta i okolice bikini ma gładkie jak jedwab. Czterdziecha zbliża się ku niej wielkimi krokami, ale mentalność niezmiennie pozostaje na poziomie dwunastolatki. Nie wiem, czy współczuć, czy zazdrościć. Gocha ma unikalną właściwość, z tego co wiem, oddziałującą tak nie tylko na mnie: jest jedną z nielicznych osób, budzących czasem przedziwne pragnienie przełożenia jej sobie przez kolano i strzaskania jej tyłka tak, że albo oddzieliłby się od reszty i odpadł, albo okładający zemdlałby ze zmęczenia. Zależy, co nastąpiłoby pierwsze. Wzruszam się nad sobą, że taki łagodny i tolerancyjny jestem, skoro to wyzwalane przez nią pragnienie pozostaje jedynie w sferze nierealizowanych marzeń. Jednak, by nie kusić losu, Gochy starannie unikam. Ktoś mógłby pomyśleć, że życie Gochy ma same blaski, a sama Gocha skłonna byłaby raczej powiedzieć, że głównie cienie. Na przykład przedszkole uwzięło się na nią, żeby ją wykończyć, nasyłając na nią, za pośrednictwem jej własnego cheruba, wirusy o wyjątkowej zjadliwości, z którymi Gocha musi się zmagać. Na dodatek czasem własnymi dziećmi zająć się musi, wzruszając się nad swoim ciężkim matczynym losem. To sprawia, że utyrana jest ponad miarę. Na szczęście Święta zbliżają się wielkimi krokami. Wkrótce Gocha zarządzi przygotowania, zagoni do nich rodziców i wreszcie będzie mogła zrelaksować się wydając dyspozycje, krytykując, utyskując i zrzędząc tak, jak lubi najbardziej. Albowiem nic tak Gochy nie raduje, jak rola poganiacza niewolników. Gdyby jeszcze tylko ręka tak się od dzierżenia bicza nie męczyła… 

06 grudnia

Mikołajki

Mikołajki
Moi drodzy Mikołajowie, apeluję o przestrzeganie mikołajowego BHP i nie wchodzenie z prezentami przez komin!  

05 grudnia

Konsola

Moi drodzy Szaleni Mikołajowie.

Uzbieraliśmy kwotę potrzebną na zakup konsoli do gier dla Szalonego Marcina! Daliśmy radę! Ogromnie się cieszę i bardzo Wam dziękuję. Bez Waszej wrażliwości, empatii i hojności nie byłoby to możliwe. Cieszę się, że w bezkresnych odmętach internetów można napotkać tak wspaniałych, dobrych Ludzi, jak Wy.

Konsola dla Marcina zostanie zakupiona i między Świętami a Nowym Rokiem wręczona wraz z okolicznościową kartką, sporządzoną w imieniu całego szacownego Grona Szalonych Mikołajów przez Olę piszącą bloga >>PapierOlki<<. Można sobie na Jej blogu tę kartkę pooglądać >>KLIK<<. Olu dzięki.

Myślę, że Dyrekcja Domu Pomocy coś wymyśli w ramach dokumentacji, więc prawdopodobnie uda nam się w fotograficzno-filmikowej formie ujrzeć, jak Marcin hiperwentylując się, wystrzeliwuje się na orbitę za pomocą konsoli.

Mamy moc!

Dziękuję!

28 listopada

Szalony Marcin

Szalony Marcin
Dzięki pewnej Szalonej Mikołajce, mogącej poszczycić się fantasmagoryjną puszystą lisią kitą, uświadomiłem sobie, że nie przedstawiłem Szalonego Marcina należycie, śpieszę więc naprawić to moje niedopatrzenie. Szalony Marcin mentalnie jest dzieckiem, natomiast metrykalnie ma 35 lat. Oto, jak Komitet DezOrganizacyjny Robótki Go scharakteryzował:

(...) Szalony Marcin (35). Nie ma takiego drugiego! Energia niewyczerpywalna! Marcin nigdy nie męczy się opowiadaniem. Nigdy nie milknie. Nawija, nakręca, snuje i splata wątki. Buduje w tych opowieściach swoje barokowe światy i tarza się w wyobraźni. Jeśli nie mówi to śpiewa. Potrafi akompaniować sobie na dwie ręce, a nogi mu w tym czasie same tańczą. Gdy się cieszy, to całym sobą. Radość wyraża skokami, bieganiem, fikaniem koziołków i gromkimi okrzykami. Zawsze ma przy sobie notes i długopis, by zapisywać numery telefonów i przekazywać grepsy do świętego Mikołaja. Wakacje w Hiszpanii, lot samolotem dookoła świata, dom z basenem i samochód mercedes z otwieranym dachem to czołówka z listy życzeń do Świętego. Ale bez obaw, czekolada z orzechami, płyta ze skoczną muzą albo tomik poezji (!) ucieszą Marcina tak samo, jak kluczyki do własnego merca.
(Jedno marzenie Szalonego Marcina powtarza się już od dawna. Ogromne marzenie. Komitet DezOrganizacyjny musiał je sobie kilkakrotnie zapisać w notatniku, a Marcin kilkanaście razy sprawdzał, czy aby na pewno to marzenie tam jest... otóż Marcin pragnie, śni i pożąda konsoli do gier. Gdyby zatem, była tu jakaś równie Szalona Grupa Mikołajów, która wspólnie rozbiłaby skarbonki w tej intencji albo Indywidualny Mikołaj, który kupił sobie lepszą konsolę, a starej używa jako przycisku do papieru, to hallo! hallo! jest tu akurat nadzwyczajna okazja, aby wystrzelić Marcina w kosmos radości!) (...) [Źródło: http://jestrobotka.blogspot.de/p/kawalerowie-2016.html].

Myślę, że jesteśmy blisko zebrania potrzebnej kwoty. Poproszę jutro Woźną Bebe, żeby zasięgnęła języka u Dyrekcji Domu Pomocy w Niegowie w sprawie sumy wpłat, jakie wpłynęły na konto Ośrodka na ten cel. Jak tylko będę coś wiedział, natychmiast się podzielę. Tymczasem, moi drodzy Szaleni Mikołajowie, pozdrawiam Was najserdeczniej. Jak również wszystkich szanownych Czytelników zaglądających w moje progi. 

Gdyby ktoś z szanownych Czytelników chciał jeszcze przyłączyć się do naszego planu wystrzelenia Marcina w kosmos radości konsolą do gier, serdecznie zapraszam w imieniu Szalonej Grupy Mikołajów, której mam zaszczyt być koordynatorem. Służę wszelkimi potrzebnymi danymi.

18 listopada

Szaleni Mikołajowie

Szaleni Mikołajowie
Ogłaszam niniejszym, że przezacne i ekskluzywne grono Szalonych Mikołajów bezpruderyjnie przytuli wszystkich chętnych, którzy mieliby na to ochotę. A pamiętać należy, że Szaleni Mikołajowie potrafią przytulać, że ho ho. Dlatego nie ma się co namyślać, tylko skorzystać trzeba, skoro jest okazja. Wystarczy niewygórowane wpisowe i już można się puszyć członkostwem. Cel: >>KLIK<<

Przedstawicielka Komitetu DezOrganizacyjnego, prześwietna Woźna Bebe, zasięgnęła była języka u Dyrekcji Domu Pomocy Społecznej dla Dzieci w Niegowie, w sprawie sumy wpłat na konsolę dla Szalonego Marcina i informację ową uzyskawszy, czym prędzej doniosła koordynatorowi Szalonych Mikołajów, czyli mnie. Jakżeż ja lubię takie donosy! Otóż usiądźcie sobie drodzy Szaleni Mikołajowie i rozeprzyjcie się wygodnie w waszych fotelach, krzesełkach, czy na czym tam sobie lubicie przycupnąć. No chyba, że stać wolicie, ale uprzedzam, zydelek jakiś nogą przysuńcie i blisko miejcie, bo i tak sobie usiądziecie, jak przeczytacie, że...

Do południa udało nam się zebrać całe 730 zł!  

Czyż to nie kapitalna wiadomość? Finisz tuż tuż. Jeszcze tylko jedna prosta w kwocie ok 400 zł i podstępny plan wyorbitowania Szalonego Marcina będzie można wdrożyć. Ach, co to będzie za wydarzenie! Wyobrażacie sobie? Na pewno nie. Nawet sam Szalony Marcin, mistrz świata w radości, wyobrazić sobie jeszcze tego nie jest w stanie. Sprawmy więc, by doświadczył.

Lista Szalonych Mikołajów >>KLIK<< jest otwarta i bardzo liczę, że będzie pęczniała od nazwisk i nicków. Bycie Szalonym Mikołajem to stan serca. Dopóki istnieje w nas potrzeba ucieszania i pomagania, jesteśmy bogaczami. Wykręćmy tę konsolę dla Marcina, ku Jego i naszej radości!

15 listopada

Szalona Grupa Mikołajów

Szalona Grupa Mikołajów
Jest do zrobienia robótka. Ja się przyłączam. Ty również możesz. Kliknij w poniższy obrazek, a wszystkiego się dowiesz.

Chciałbym bardzo spełnić marzenie Szalonego Marcina, który "pragnie, śni i pożąda konsoli do gier.". Niniejszym ogłaszam się założycielem i pierwszym członkiem "Szalonej Grupy Mikołajów rozbijających swoje skarbonki w tej właśnie intencji". Potrzebna jest kwota ok 1200 zł. Jeśli chciałabyś/chciałbyś się przyłączyć i zostać członkiem Szalonej Grupy Mikołajów, a co za tym idzie wnieść swój wkład w "wystrzelenie Szalonego Marcina w kosmos radości" za pomocą konsoli do gier, odezwij się do mnie>>KLIK<<. Może wspólnie uda się zebrać tę kwotę. W chwili obecnej Szalona Grupa Mikołajów liczy 3 osoby (ja i moi bliscy) z wkładem 400 zł z rozbitej skarbonki. Potrzeba jeszcze ok 800. Przyłączysz się? Formalnie wyglądałoby to tak, że kwotę, którą chciałabyś/chciałbyś dorzucić do konsoli dla Marcina wpłaciłabyś/wpłaciłbyś na rachunek Domu opieki przelewem (służę wszelkimi potrzebnymi danymi) z adnotacją, że to na konsolę dla Marcina, a Dyrekcja Ośrodka, w naszym, Szalonej Grupy Mikołajów imieniu zakupu by dokonała. Głęboko wierzę, że razem uda nam się uszczęśliwić Marcina. Oczywiście, jeśli zdecydujesz się zostać Członkiem Szalonej Grupy Mikołajów, Twoje imię i nazwisko, względnie pseudonim lub nick (zgodnie z Twoim życzeniem) zostaną wyryte czarną czcionką na białym tle (szalenie elegancko) na specjalnej, ekskluzywnej stronie poświęconej tej Grupie,>>KLIK<< gdzie pozostaną na wieki wieków. Amen.

update 16.11.2016 g. 19:12

Myślę, że na chwilę obecną mamy już ponad połowę potrzebnej kwoty. Bardzo dziękuję, licząc wciąż na Waszą hojność. Jestem też wdzięczny za Wasze zainteresowanie i deklaracje pozostawione w komentarzach. Proszę jednocześnie osoby deklarujące o kontakt mejlowy do mnie >>KLIK<< - z dziką przyjemnością powitam w ekskluzywnym gronie Szalonych Mikołajów i podam też dane do przelewu. Śmiało, śmiało. Nie gryzę. No chyba, że ktoś poprosi, A i wtedy też nie zawsze:)

14 listopada

Ekstrawagancja

Moja koleżanka, mająca słabość do niebanalnych kostiumów, przybyła dziś do pracy spowita w czarno-srebrny płaszcz, który skrzącą migotliwością swych srebrzystości zogniskował spojrzenia wszystkich obecnych, a który - jak się po chwili okazało - był jedynie skromnym zwiastunem tego, co skrywało się pod nim, bowiem gdy go zdjęła, wyłoniła się spod niego zwiewna tunika koloru zielonego, łudząco przypominająca koszulę nocną. Można by pomyśleć, że koleżanka zapomniała się rano przebrać i przybyła do pracy tak, jak wstała z łóżka, jednak rude legginsy i zwiewne koronkowe elementy zdobiące jej ochędóstwo tu i ówdzie (z naciskiem na ówdzie) jednoznacznie wskazywały, że to nie był wypasiony model pidżamy, a strój jak najbardziej wizytowy. Przyznać muszę, że rzadko można ujrzeć kolor aż tak zielony, zwłaszcza w zestawieniu z tak bardzo rudym, jednak koleżanka mając (chyba) wrodzoną i (na pewno) chroniczną skłonność do ani trochę nie rzucających się w oczy kolorów w odcieniach neonowych, właśnie w takich zestawieniach gustuje. Jej dzisiejszy anturaż, który nazwać ekstrawaganckim to zdecydowanie za mało, tak mnie ujął, że zanim zdążyłem ugryźć się w język, wypowiedział on zdanie: „Jaki masz zwiewny strój. Taki… oniryczny”. Zamurowało ją, szczęka jej literalnie opadła, a uruchomiona próbą procesu dedukcyjnego burza synaps odmalowała się na jej obliczu bogatą paletą barw, obnażających jej myśli, gdyż nie znając znaczenia słowa oniryczny, wahała się, czy nie jest ono synonimem słowa onanistyczny, zaczynając się bowiem od oni- i kończąc na -czny brzmieniowo prawie pasowało. Choć to środkowe -ry- i brak jednej sylaby psuły jej nieco tę analogię, podążyła jednak tą właśnie ścieżką i na wszelki wypadek zdecydowała oburmuszyć się z głębi swej urażonej cnoty. Zauważywszy uczynione ku temu przygotowania w postaci adekwatnego uplastycznienia twarzy, w chwili, w której brała oddech by je wyartykułować, wyjaśniłem jej, co owo słowo znaczy. Zawiesiła się na krótką chwilę, po czym nieco oszołomiona spróbowała zachichotać, ale i tak nie zdołała zamaskować zawstydzenia z analogii, jaka przyszła jej na myśl. Powstrzymałem śmiech bohaterskim wysiłkiem i pognałem jak wicher do sąsiedniego pomieszczenia, by tam, po zatrzaśnięciu za sobą drzwi, uwolnić go. Do łez.

09 listopada

Sen

Przedzierające się przez mgłę słońce wpadało do środka przez wielkie, zajmujące niemal całą ścianę od sufitu aż po podłogę, w połowie przesłonięte udrapowaną firaną okno, tworząc na podłodze jasnożółtą plamę. Stał naprzeciwko. Jego bujna czupryna mocno już przyprószyła się siwizną. Miał na sobie czarne dżinsy i gładką granatową koszulę z długim rękawem, a na stopach czarne adidasy. Jego oczy były równie błyszczące jak dawniej, choć twarz sprawiała wrażenie nieco zmęczonej, a czoło przecinały dwie mocno zaznaczone poziome bruzdy. Patrzyliśmy na siebie w milczeniu, poddając drobiazgowemu oglądowi każdy fragment naszych twarzy, każdą zmarszczkę, bruzdę i krostkę, jakby ucząc się ich na pamięć. Panująca cisza sprawiała wrażenie nienaturalnie sterylnej, a czas zdawał się nie istnieć. Wszystko jakby zastygło w bezruchu. Wszystko prócz mnie i smugi światła rozlanej na podłodze, zaskakująco żwawo pełznącej ku ciemnej plamie drzwi na przeciwległej ścianie. Nagle cały obraz zakołysał się, tracąc ostrość i zaczął się rozpływać. Nie było już okna ani podłogi - była bezkresna przestrzeń i gwałtowne spadanie. Pikowaliśmy w dół z ogromną prędkością, objęci, kręcąc w powietrzu dzikie piruety. Nieokreślona zieloność pod nami szybko zaczęła nabierać kształtów i po chwili rozpoznać już można było las, a w następnej nawet kępy drzew zbliżające się z zawrotnym pędem. Przez moją głowę przemknęła myśl, że oto zginiemy nadziani na drzewa. Chciałem krzyczeć z przerażenia, ale pęd powietrza zdusił mój krzyk, wciskając mi go z powrotem do gardła. Wierzchołki drzew były tuż tuż – wzmocniłem uścisk, zaciskając jednocześnie mocno powieki... 

Leśna polana zalana była przedzierającym się pomiędzy drzewami słońcem. Powietrze pachnące igliwiem i rozgrzaną ziemią pełne było unoszących się w nim szmerów gałęzi, ptasiego świergotu i trzepotu skrzydeł, bzyczenia owadów, szumu wiatru w koronach drzew. Daleko za horyzontem lasu majaczyły góry o szczytach spowitych mgłą, od których wiał rześki wiaterek, delikatnie muskając moją twarz. 
- Pięknie tu – szepnął zza moich pleców, obejmując mnie i przyciskając brodę do mojego ramienia.
- Bardzo  – odszepnąłem opierając skroń o jego policzek. – Wiesz, śniło mi się, że spadamy...
- Wiem - przerwał mi łagodnie. - Ja też śniłem ten sen...
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger