14 czerwca

Nadmiar

Z racji wykonywanego zawodu, muszę się dokształcać. Właśnie skończyłem studia podyplomowe. Ale nie o studiach będzie tu mowa, ale o koleżankach z tych studiów. Tak się złożyło, że w trzydziestoosobowej grupie przewaga kobiet była miażdżąca – byłem jednym z dwóch mężczyzn. Ten drugi przedstawiciel, ze względu na niezbyt efektowną powierzchowność, jakoś dla koleżanek nie zaistniał. W przeciwieństwie do mnie. Nie, nie dlatego, że jestem jakimś super przystojniakiem. Owszem, jestem wysoki, szczupły, o wcale miłej aparycji. No dobra. Jestem przystojny. Tak uznały koleżanki. Trzy z nich wzięły sobie mnie na cel. Dochodziło do komicznych sytuacji. Musiałem się bardzo pilnować, żeby swoim towarzyskim zainteresowaniem wszystkie trzy sprawiedliwie i po równo obdzielać, bo były o siebie cholernie zazdrosne i gdybym z którąś z nich dłużej rozmawiał niż z pozostałymi, demonstrowały swoje niezadowolenie w dość złośliwy sposób. Najzabawniejsze, do czasu jak się później okazało, było to, że czwarta admiratorka, która nie zamieniła ze mną nawet jednego zdania, przez całe 3 semestry nie spuszczała ze mnie oka. To znaczy spuszczała, ale tylko wtedy, jak wzrok mój przypadkiem na nią się zabłąkał. Poza tymi krótkimi momentami, wpatrywała się we mnie nieustannie, jakby chciała mnie zahipnotyzować. W sumie nie było to niemiłe, bo hasła w stylu „cześć piękny”, „cześć misiek”, czy „cześć przystojniaku”, „ładnie pachniesz” etc przyjemnie łechcą ego. Ale raz zrobiło się niezręcznie, wręcz nieprzyjemnie, kiedy ta wpatrująca się i do tej pory nic nie mówiąca, uznając najwidoczniej, że trzy semestry wpatrywania się na pewno wystarczająco mnie zmiękczyły, przemówiła i w sposób nie pozostawiający żadnych wątpliwości, kopiąc mnie pod stołem, bezceremonialnie zasugerowała seks. Choć bardzo nie lubię takiej obcesowości, zareagowałem z humorem i obróciłem całe zajście w żart.
- O ty świntucho. Chcesz mnie rozproszyć, bo widzisz, że test kończę, a Ty jeszcze nawet nie w połowie. – powiedziałem ze śmiechem.
Całe towarzystwo zaśmiało się gromko, a koleżanka wpatrująca się, oblała się pąsem. Nie przemówiła więcej, aczkolwiek wpatrywać się nie przestała. Aktywna trójka zaangażowanych koleżanek robiła później śledztwo, chcąc się dowiedzieć, co też wpatrująca się mi rzekła, że świntuchą ją nazwałem. Przeprowadziły skrupulatne dochodzenie, ale litościwie prawdy nie wyjawiłem. Szczęśliwie obyło się bez wyrywania paznokci. Ot nadmiar powodzenia bywa czasem męczący…

1 komentarz:

  1. Męski "rodzynek" to zawsze nie lada gratka dla żeńskiego stadka:)).
    Chociaż akurat mnie taka konkurencja nudzi nieodmiennie.
    Jakoś nie lubię takiego bycia jedną ze stada.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger