02 marca

Okruchy

Słowa rozsypane po domu... Głosy i śmiech zawisłe w drżącym powietrzu... Cienie przy stole... Spojrzenia zaplątane w firankę... Kocham Cię i Ja Ciebie też kocham schowane pod poduszkami... Echa czułych szeptów i miłosnych westchnień wstydliwie ukryte za zagłówkiem łóżka...

27 lutego

Weekendowy dodatek obowiązkowy

Najmodniejszym dzisiejszym weekendowym dodatkiem obowiązkowym jest BEZTROSKA. Nosi się ją bardzo wygodnie i przyjemnie użytkuje, bowiem jest lekka, bardzo ciepła, ale przy tym przewiewna, promienna i rozkoszna. Aplikowana z radością jest bardzo twarzowa - rozświetla oczy i świetnie robi duszy. Poza weekendami i urlopem należy jednak dawkować rozsądnie i z umiarem, bowiem nadużyta może mieć skutki uboczne. 

07 lutego

Performens

Całe swoje życie pani Zosia dba o to, żeby żyć po cichu, nie dając plotkarom asumptu do noszenia jej na jęzorach, więc dla zachowania równowagi rekompensuje sobie ową życiową cichość ekscentryzmem medycznym, zmieniając lekarzy jak rękawiczki. Pisałem jakiś czas temu o przygodzie pani Zosi z psychiatrą, która okazała się przejściowym incydentem, bowiem, jak to w życiu czasem bywa, pani Zosia postawiła się w obliczu konieczności wyboru sposobu na jedną z płaszczyzn swojego życia i takiego wyboru dokonała. Terapię przerwała, uznając najwidoczniej, że życie bez nerwicowych dygotek i somatycznych bólów głowy straciło smak. Stwierdziła przy tym, że przez psychiatrę jej się pogorszyło. Nie wiem co, bo mogło być tylko lepiej, ale nie dociekałem. Skoro panią Zosię uszczęśliwiają jej dolegliwości, niech je sobie ma. Są różne rodzaje miłości i różne psychiczne jazdy – pani Zosi udało się połączyć je w jedno, umiłować i rozsmakowując się w nich, osiągać satysfakcjonujący ją błogostan. Niezrozumiany dla mnie. Ale czy ja muszę wszystko rozumieć? Każdy wybiera to, co lubi. Zupełnie jak pani Zosia, lubiąca przy tym pewną widowiskowość, której w rozstaniu z psychiatrą nie mogło zabraknąć, bowiem w wigilię wyznaczonej u niego wizyty, pani Zosia zległa była na tajemniczą (antypsychiatryczną) chorobę, z powodu której - jak twierdziła później - prawie była zeszła, co zmusiło ją dnia następnego do zamienienia wizyty u psychiatry na wizytę domową lekarza rodzinnego, którego wezwała o poranku. Chyba tak źle nie było, skoro mogła na lekarską pomoc poczekać do rana. Zrekompensowała to sobie jednak, bo jak przyjechał, urządziła taki performens, że biedak wyekspediował ją do szpitala. Dorocznemu rytuałowi stało się zadość. Pani Zosia nacieszywszy się zainteresowaniem lekarzy, przy okazji zeskanowana i laboratoryjnie wybadana (wyniki jak zawsze idealne), została wypisana ze szpitala rankiem dnia następnego. Lekarz, który ją wypisywał – jak to później zreferowała pani Zosia własnymi usty – zabronił jej leczenia się u psychiatry (sic!) i zapisał jej lek, dzięki któremu cudownie ozdrowiała i tak wspaniale się czuje, że żadnego innego już nie potrzebuje: Acard! Przyznam, że tym urojeniem objawieniem pani Zosia tak mnie rozwaliła,  że nie byłem w stanie powstrzymać chichotu, który wyrwał się był ze mnie spontanicznie ku jej niezadowoleniu. Zdusiłem go opanowawszy się i z pokerową twarzą powiedziałem tylko: "Cudownie pani Zosiu. Nic, tylko łykać". Zebrałem się pośpiesznie i wyszedłem. Z trudem zaniosłem swoją radość do domu, gdzie padłszy na kanapę zaniosłem się tak szalonym śmiechem, że aż łzy płynęły mi po twarzy. Dobrą chwilę trwało, zanim opanowałem się na tyle, żeby móc powtórzyć dramatyczną opowieść pani Zosi Mamie, która również popłakała się ze śmiechu. Pani Zosia skonfabulowała, chcąc jakoś uzasadnić swoją woltę. A że nie do końca to się udało... Cóż… W jej wieku może jej się już trochę lapcyć*.
___________________________________
* bredzić - synonim używany przez gawiedź w moim górskim raju. Czyż nie śliczny?

01 lutego

Skok w bok

Mój dentysta, z którego usług korzystam już od ponad 10 lat, ma same zalety (fachowość, a do tego jeszcze prezencję) i tylko jedną wadę. A w zasadzie dwie: jest heterykiem i ma gabinet w ścisłym centrum miasta, gdzie cholernie ciężko zaparkować. Trzeba krążyć czasem nawet pół godziny po okolicy, żeby znaleźć wolne miejsce. Pomyślałem sobie, że może poszukam jakiegoś innego stomatologa bliżej, a najlepiej na osiedlu, na którym mieszkam. Zapytałem wujka Google na tę okoliczność i wskazał mi dentystkę przyjmującą dosłownie siedem minut spacerkiem od mojego domu. Zadzwoniłem pod numer, który wujek G. mi podał i umówiłem się z panią na zapoznawczą wizytę. Tak czy siak, do dentysty udać się musiałem, bo jeden z moich zębów zaczął reagować na temperaturę, co niechybnie zwiastowało jakiś z nim problem. W umówionym terminie przyszedłem do gabinetu, który okazał się być bardzo ładnie urządzony i wyposażony. Pani doktór – malutka i krąglutka, po 50 - zajrzała w moją paszczę i stwierdziła, że plomba zaczęła przeciekać, dlatego ząb reaguje. Nie boję się dentysty i nie znieczulam się do zwykłego borowania, zatem na pytanie pani doktór o znieczulenie, odpowiedziałem, że nie potrzebuję. Błąd, jak się później okazało, bo pani doktór tę moją odpowiedź wzięła sobie do serca aż za bardzo. Rozwierciła starą plombę, obejrzała zęba w środku i mruknęła - bardziej chyba do siebie niż do mnie - że miękki. Wzięła w tłuściutką łapkę wiertło, którego nie znoszę (wolnoobrotowe) i zanim zdążyłem zaprotestować, przygwoździła mnie nim do fotela tak, że w minutę - bo mniej więcej tyle to trwało - zwiedziłem odległą galaktykę. Narobiłem takiego jęku, że prawdopodobnie wypłoszyłem czekających w poczekalni pacjentów i ją samą chyba też, bo się poddała. Włożyła w zęba jakieś lekarstwo, zaklajstrowała go fleczerem, wypisała skierowanie na prześwietlenie i dopiero wtedy poinformowała mnie, że otworzyła kanały i zatruła zęba. Gdyby mnie o tym uprzedziła, poprosiłbym o znieczulenie. Pomarudziła trochę, że nie wie, czy podejmie się leczenia kanałowego tego zęba, kazała mi jednak przyjść za dwa tygodnie ze zdjęciem rtg i wtedy zdecyduje. Podziękowałem i wyszedłem myśląc: „O nie kochana, z całą pewnością więcej się nie spotkamy.”. Wróciłem do domu z bolącym zębem, łyknąłem dwa Ibupromy, złapałem za telefon i zadzwoniłem do mojego dentysty umówić się na wizytę. Najbliższy wolny termin miał za tydzień. Dotrwałem jakoś na Ibupromie. Muszę wyznać, że nie przyznałem mu się do zdradzenia go z konkurencją w naszym mieście, ale skłamałem, że zdrada nastąpiła w moim górskim raju. Otworzył tego zęba, pooglądał go, zrobił rtg, które również uważnie obejrzał i stwierdził, że pani doktór udało się otworzyć dwa kanały, natomiast trzeci pozostał nieruszony. Zapytał, czy naprawdę zrobiła to bez znieczulenia. Potwierdziłem. „Twardziel z pana, skoro nie uciekł jej pan z fotela” – powiedział. Zęba znieczulił i zrobił co trzeba. Spędziłem na fotelu ponad godzinę, bo tyle trwało udrożnienie kanałów i ich zabezpieczenie pod wypełnienie, miałem więc czas na refleksję. Taką mianowicie, że zdrada to ryzyko, które może się zemścić, dlatego należy uważnie przyjrzeć się, z kim chce się owej zdrady dokonać i skrupulatnie rozważyć, czy to się opłaci. Można się bowiem naciąć. Jak ja. Warto też pamiętać, że zdradzany ma nad ewentualnymi rywalami tę przewagę, że wie, jak nie lubimy się bawić, co nie tylko w wypadku stomatologa ma znaczenie. Mój na przykład wie, że jeśli o mnie chodzi, to może zabawiać się tym gwiżdżącym pneumatycznym wiertłem do woli, natomiast wolnoobrotowym wcale, a jeśli już to tylko do polerowania plomby, a i to niechętnie.

28 stycznia

Antybloger

Naczytałem się dzisiaj, jak dobra robota blogerska ma wyglądać i doszedłem do wniosku, że jestem beznadziejnym blogerem, albowiem:
  1. Piszę tylko wtedy, jak mam natchnienie i czuję potrzebę pisania. Niedobrze.
  2. Nie buduję persony. Nie wiem, co to za cholera, ale bez niej ani rusz. Bardzo niedobrze.
  3. Piszę przede wszystkim dla siebie, bo lubię i jest to dla mnie przyjemność, a nie robota. Źle.
  4. O żesz kurdesz, nie napisałem posta o wyrzucaniu choinki. Niewybaczalne. 
  5. Jakiś cień nadziei na poprawę jednak jest, bo „wstrzykuję własny styl” w to, co piszę.
  6. No i tytuły wychodzą mi całkiem nieźle, a to podobno 80% sukcesu. Mogę zatem uznać, że jestem na dobrej drodze.
  7. Nie, jednak nie, nadziei dla mojego bloga nie ma, bo nie stosuję tzw. kluczy fascynacji, a na dodatek (może uniosę brzemię tej mojej blogowytwórczej herezji, o ile nie spłonę za to na stosie) piszę o tym, co czuję, co myślę, wyrażam swoje poglądy, osobiste przemyślenia, a to jest pisanie „o dupie Maryny”, bo każdy może popełnić takie posty jak ja. 
W kontekście powyższego, kariery blogerskiej nie zrobię, bo bloguję nieprofesjonalnie. Zgadzam się z tym. I będę pisał dalej. Na szczęście nie muszę sobie owych wytycznych brać do serca,

26 stycznia

Takie tam...

I znowu jestem o rok starszy. Dwadzieścia lat temu, na drugim roku studiów zastanawiałem się, jak to będzie mieć tyle lat ile mam teraz. Wtedy była to kompletna abstrakcja, teraz rzeczywistość, bo już wiem. To wciąż ja. Trochę jednak inny niż dwadzieścia lat temu: nie tak radosny, parę kilogramów cięższy, mniej naiwny, dużo mniej mówiący. Ale jestem.

25 stycznia

Blue Monday

Blue Monday

01 stycznia

Noworocznie

Dobrego i zdrowego Nowego Roku. 

24 grudnia

Wesołych Świąt

Wesołych Świąt
Szanowni

W ten wyjątkowy świąteczny czas życzę Wam spokoju, radości i beztroski. Radujcie się, świętujcie, cieszcie bliskimi, odpoczywajcie i jedzcie pyszności. Bez wyrzutów. Odchudzać będziemy się po Nowym Roku. Wesołych Świąt!


22 grudnia

Przedświątecznie

Okres przedświąteczny budzi w narodzie demony. Dzikie tłumy z obłędem zakupowym w oczach miotają się pomiędzy regałami, czyniąc wzmożone przygotowania do Świąt. A to wszystko z towarzyszącym w tle podkładem muzycznym w postaci kolęd porażających uszy i wdzierających się w głowy, przerywanych przez głos sterujący ruchem tłumu z wózkami. Wózki słuchają tego głosu i jak urzeczone podążają tam, gdzie je skieruje. Czary? Nie. Promocje ogłaszane na bieżąco. Wózki taranując wszystko na swej drodze pędzą jak stado owiec od regału do regału, od kosza do kosza, miotając się po hali, jak w jakimś szalonym kontredansie. Naród za promocjami wprost przepada i jest skłonny zakupić wiele różnych dóbr potrzebnych oraz zbędnych badziewi, byle w promocji. Dopiero wtedy, jak limity kart kredytowych, debetów, kredytów konsumpcyjnych, w ostateczności zaś chwilówek, zostaną wyczerpane, naród gwałtownie traci wrażliwość na komunikaty czarownego głosu ogłaszającego promocje, z oczu narodu znika zakupowy szał, a zastępuje go szał wyścigowy, bowiem naród bierze kurs na kasy i gna nie zważając na nic. Uwielbiam patrzeć na ten sprint do kas.  Starsi ludzie odkrywają w sobie wyczynowych biegaczy i gnają z wózkami, wpadając w zakręty z imponującą prędkością, gubiąc po drodze to i owo oraz co drobniejszą dziatwę. Tylko czerwone twarze i chrapliwy oddech świadczą o tym, jak wielkim wysiłkiem była dla nich ta gonitwa. Nic to jednak, bo to poczucie triumfu, jak uda się kogoś wyprzedzić, warte jest nawet stanu przedzawałowego. Chyba nie jestem do końca normalny, bo nie wpadam w te narodowe przedświąteczne zakupowe konwulsje, ale nie robię sobie z tego tytułu wyrzutów, bo obserwowanie narodu miotającego się w owym zakupowym szale i ścigającego się do kas to świetna przedświąteczna rozrywka. Zgrabnie klucząc pomiędzy rozpędzonymi wózkami minąłem gejątko shoppingujące (młodzi nie robią teraz zakupów jak inni ludzie – młodzi shoppingują) w towarzystwie koleżanki. Wychudzone było i tak rachityczne, że nie wiem skąd miało siłę, żeby popychać wyładowany po brzegi wózek. Pchało go jednak dzielnie, słaniając się z wysiłku na swoich długich, chudych jak patyki szkitkach, obleczonych w obcisłe rurki. Szczebiotało przy tym do koleżanki na nieznośnych ultradźwiękach i gięło się tak, że przy tej jego rozbuchanej kobiecości, nie tylko ta jego koleżanka, ale każda kobieta wydawałaby się męska...

***

Jadąc w góry zauważyłem nową świecką tradycję, która zaczyna się plenić na drogach: przydrożny ekshibicjonizm mikcyjny młodych mężczyzn. Minąłem kilku takich w drodze w góry. Rozczulił mnie zwłaszcza jeden, który na stacji, na której jest darmowa toaleta, zdecydował się przewietrzyć swoje imponderabilia, załatwiając przy okazji fizjologiczną potrzebę na oczach innych podróżnych. Bez najmniejszego skrępowania. Są jak widać młodzi faceci lubiący, jak chłodny zimowy wiaterek przewieje im to i owo, odświeżając i przeganiając przy okazji złe humory. Miałem ochotę opuścić szybę i powiedzieć mu, że nie ma się czym chwalić, bo widziałem okazalsze, ale nie zrobiłem tego, bo nie chciałem, żeby z wrażenia obsikał mi samochód. Sorry. Widok męskiego przyrodzenia nie szokuje mnie, rozumiem też sytuacje, że jest mus, bo wiadomo, że jak mus, to mus. Ale na stacji, gdzie jest darmowa toaleta? Naprawdę, są jakieś granice.

16 grudnia

Pocałunek z kobrą

Miałem dziś firmowy opłatek, na którym pocałowałem się z kobrą i… żyję. Tak, tak. Można pocałować się z kobrą. Dziś się o tym przekonałem. Kobra podeszła do mnie z opłatkiem, złożyła mi życzenia, ja jej również, cmoknęła mnie w policzek i poszła. Myślałem, że zemdleję z wrażenia, ustałem jednak mężnie, nie okazując szoku. Żmija z niej jadowita i sucz rzadka, ale nawet ona dzisiaj nie kąsała i była rozkoszna. Czyli jak się chce, to można…

12 grudnia

Wyimek z "Dziennika roku chrystusowego" Jacka Dehnela

[…] Ile razy czytam dyskusje netowe o gejach, lesbijkach, związkach partnerskich, rozmowa toczy się o prawach, o miłości, o związku, o wzajemnej odpowiedzialności: a w to wchodzą prawi katolicy, którym ulewa się jakiś straszliwy, ordynarny rzyg analno - fekalny, gdzie wszystko wiąże się z odbytami, kutasami, chorobami wenerycznymi, a do tego z Bogiem, Pismem Świętym, z tymi "własnymi słowami Boga”, z których oczywiście wybierają sobie tylko te, które im pasują (innych zresztą nie znają; w tym kraju Biblię czytają tylko protestanci i ateiści). I ta nieskrywana zazdrość, udająca oburzenie, te pryszczate, brzydkie faceciki (widać przecież na zdjęciach fejsowych), które powołują się na jakieś dane, że statystyczny gej ma tylu a tylu partnerów w ciągu życia. A oni w tym seksualnym smutku, w tej ruderze erotycznej (bo przecież gdyby mieli udane życie seksualne, nie dostawaliby obsesji na tle cudzych odbytów), zakompleksieni, zupełnie nieobyci w sztuce miłosnej, co wychodzi między wersami aż nazbyt dobitnie. Smętni netowi onaniści. [...]
Ale przykład oczywiście idzie z góry, od tych najbardziej sfrustrowanych i zakłamanych najbardziej, czyli hierarchów, od tych wszystkich Paetzów, od biskupa, który młodym kochankom dawał w prezencie cenne ikony, od księży. [… ] Im bardziej mają za uszami, tym bardziej ogonem na mszę dzwonią, tym więcej mają do powiedzenia o nieczystości, tym bardziej się rozkoszują tymi słowami o deprawacji, o Sodomie.
O ile sympatyczniej u protestantów. Po pierwsze mają śluby i od razu schodzi im trochę napięcia z organizmu, po drugie doktryna inna. Purytanie, ci zacięci fanatycy, zmienili się w jeden z łagodniejszych kościołów pod słońcem; znajomy - jest ich pastorem w Stanach - opowiadał o rozmowie z radą parafialną, która go zatrudniała (bardzo to ważne: żadnych biskupów, a pastora wybierają sobie, jak u pierwszych chrześcijan, wierni, bo to wspólnota, a nie imperium): Wiemy, że jesteś gejem, wiemy, że z nikim nie jesteś związany, i jest dla nas całkowicie oczywiste, że będziesz szukał kogoś, z kim stworzysz związek. To, co robisz prywatnie, jest sprawą między tobą a Bogiem - ale mamy prośbę: jeśli sprowadzisz kogoś, kto zamieszka z tobą na plebanii, to chcemy, żebyście nam podali termin zaręczyn i termin ślubu. Żeby to już była poważna sprawa. Bo poprzedni pastor co trzy miesiące sprowadzał kolejną panią, a potem się z nią rozstawał i to było gorszące.
Kiedy ktoś poprosił go o udzielenie ślubu jednopłciowego, musiał wystarać się o zgodę parafii (cały ich kościół dopuszcza takie śluby, ale każda parafia decyduje we własnym gronie, czy chce, by u nich udzielono, czy nie). I starsze panie, po osiemdziesiątce, które zasiadają w radzie, zaczęły nieznacznie kręcić nosami, ale ni mówiły niczego wprost, więc je wprost zapytał. A one: Co do samych ślubów, to proszę bardzo, my nie mamy nic przeciwko. Tylko żeby nie było jakichś debat o seksie, bo my jesteśmy na to prostu za stare, my o seksie nie lubimy słuchać. Ale śluby? Bardzo proszę!
A tymczasem katolicy w Polsce o dupie i o dupie. O dupie w postaci in vitro, o dupie w postaci związków partnerskich, o dupie w postaci takiej i owakiej, wszystko z seksem, wszystko o seksie; mówią: "rodzina, rodzina, rodzina”, a słychać "ruchanie, ruchanie, ruchanie".
Jak brzmią te słynne słowa Jezusa o gejach i in vitro? Mam to na końcu języka. A, rzeczywiście, o in vitro i gejach jakoś nic nie mówił. A o faryzeuszach sporo.
__________________________________________
Jacek Dehnel "Dziennik roku chrystusowego" wydawnictwo W.A.B. 2015

08 grudnia

Berek

Przeczytałem wreszcie powieść Marcina Szczygielskiego Berek. Moje wrażenia są, łagodnie rzecz ujmując, ambiwalentne. Z jednej strony bardzo dobre, zabawne, momentami błyskotliwe dialogi, z drugiej naturalistyczne, ocierające się o pornografię opisy seksu oraz prosta, przeprowadzona przewidywalnie, schematycznie i stereotypowo bajkowa intryga.
Mam wrażenie, że określenie tej książki powieścią jest trochę na wyrost, bo przypomina raczej sfabularyzowaną publicystykę, opartą o stereotypy. Mamy tu dwie narracje, obie w pierwszej osobie, w których dwie kluczowe postaci, w krótkich sekwencjach zwierzają się z najskrytszych myśli i najintymniejszych momentów życia. Postaci, dodam, tendencyjnie stereotypowe: Anna, zdewociała, dysząca nienawiścią do całego świata, ciemna moherowa katolka i Paweł, obsesyjnie myślący o seksie, nie potrafiący zbudować trwałej relacji, światły gej ateista. Mieszkają naprzeciwko siebie. Nabożna Anna nie toleruje homoseksualizmu Pawła, a Paweł nie toleruje nabożności Anny. Zaczynają się działania wojenne. A to psie szczęście ląduje na wycieraczce Anny, a to drzwi Pawła zostają pocięte scyzorykiem. A jak wojna, to i ofiary są. Paweł dowiaduje się, że złapał HIV, na skutek nieciężkiego prowadzenia się, a Anna spada ze schodów łamiąc biodro. Przywiezionej do domu i zostawionej samej sobie widmo głodu w oczy zagląda. I tu zjawia się Paweł, który ją ocala. Po trzykroć święty. A nawet po czterokroć, albowiem ten bezprecedensowy uczynek heroicznego miłosierdzia otwiera ciemną, zabetonowaną dotąd w katolickości moherową Annę na nowe horyzonty. Szczęśliwie pan Szczygielski oszczędził czytelnikowi na przykład odkrycia przez Annę, na skutek owego objawienia, ciągot homoseksualnych. Wszystko to płytkie, płaskie, dwuwymiarowe. To nie powieść – to manifa. Tendencyjna aż do absurdu. Nie lubię takich tendencyjnych i stereotypowych uproszczeń, bowiem tolerancja nie ogranicza się do światopoglądu, czy preferencji seksualnych.
Reasumując: Berek to twórczość agitacyjna, nie pozbawiona wartości rozrywkowych, jednak z poważnym deficytem walorów estetycznych.

07 grudnia

Wspomnienie napadowe

Wspomnienie napadowe
„Weź przełącz na coś innego, bo tych smętów słuchać się nie da.” - takimi słowy Adele została znieważona przez Maryśkę jak wracaliśmy z pracy. Już miałem się zatrzymać i wywalić ją z auta na środku drogi za zbezczeszczenie Rolling in the deep, ale słowo „smęty” kogoś mi przypomniało. On też nie lubił Adele. Nazywał jej piosenki „smętami” i jak leciała jakaś w radio, natychmiast przełączał na inną stację. Uśmiechnąłem się ciepło. Wspomnienie napadowe. Dobre, ciepłe, piękne i pogodne. Takie, jakie być powinno. Właśnie dzisiaj mija kolejny rok, kiedy widziałem go ostatnio. Przekornie to Adele zaśpiewa o tym, jak zarąbiście było, kiedy byliśmy młodzi. Wciąż jesteśmy, choć już trochę mniej...

24 listopada

Śnieg

Śnieg zaczął padać po północy. I to rzeczywiście prawda,
że się najlepiej siedzi w kuchni, choćby to była nawet kuchnia samotności.
Jest tam ci ciepło, coś pitrasisz, pijesz wino
i patrzysz oknem w ciemność poufałą.
Po cóż się martwić, czy początek i koniec to jedynie punkty,
skoro życie nie bywa nigdy linią prostą?
Po cóż się trudzić patrzeniem w kalendarz
i suszyć sobie głowę, jaka stawka wchodzi jeszcze w grę?
Po cóż się przyznawać, że nie masz pieniędzy na pantofelki dla dziewczyny?
I po cóż zaraz się chełpić, że cierpisz bardziej niż inni?
Gdyby na ziemi nie było ciszy,
wyśniłby ją ten śnieg prószący.
Jesteś sam. Żadnych zbędnych gestów. Nic na pokaz.

Vladimir Holan Śnieg
(przeł. Leszek Engelking)

W nocy spadł śnieg. Moje miasto wygląda jak posypane cukrem pudrem. Jest pięknie. 

21 listopada

25

Nowy, długo oczekiwany album Adele ukazał się właśnie. Przesłuchałem go wczoraj podekscytowany i bardzo mi się spodobał. To Adele w swoim popowo-soulowym stylu, który uczynił ją mega gwiazdą. Dzisiejsze drugie przesłuchanie, już nie tak entuzjastyczne, ujawniło jednak pewne niedociągnięcia. Cała płyta, choć przerwana dwoma żywszymi, rytmicznymi utworami (Send my love i Water under the bridge) utrzymana jest w niemiłosiernie wyeksploatowanej stylistyce power ballad z lat 80., przez co wydaje się nieco zbyt jednostajna. Premierowa Hello zapowiadała powrót Adele w wielkim stylu i choć to wciąż ona ze swoim magicznym, charyzmatycznym głosem, to jednak płyta 25, choć dobra, sprawia wrażenie wtórnej. Podoba mi się, tak, ale oczekiwałem czegoś na miarę Rolling in the deep czy Set fire to the rain, a tego na tej płycie nie znalazłem. No może oprócz Hello, które rzeczywiście jest znakomite. Wydaje mi się, że nadszedł czas na zmianę, na otwarcie się na innych, niezależnych tekściarzy, bowiem odnoszę wrażenie, że to te bardzo osobiste, ckliwe, tęskne, melancholijnie retrospektywne, chwilami wręcz ekshibicjonistyczne teksty, których Adele jest autorką bądź współautorką, wymuszają jednostajną, martyrologiczną stylistykę, co - moim zdaniem - ewidentnie ją ogranicza. Jestem wielkim fanem głosu Adele, jej wyjątkowej muzycznej wrażliwości i niektórych jej piosenek (Skyfall, Someone like you, Rolling in the deep, Set fire to the rain, Hello), ale ta dominująca martyrologia zaczyna być nużąca. Marzę o diametralnie innej Adele. Młodej, pełnej życia, optymistycznie patrzącej w przyszłość. Chcę w jej cudownym głosie usłyszeć nowe alikwoty - jasne, radosne, wręcz figlarne. Chcę nowej Adele - adekwatnej do tych dwudziestu siedmiu lat, które sobie liczy. Afirmującej życie. 

15 listopada

Paryż

To, co stało się w Paryżu jest straszne. To nie początek i obawiam się, nie koniec. To rzeczywistość, która budzi lęk. Rzeczywistość zapowiedziana przez liderów tzw. państwa islamskiego, a przewidziana wcześniej przez wybitną dziennikarkę Orianę Fallaci. Jej śmiałe tezy dotyczące stosunków między cywilizacjami zachodnią i muzułmańską, za które została przez niektóre środowiska okrzyknięta rasistką, okazały się prorocze i spełniają się na naszych oczach.
Po zamachach na WTC 11 września 2001 r. Fallaci w swoich artykułach publikowanych w najpoczytniejszej włoskiej gazecie Corriere della Sera oraz w swoich książkach Wściekłość i duma oraz Siła rozumu wyraziła opinie o zagrożeniach, jakie według niej niesie ze sobą islam, który uznawała za religię z natury swej wyjątkowo agresywną, niebezpieczną i reakcyjną, a dialog cywilizacji zachodu z islamem za niemożliwy. Czas wciąż weryfikuje jej śmiałe tezy, ukazał już jednak, że w części z nich nie pomyliła się. Europejska polityka wielokulturowości okazuje się mrzonką, ponieważ imigranci gardząc zachodnią cywilizacją nie chcą się asymilować. Polityczna poprawność elit nazywająca brutalną agresywność islamu innym wzorcem kulturowym również ponosi klęskę, islam bowiem nie jest pokojową religią*. Koran naucza, że niewiernych – a takim jest każdy, kto nie wyznaje islamu – należy nawracać. Mieczem, jeśli trzeba. Ów dżihad, który jest obowiązkiem każdego wyznawcy w Koranie i muzułmańskiej tradycji oznacza wszelkie starania podejmowane w imię szerzenia i umacniania islamu, zarówno poprzez walkę zbrojną, nawracanie niewiernych, pokojowe propagowanie islamu, jak i wewnętrzne zmagania wyznawcy. A na tych, którzy zginą szerząc islam czekają huryski w Dżannah (islamskim raju) i niekończąca się impreza. Kimże są owe huryski? To rajskie mega seksbomby, olśniewające piękności. To Marilyn Monroe, Brigitte Bardot, Sophia Loren, Kate Moss, Linda Evangelista, Halle Berry, Cate Blanchett, Liv Tyler i cała reszta najurodziwszych gwiazd filmowych oraz na dokładkę najgorętsze gwiazdy porno – wszystkie w kupę wzięte, zmiksowane i wstrząśnięte w celu uzyskania obrazu kobiety doskonałej, o urodzie i seksapilu zdolnym z waginosceptyka uczynić waginoentuzjastę, świętej grzesznicy, dziewiczej nimfomanki, mającej nad śmiertelniczkami jeszcze tę miażdżącą przewagę, że wiecznie młodej i mogącej odnawiać swoje dziewictwo ku uciesze tego, który oddał swe życie dla szerzenia islamu. Takich kobiet doskonałych będzie w Dżannah bez liku i co jedna to ładniejsza. A każdy z tych, którzy oddadzą swe życie dla szerzenia islamu, będzie miał na swój osobisty użytek owych hurysek siedemdziesiąt dwie. Będą ich głaskały po łonach fundując im niebiańskie orgazmy. Wizja owych niebiańskich orgazmów czynionych przez huryski zawstydzające swą urodą nawet najpiękniejsze filmowe gwiazdy - będące obiektem ich pożądliwego ślinienia się i mokrych snów, ale w przeciwieństwie do hurysek absolutnie poza ich zasięgiem – tak inspiruje niektórych dżihadystów, że stają się ekstremistami i wysadzając się w powietrze zabijają wielu przypadkowych ludzi. Islam nie jest pokojową religią i nie zmieni tego fałszowanie rzeczywistości przez media unikające mówienia o islamskim ekstremizmie, czy wręcz negujące jego istnienie, pomimo jawnego wsparcia udzielanego ekstremistom przez wielu islamskich liderów politycznych i religijnych. Warto zwrócić uwagę na to, że owi liderzy nie śpieszą się z potępieniem tego, co stało się wczoraj w Paryżu. 
Fanatyzm w istocie swej natury jest złem i nie ma dla niego usprawiedliwienia. Żadnego. Ani religijnego, ani ekonomicznego, ani jakiegokolwiek innego. Ktoś, kto nazywa lęk przed fanatyzmem nietolerancją i rasizmem jest w błędzie, bo fanatyzmu należy się bać. Zwłaszcza ideologicznego. Dwie hekatomby, które przetoczyły się przez Europę w XX wieku (wojny światowe) oraz pięćdziesiąt lat panoszenia się opresyjnego fanatycznego komunizmu na połowie kontynentu są tego najlepszym dowodem. W tym kontekście nieco dziwi miękkość i zachowawczość elit politycznych, ocierające się niemal o bezradność w konfrontacji z brutalnym dynamizmem islamskiej ideologii. Potworności wywołane ideologiami faszystowską i komunistyczną spowodowały, że Europa odideologizowała się, co w połączeniu z postępującą laicyzacją (nie mylić z laickością, która jest neutralna światopoglądowo) sprawiło, że idee i religie (zwłaszcza chrześcijaństwo, będące obok antyku jednym z fundamentów europejskiej kultury) postrzegać zaczęto protekcjonalnie jako nieszkodliwy folklor, który z przestrzeni publicznej należy usunąć i ograniczyć wyłącznie do przestrzeni prywatnej, a jeszcze lepiej intymnej. Był w tym do niedawna jakiś przedziwny dualizm, bo postawom dyskretnie antyjudaistycznym (bo przecież mogłyby zostać uznane za antysemityzm) i otwarcie antychrześcijańskim towarzyszyło kokieteryjne trzepotanie rzęsami w stronę islamu, jako – o ironio! – antytezy judaizmu i chrześcijaństwa. Owemu odideologizowaniu i laicyzacji towarzyszyło niczym nieuzasadnione przeświadczenie, że świat ma tak samo, że odideologizował się, a idee można rozmyć w procesie publicznego dialogu, rozmydlić czynnikami ekonomicznymi, a jeśli tego byłoby mało, strywializować i obśmiać, przeganiając do prywatnych alków. W tej rzeczywistości, w której europejskie idee ograniczają się wyłącznie do partykularyzmu, fakt, że istnieje inna rzeczywistość, budzi niedowierzanie. Błędem jest założenie, że odideologizowanie i laicyzacja to globalne zjawisko, bowiem duża część świata, ta muzułmańska, uważa dokładnie odwrotnie. Islam nie uznaje rozdziału życia na religijne i świeckie – wszystkie płaszczyzny życia muzułmanina reguluje szariat. Zwolennicy politycznego islamu wcale nie ukrywają, że ich ideałem jest ogólnoświatowe państwo islamskie, w którym prawa określą Koran i hadisy. I choć zapewniają o tolerancji wobec innych światopoglądów, to dla takowych przestrzeni w muzułmańskim państwie nie ma. 
Nowy Jork, Madryt, Londyn, Paryż… Co jeszcze musi się stać, żeby elity rządzące (politycy i media) przestali wreszcie opowiadać, że ci, co wbili się w wieżowce WTC, zdetonowali bomby w Madrycie, Londynie, Tunisie, Egipcie, wysadzili się w Paryżu, mieli problem ze zrozumieniem czegoś ze swojej religii. Nie mieli, bowiem dla nich idea miała wartość większą niż życie. Co jeszcze musi się stać, żeby zrozumieli, że poglądy politycznego islamu nie ulegną moderacji w ramach społeczeństwa demokratycznego, bo taki model społeczeństwa islam odrzuca.
Niedawna dyskusja o kryzysie migracyjnym w kontekście ostatnich wydarzeń nabiera nowego znaczenia, a sam kryzys budzi coraz większy niepokój, którego nie sposób zignorować. Uważam, że ofiarom terroru trzeba pomóc bez względu na ich światopogląd, ale należy zrobić to mądrze i przy zachowaniu maksymalnych środków ostrożności. Rozumiem też lęk dużej części społeczeństwa i częściowo go podzielam. Że co? Że nietolerancyjny jestem? Być może. Wolę jednak państwo, w którym mogę wyznawać swój własny światopogląd (lub zmienić go na inny, jeśli tak wybiorę), od państwa islamskiego, w którym światopogląd zostanie mi narzucony siłą.
___________________________________
* Zapłatą dla tych, którzy zwalczają Boga
i Jego Posłańca
i starają się szerzyć zepsucie na ziemi,
będzie tylko to,
iż będą oni zabici lub ukrzyżowani
albo też obetnie im się
rękę i nogę naprzemianległe,
albo też zostaną wypędzeni z kraju.
Oni doznają
hańby na tym świecie
i kary bolesnej w życiu ostatecznym.
(Koran 5:33 przekład J. Bielawskiego)

Co obejmuje owo pojęcie „szerzenie zepsucia”? Wszystko, co niezgodne z Koranem, tradycją muzułmańską i szariatem, a więc m.in. apostazję, głoszenie religii innych niż islam, cudzołóstwo, przyjmowanie zachodnich wartości, itd.

27 października

Adele "Hello"

Adele "Hello"
Chodzi dziś za mną ta piosenka:
Adele to niezwykła artystka, o wyjątkowej ekspresji, wrażliwości i absolutnie cudownym głosie. Jest najlepiej sprzedającą się wokalistką w Wielkiej Brytanii, mającą na swoim koncie dwie płyty: 19 (styczeń 2008) i 21 (styczeń 2011). W 2011 r. nagrała  piosenkę Skyfall do Bonda o tym samym tytule, za którą dostała Oscara i… zamilkła na całe 4 lata.  Ale oto zbliża się premiera jej nowej płyty (20 listopada), zatytułowanej 25. Moja poprzednia płyta dotyczyła rozpadu – wyjaśnia Adele - zaś gdybym miała nazwać ten album, byłaby to płyta o pogodzeniu się. Pogodzeniu się z samą sobą. Pogodzeniem się ze stratą czasu. Pogodzeniem się ze wszystkim, co zrobiłam i czego nie zrobiłam. 
Właśnie ukazała się premierowa piosenka promująca ten album, to właśnie Hello. Moim zdaniem to jedna z najlepszych piosenek Adele, dająca nadzieję, że pozostałe utwory z tego albumu mogą być równie dobre. Adele wraca z klasą, naprawdę w wielkim stylu. Czekam niecierpliwie na ten album. 

11 października

Deja vu

Wracając z kościoła do domu wstąpiłem do sklepu na rogu po jakiś drobiazg, którego zapomniałem kupić. Trafiłem na panią Krysię, która dryfując od lady do półek, jak statek pod pełnymi żaglami, bo taka drobniutka, obsłużyła mnie jak zawsze demonstrując swoją dezaprobatę w sposób dyskretny, acz sugestywny, miną królowej wyświadczającej wielką, absolutnie niezasłużoną łaskę. Pani Krysia bowiem profesjonalistką jest i zawodową klasę ma, więc w robocie nie okazuje swoich antypatii. Ostentacyjnie. A faktem niewątpliwym jest to, że cóś pani Krysi do mnie nie ciągnie. I to od pierwszego tygodnia, kiedy tu się wprowadziłem. Pani Krysia to ekspedientka, której apogeum handlowej kariery przypadło na lata osiemdziesiąte, kiedy pani sklepowa w hierarchii społecznej w naszym pięknym kraju stała zaraz za samym Panem Bogiem, bo również dystrybuowała dobra. Skażona latami osiemdziesiątymi krew wciąż w niej krąży, burząc się czasem resztkami jakiegoś żalu i pretensji za tamtym bajkowym czasem, kiedy czuła się boginią, od której fanaberii zależało zaopatrzenie maluczkich. Jednym skinieniem pilniczka do paznokci decydowała, kto paczkę kawy dostanie, a kto kawałek szynki konserwowej. Oczywiście spod lady. To były czasy! Straszne! Choć dla pani Krysi cudowne. Czasy, w których w jakiejś części wciąż tkwi zarówno mentalnie, jak i wizualnie. Rzekłbym nawet, że mogłaby być ich żywą ilustracją, bowiem platynowe swe włosy za pomocą swych czarownych rączek i hektolitrów lakieru stylizuje w dwudziestocentymetrowe naczapierzone coś, co w połowie lat osiemdziesiątych miało manifestować wyluzowany, artystyczny nieład i już wtedy było kontrowersyjne, a co dopiero dzisiaj. Owo osobliwe monstrum na jej głowie idealnie komponuje się z obłością jej kształtów. Dla pełnego obrazu dodać należy, że pani Krysia jest namiętną palaczką kompulsywną i papieros jest jej atrybutem na równi z białym, nylonowym fartuchem. A handlowcem jest doskonałym. Zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu. Miałem z nią malutką awarię już w dzień naszego poznania się, bowiem wcisnęła mi 2 stare bułki i przeterminowany twarożek. Wypakowując zakupione dobroci pomacałem zapakowane przez nią w plastikowy woreczek owe bułki i uświadomiłem sobie, że gdybym nimi cisnął, mógłbym zwalić z nóg dwie osoby. Były twarde jak kamienie. Podejrzliwie spojrzałem na twarożek – dziwnym zbiegiem okoliczności metka z ceną naklejona była na datę przydatności do spożycia. Odkleiłem i okazało się, że ów minął dawno temu. Jak dawno, okazało się po otwarciu – z twarożku zrobił się serek pleśniowy. Szlag mnie nagły trafił i odbił się od pani Krysi rykoszetem, bo zebrałem te starocie i jej zwróciłem. Trzeba było widzieć to jej święte oburzenie: ręce wznoszone do nieba, zaklęcia, że świeżutki towar sprzedała. Narobiła jazgotu na najwyższych tonach zbulwersowania. Choć jęzor mam niewyparzony, powstrzymałem się i bardzo spokojnie odpowiedziałem pani Krysi, że prosiłem o twarożek, a nie ser pleśniowy i o dwie świeże bułki, a nie artefakty archeologiczne. Pani Krysia aż zaniemówiła z oburzenia, tak bardzo zbrukałem żyjącą wciąż w niej boginię handlu z lat osiemdziesiątych. Zdewastowałem, zohydziłem i oplwałem jej zawodową wiarygodność. A najbardziej chyba oburzyła się na te artefakty archeologiczne, bo nie wiedząc co to, uznała je prewencyjnie za obraźliwe i wzdęła podgardle. Jej dwie koleżanki, którymi pomiata i które bojąc się jej histerycznie, podlizują jej się, przyglądały się tej scenie wybałuszonymi oczyma, nie oddychając zupełnie, przerażone i zafascynowane jednocześnie, a ich twarze krzyczały niemo: Co teraz będzie?! Co teraz będzie?! Spodziewały się najwidoczniej jakiegoś trzęsienia ziemi, wypiętrzenia nowego górotworu, albo innego, równie efektownego kataklizmu, a przynajmniej tego, że pani Krysia odgryzie mi głowę i zagra nią w kręgle, ale ku ich rozczarowaniu nic takiego się nie stało. Pani Krysia pewnie by sobie pofolgowała i to jak! Ale z przykrością przypomniała sobie, że to już nie lata osiemdziesiąte i musi przynajmniej udawać, że nie jest niemiła. Zwęziła tylko oczy w malutkie szpareczki i zapakowała do plastikowego woreczka dwie świeżutkie bułeczki (ostentacyjnie sprawdziłem przy niej czy rzeczywiście świeże) oraz świeży twarożek (też rzuciłem okiem na datę ważności). Pani Krysia jest konsekwentna i zawsze jak mnie obsługuje – a obsługuje tylko wtedy, kiedy rzeczywiście musi – patrzy na mnie przyjaznym wzrokiem modliszki. Widocznie tamta zniewaga wciąż w niej żyje, burząc w niej krew zbezczeszczonej bogini. Ale obsługuje, a przecież mogłaby udać, że sklep zamknięty, albo przyjęcie towaru, lub też remanent. I świeżą natkę pietruszki odłoży jak poproszę...

04 października

System

System
Obejrzałem dziś film System (Child44), skuszony jego chwalebną aurą realizacji zakazanej przez Kreml. Dwór najjaśniejszego obraził się na ten film, z powodu zbyt mrocznego odmalowania świetlanych przecież czasów stalinowskiego terroru. Każde dzieło umieszczone przez Kreml na indeksie dzieł zakazanych, z marszu staje się na mojej liście pozycją obowiązkową do obejrzenia. To najlepsza rekomendacja, obnażająca przy okazji fakt, że pomimo ćwierćwiecznej rdzy, sowieckie mechanizmy mają się w Rosji całkiem dobrze. Tym razem jednak dwór zareagował mocno na wyrost, bo antyrosyjskich treści próżno w tym filmie szukać. 
Wątek kryminalny, zainspirowany historią wampira z Rostowa, jest tylko pretekstem do próby ukazania atmosfery stalinowskiego terroru: mrocznej, dusznej, beznadziejnej, paranoicznie opresyjnej. Próby nie do końca udanej, z braku zasadniczej dominanty epoki stalinizmu: strachu. Bohaterowie filmu nie boją się, a przynajmniej ja ich strachu nie dostrzegłem. Demidov nie boi się (choć powinien!), bo system zna, jego żona nie boi się, bo ma męża, który system zna. Wszystko to jakieś takie plastikowe. Fabuła jest ciężka, lepka, momentami gęsta jak barszcz ukraiński. Całość sfilmowana ponuro, mgliście, ciemnawo, chwilami jakby z ręki, trzęsącą się kamerą, w konwencji reportażu na żywo. Zabieg ten, jak mniemam, miał na celu wywołanie u widza wrażenia wessania w fabułę. Miałką niestety i plączącą się w gąszczu zbyt wielu wątków, przeprowadzonych dość schematycznie. Cały film można zrecenzować jednym krótkim zdaniem: szału nie było, tyłka nie urwało. I nie pomogła świetna kreacja Toma Hardy’ego, który w jednowymiarową, papierową postać Leona Demidova tchnął życie, ani nie zaszkodziło aktorstwo Noomi Rapace, drętwe jak drewniany kołek. Agnieszka Grochowska w epizodycznej roli Niny Andreyevy wypadła dobrze, choć… krótko. To bardzo zdolna aktorka i gdyby reżyser obsadził ją w roli Demidovej zamiast Rapace, stworzyłaby - tak myślę - wyrazistą, wielowymiarową postać. Filmowi to by i tak nie pomogło, ale przynajmniej byłoby ciekawiej.  





03 października

Panaceum pani Zosi

Stała się rzecz niebywała! Epokowa i rewolucyjna! Pani Zosia dała radę! Komu/czemu? Już opowiadam. Zanim jednak zacznę, tym, którzy nie mieli okazji poznać pani Zosi, sugeruję rzucić okiem na posty oflagowane tagiem Pani Zosia. Zapoznanie się z nimi może być – abstrahując już od samego obcowania z ich niewątpliwymi walorami artystyczno-rozrywkowymi (żarcik taki) -  istotne dla pełnego zrozumienia poniższej opowieści.

Pani Zosia wybrała się jakiś czas temu do dużego ośrodka akademickiego na spotkanie z lekarzem laryngologiem. Nie udała się tam sama, córka ją zawiozła, ale to dla dalszej narracji szczegół nieistotny. Umówiła się z owym lekarzem w nadziei, że znajdzie on panaceum na jej dolegliwości. I nie zawiodła się. Znalazł. Co prawda nie do końca takie, jakiego pani Zosia oczekiwała, ale skuteczne, jak się okazało. Ów lekarz klinicysta –  tu wspomnieć należy, że lekarze klinicyści cieszą się u pani Zosi szczególnym poważaniem, jako ci najbieglejsi w sztuce, bowiem czerpiący z samego źródła medycznej wiedzy – po obejrzeniu skanów pani Zosi oraz jej samej stwierdził, że są idealne (skany), a pani Zosia zdrowa. Na jej nieśmiały protest odpowiedział sugestią wizyty u specjalisty w celu leczenia nerwicy. Choć słowo sugestia nie jest tu odpowiednie, bowiem lekarz ów powiedział jej to nie siląc się na eufemizmy. Wspomógł się nawet lewą kończyną górną, którą wskazał na swoją głowę, żeby pani Zosia nie miała wątpliwości, o lekarzu jakiej specjalności mówił. Podobne apele kierowane przez bezradnego lekarza rodzinnego, cyklicznie przez nią nachodzonego i dręczonego puszczała mimo uszu, choć – jak się w konsekwencji okazało - jakoś ją z samą ideą oswoiły. Walczyła z sobą miesiąc cały, ale przemogła się i zadzwoniła do przychodni, żeby zapisać się do psychiatry. Kiedy przyszedł termin, kazała wieźć się do przychodni córce, której powiedziała, że ma wizytę u ortopedy. O wizycie u psychiatry pani Zosia nie przyznała się nikomu, nawet własnym dzieciom. To najgłębiej skrywana tajemnica, o której nie wie nikt. Absolutnie nikt! Nawet CIA nie wie, ani MI6! Nikt! Jedynie pani Zosia i Matka Boska. No i moja Mama, która została przez panią Zosię wciągnięta w tę konspirę, bo wsparcia psychicznego i potwierdzenia słuszności swojej decyzji o zapoznaniu się z tym specjalistą pani Zosia jednak potrzebowała. Pielęgniarka w rejestracji oraz lekarz psychiatra się nie liczą, bo usta mają zakneblowane etyką zawodową. Wizyta zaowocowała trójpierścieniowym lekiem antydepresyjnym, który pani Zosia zaczęła łykać, choć na początku dość nieufnie. Trochę marudziła na działanie leku, bo lekko ją ogłupiał, szczególnie rano. Do tego jeszcze pozbycie się objawów nerwicowych w postaci dygotek oraz szczególnie przez panią Zosię ulubionych somatycznych bólów głowy - do których pani Zosia była jednak bardzo przywiązana, a które po leku przestały ją nawiedzać i cieszyć – rozbiło ją nieco i sprawiło, że poczuła się w tej nowej sytuacji lekko zagubiona. Zaczęła nawet przebąkiwać coś o odstawieniu leku. Przebąkiwanie zostało przez moją Mamę zdławione w samym zarodku, zanim dojrzało na tyle, żeby zmienić się w czyn i zostały, z moim udziałem, podjęte czynności zaradcze. Pani Zosia – to jej stały numer - potrzebowała opinii niezależnego eksperta, czyli innego lekarza. I taka opinię otrzymała. Tu mężem prawdziwie opatrznościowym okazał się Michaś (kochany Michaś), który za moim pośrednictwem takiej opinii udzielił. Pani Zosia uspokojona farmakoterapii poddała się dzielnie i stwierdziła, że jest innym człowiekiem, co oznaczało, że wyluzowała się i uspokoiła. Oczywiście siłą przyzwyczajenia ponarzekała na wizycie kontrolnej u psychiatry, ale tylko po to, żeby lekarz nie pomyślał sobie, że jakimś cudotwórcą jest albo co. Nie zrobiło to na nim zbyt wielkiego wrażenia, skoro zapisał pani Zosi trójpierścieniowy lek przeciwdepresyjny, działający niemal identycznie jak poprzedni, ale pod inną nazwą, czym panią Zosię uradował, bo poczuła się wysłuchana i rzetelnie leczona. A tak na serio, to szacun dla pani Zosi, za wzniesienie się ponad stereotypy i wynikające z nich lęki. Wielki szacun!
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger