24 listopada

Śnieg

Śnieg zaczął padać po północy. I to rzeczywiście prawda,
że się najlepiej siedzi w kuchni, choćby to była nawet kuchnia samotności.
Jest tam ci ciepło, coś pitrasisz, pijesz wino
i patrzysz oknem w ciemność poufałą.
Po cóż się martwić, czy początek i koniec to jedynie punkty,
skoro życie nie bywa nigdy linią prostą?
Po cóż się trudzić patrzeniem w kalendarz
i suszyć sobie głowę, jaka stawka wchodzi jeszcze w grę?
Po cóż się przyznawać, że nie masz pieniędzy na pantofelki dla dziewczyny?
I po cóż zaraz się chełpić, że cierpisz bardziej niż inni?
Gdyby na ziemi nie było ciszy,
wyśniłby ją ten śnieg prószący.
Jesteś sam. Żadnych zbędnych gestów. Nic na pokaz.

Vladimir Holan Śnieg
(przeł. Leszek Engelking)

W nocy spadł śnieg. Moje miasto wygląda jak posypane cukrem pudrem. Jest pięknie. 

21 listopada

25

Nowy, długo oczekiwany album Adele ukazał się właśnie. Przesłuchałem go wczoraj podekscytowany i bardzo mi się spodobał. To Adele w swoim popowo-soulowym stylu, który uczynił ją mega gwiazdą. Dzisiejsze drugie przesłuchanie, już nie tak entuzjastyczne, ujawniło jednak pewne niedociągnięcia. Cała płyta, choć przerwana dwoma żywszymi, rytmicznymi utworami (Send my love i Water under the bridge) utrzymana jest w niemiłosiernie wyeksploatowanej stylistyce power ballad z lat 80., przez co wydaje się nieco zbyt jednostajna. Premierowa Hello zapowiadała powrót Adele w wielkim stylu i choć to wciąż ona ze swoim magicznym, charyzmatycznym głosem, to jednak płyta 25, choć dobra, sprawia wrażenie wtórnej. Podoba mi się, tak, ale oczekiwałem czegoś na miarę Rolling in the deep czy Set fire to the rain, a tego na tej płycie nie znalazłem. No może oprócz Hello, które rzeczywiście jest znakomite. Wydaje mi się, że nadszedł czas na zmianę, na otwarcie się na innych, niezależnych tekściarzy, bowiem odnoszę wrażenie, że to te bardzo osobiste, ckliwe, tęskne, melancholijnie retrospektywne, chwilami wręcz ekshibicjonistyczne teksty, których Adele jest autorką bądź współautorką, wymuszają jednostajną, martyrologiczną stylistykę, co - moim zdaniem - ewidentnie ją ogranicza. Jestem wielkim fanem głosu Adele, jej wyjątkowej muzycznej wrażliwości i niektórych jej piosenek (Skyfall, Someone like you, Rolling in the deep, Set fire to the rain, Hello), ale ta dominująca martyrologia zaczyna być nużąca. Marzę o diametralnie innej Adele. Młodej, pełnej życia, optymistycznie patrzącej w przyszłość. Chcę w jej cudownym głosie usłyszeć nowe alikwoty - jasne, radosne, wręcz figlarne. Chcę nowej Adele - adekwatnej do tych dwudziestu siedmiu lat, które sobie liczy. Afirmującej życie. 

15 listopada

Paryż

To, co stało się w Paryżu jest straszne. To nie początek i obawiam się, nie koniec. To rzeczywistość, która budzi lęk. Rzeczywistość zapowiedziana przez liderów tzw. państwa islamskiego, a przewidziana wcześniej przez wybitną dziennikarkę Orianę Fallaci. Jej śmiałe tezy dotyczące stosunków między cywilizacjami zachodnią i muzułmańską, za które została przez niektóre środowiska okrzyknięta rasistką, okazały się prorocze i spełniają się na naszych oczach.
Po zamachach na WTC 11 września 2001 r. Fallaci w swoich artykułach publikowanych w najpoczytniejszej włoskiej gazecie Corriere della Sera oraz w swoich książkach Wściekłość i duma oraz Siła rozumu wyraziła opinie o zagrożeniach, jakie według niej niesie ze sobą islam, który uznawała za religię z natury swej wyjątkowo agresywną, niebezpieczną i reakcyjną, a dialog cywilizacji zachodu z islamem za niemożliwy. Czas wciąż weryfikuje jej śmiałe tezy, ukazał już jednak, że w części z nich nie pomyliła się. Europejska polityka wielokulturowości okazuje się mrzonką, ponieważ imigranci gardząc zachodnią cywilizacją nie chcą się asymilować. Polityczna poprawność elit nazywająca brutalną agresywność islamu innym wzorcem kulturowym również ponosi klęskę, islam bowiem nie jest pokojową religią*. Koran naucza, że niewiernych – a takim jest każdy, kto nie wyznaje islamu – należy nawracać. Mieczem, jeśli trzeba. Ów dżihad, który jest obowiązkiem każdego wyznawcy w Koranie i muzułmańskiej tradycji oznacza wszelkie starania podejmowane w imię szerzenia i umacniania islamu, zarówno poprzez walkę zbrojną, nawracanie niewiernych, pokojowe propagowanie islamu, jak i wewnętrzne zmagania wyznawcy. A na tych, którzy zginą szerząc islam czekają huryski w Dżannah (islamskim raju) i niekończąca się impreza. Kimże są owe huryski? To rajskie mega seksbomby, olśniewające piękności. To Marilyn Monroe, Brigitte Bardot, Sophia Loren, Kate Moss, Linda Evangelista, Halle Berry, Cate Blanchett, Liv Tyler i cała reszta najurodziwszych gwiazd filmowych oraz na dokładkę najgorętsze gwiazdy porno – wszystkie w kupę wzięte, zmiksowane i wstrząśnięte w celu uzyskania obrazu kobiety doskonałej, o urodzie i seksapilu zdolnym z waginosceptyka uczynić waginoentuzjastę, świętej grzesznicy, dziewiczej nimfomanki, mającej nad śmiertelniczkami jeszcze tę miażdżącą przewagę, że wiecznie młodej i mogącej odnawiać swoje dziewictwo ku uciesze tego, który oddał swe życie dla szerzenia islamu. Takich kobiet doskonałych będzie w Dżannah bez liku i co jedna to ładniejsza. A każdy z tych, którzy oddadzą swe życie dla szerzenia islamu, będzie miał na swój osobisty użytek owych hurysek siedemdziesiąt dwie. Będą ich głaskały po łonach fundując im niebiańskie orgazmy. Wizja owych niebiańskich orgazmów czynionych przez huryski zawstydzające swą urodą nawet najpiękniejsze filmowe gwiazdy - będące obiektem ich pożądliwego ślinienia się i mokrych snów, ale w przeciwieństwie do hurysek absolutnie poza ich zasięgiem – tak inspiruje niektórych dżihadystów, że stają się ekstremistami i wysadzając się w powietrze zabijają wielu przypadkowych ludzi. Islam nie jest pokojową religią i nie zmieni tego fałszowanie rzeczywistości przez media unikające mówienia o islamskim ekstremizmie, czy wręcz negujące jego istnienie, pomimo jawnego wsparcia udzielanego ekstremistom przez wielu islamskich liderów politycznych i religijnych. Warto zwrócić uwagę na to, że owi liderzy nie śpieszą się z potępieniem tego, co stało się wczoraj w Paryżu. 
Fanatyzm w istocie swej natury jest złem i nie ma dla niego usprawiedliwienia. Żadnego. Ani religijnego, ani ekonomicznego, ani jakiegokolwiek innego. Ktoś, kto nazywa lęk przed fanatyzmem nietolerancją i rasizmem jest w błędzie, bo fanatyzmu należy się bać. Zwłaszcza ideologicznego. Dwie hekatomby, które przetoczyły się przez Europę w XX wieku (wojny światowe) oraz pięćdziesiąt lat panoszenia się opresyjnego fanatycznego komunizmu na połowie kontynentu są tego najlepszym dowodem. W tym kontekście nieco dziwi miękkość i zachowawczość elit politycznych, ocierające się niemal o bezradność w konfrontacji z brutalnym dynamizmem islamskiej ideologii. Potworności wywołane ideologiami faszystowską i komunistyczną spowodowały, że Europa odideologizowała się, co w połączeniu z postępującą laicyzacją (nie mylić z laickością, która jest neutralna światopoglądowo) sprawiło, że idee i religie (zwłaszcza chrześcijaństwo, będące obok antyku jednym z fundamentów europejskiej kultury) postrzegać zaczęto protekcjonalnie jako nieszkodliwy folklor, który z przestrzeni publicznej należy usunąć i ograniczyć wyłącznie do przestrzeni prywatnej, a jeszcze lepiej intymnej. Był w tym do niedawna jakiś przedziwny dualizm, bo postawom dyskretnie antyjudaistycznym (bo przecież mogłyby zostać uznane za antysemityzm) i otwarcie antychrześcijańskim towarzyszyło kokieteryjne trzepotanie rzęsami w stronę islamu, jako – o ironio! – antytezy judaizmu i chrześcijaństwa. Owemu odideologizowaniu i laicyzacji towarzyszyło niczym nieuzasadnione przeświadczenie, że świat ma tak samo, że odideologizował się, a idee można rozmyć w procesie publicznego dialogu, rozmydlić czynnikami ekonomicznymi, a jeśli tego byłoby mało, strywializować i obśmiać, przeganiając do prywatnych alków. W tej rzeczywistości, w której europejskie idee ograniczają się wyłącznie do partykularyzmu, fakt, że istnieje inna rzeczywistość, budzi niedowierzanie. Błędem jest założenie, że odideologizowanie i laicyzacja to globalne zjawisko, bowiem duża część świata, ta muzułmańska, uważa dokładnie odwrotnie. Islam nie uznaje rozdziału życia na religijne i świeckie – wszystkie płaszczyzny życia muzułmanina reguluje szariat. Zwolennicy politycznego islamu wcale nie ukrywają, że ich ideałem jest ogólnoświatowe państwo islamskie, w którym prawa określą Koran i hadisy. I choć zapewniają o tolerancji wobec innych światopoglądów, to dla takowych przestrzeni w muzułmańskim państwie nie ma. 
Nowy Jork, Madryt, Londyn, Paryż… Co jeszcze musi się stać, żeby elity rządzące (politycy i media) przestali wreszcie opowiadać, że ci, co wbili się w wieżowce WTC, zdetonowali bomby w Madrycie, Londynie, Tunisie, Egipcie, wysadzili się w Paryżu, mieli problem ze zrozumieniem czegoś ze swojej religii. Nie mieli, bowiem dla nich idea miała wartość większą niż życie. Co jeszcze musi się stać, żeby zrozumieli, że poglądy politycznego islamu nie ulegną moderacji w ramach społeczeństwa demokratycznego, bo taki model społeczeństwa islam odrzuca.
Niedawna dyskusja o kryzysie migracyjnym w kontekście ostatnich wydarzeń nabiera nowego znaczenia, a sam kryzys budzi coraz większy niepokój, którego nie sposób zignorować. Uważam, że ofiarom terroru trzeba pomóc bez względu na ich światopogląd, ale należy zrobić to mądrze i przy zachowaniu maksymalnych środków ostrożności. Rozumiem też lęk dużej części społeczeństwa i częściowo go podzielam. Że co? Że nietolerancyjny jestem? Być może. Wolę jednak państwo, w którym mogę wyznawać swój własny światopogląd (lub zmienić go na inny, jeśli tak wybiorę), od państwa islamskiego, w którym światopogląd zostanie mi narzucony siłą.
___________________________________
* Zapłatą dla tych, którzy zwalczają Boga
i Jego Posłańca
i starają się szerzyć zepsucie na ziemi,
będzie tylko to,
iż będą oni zabici lub ukrzyżowani
albo też obetnie im się
rękę i nogę naprzemianległe,
albo też zostaną wypędzeni z kraju.
Oni doznają
hańby na tym świecie
i kary bolesnej w życiu ostatecznym.
(Koran 5:33 przekład J. Bielawskiego)

Co obejmuje owo pojęcie „szerzenie zepsucia”? Wszystko, co niezgodne z Koranem, tradycją muzułmańską i szariatem, a więc m.in. apostazję, głoszenie religii innych niż islam, cudzołóstwo, przyjmowanie zachodnich wartości, itd.

27 października

Adele "Hello"

Adele "Hello"
Chodzi dziś za mną ta piosenka:
Adele to niezwykła artystka, o wyjątkowej ekspresji, wrażliwości i absolutnie cudownym głosie. Jest najlepiej sprzedającą się wokalistką w Wielkiej Brytanii, mającą na swoim koncie dwie płyty: 19 (styczeń 2008) i 21 (styczeń 2011). W 2011 r. nagrała  piosenkę Skyfall do Bonda o tym samym tytule, za którą dostała Oscara i… zamilkła na całe 4 lata.  Ale oto zbliża się premiera jej nowej płyty (20 listopada), zatytułowanej 25. Moja poprzednia płyta dotyczyła rozpadu – wyjaśnia Adele - zaś gdybym miała nazwać ten album, byłaby to płyta o pogodzeniu się. Pogodzeniu się z samą sobą. Pogodzeniem się ze stratą czasu. Pogodzeniem się ze wszystkim, co zrobiłam i czego nie zrobiłam. 
Właśnie ukazała się premierowa piosenka promująca ten album, to właśnie Hello. Moim zdaniem to jedna z najlepszych piosenek Adele, dająca nadzieję, że pozostałe utwory z tego albumu mogą być równie dobre. Adele wraca z klasą, naprawdę w wielkim stylu. Czekam niecierpliwie na ten album. 

11 października

Deja vu

Wracając z kościoła do domu wstąpiłem do sklepu na rogu po jakiś drobiazg, którego zapomniałem kupić. Trafiłem na panią Krysię, która dryfując od lady do półek, jak statek pod pełnymi żaglami, bo taka drobniutka, obsłużyła mnie jak zawsze demonstrując swoją dezaprobatę w sposób dyskretny, acz sugestywny, miną królowej wyświadczającej wielką, absolutnie niezasłużoną łaskę. Pani Krysia bowiem profesjonalistką jest i zawodową klasę ma, więc w robocie nie okazuje swoich antypatii. Ostentacyjnie. A faktem niewątpliwym jest to, że cóś pani Krysi do mnie nie ciągnie. I to od pierwszego tygodnia, kiedy tu się wprowadziłem. Pani Krysia to ekspedientka, której apogeum handlowej kariery przypadło na lata osiemdziesiąte, kiedy pani sklepowa w hierarchii społecznej w naszym pięknym kraju stała zaraz za samym Panem Bogiem, bo również dystrybuowała dobra. Skażona latami osiemdziesiątymi krew wciąż w niej krąży, burząc się czasem resztkami jakiegoś żalu i pretensji za tamtym bajkowym czasem, kiedy czuła się boginią, od której fanaberii zależało zaopatrzenie maluczkich. Jednym skinieniem pilniczka do paznokci decydowała, kto paczkę kawy dostanie, a kto kawałek szynki konserwowej. Oczywiście spod lady. To były czasy! Straszne! Choć dla pani Krysi cudowne. Czasy, w których w jakiejś części wciąż tkwi zarówno mentalnie, jak i wizualnie. Rzekłbym nawet, że mogłaby być ich żywą ilustracją, bowiem platynowe swe włosy za pomocą swych czarownych rączek i hektolitrów lakieru stylizuje w dwudziestocentymetrowe naczapierzone coś, co w połowie lat osiemdziesiątych miało manifestować wyluzowany, artystyczny nieład i już wtedy było kontrowersyjne, a co dopiero dzisiaj. Owo osobliwe monstrum na jej głowie idealnie komponuje się z obłością jej kształtów. Dla pełnego obrazu dodać należy, że pani Krysia jest namiętną palaczką kompulsywną i papieros jest jej atrybutem na równi z białym, nylonowym fartuchem. A handlowcem jest doskonałym. Zwłaszcza w swoim własnym mniemaniu. Miałem z nią malutką awarię już w dzień naszego poznania się, bowiem wcisnęła mi 2 stare bułki i przeterminowany twarożek. Wypakowując zakupione dobroci pomacałem zapakowane przez nią w plastikowy woreczek owe bułki i uświadomiłem sobie, że gdybym nimi cisnął, mógłbym zwalić z nóg dwie osoby. Były twarde jak kamienie. Podejrzliwie spojrzałem na twarożek – dziwnym zbiegiem okoliczności metka z ceną naklejona była na datę przydatności do spożycia. Odkleiłem i okazało się, że ów minął dawno temu. Jak dawno, okazało się po otwarciu – z twarożku zrobił się serek pleśniowy. Szlag mnie nagły trafił i odbił się od pani Krysi rykoszetem, bo zebrałem te starocie i jej zwróciłem. Trzeba było widzieć to jej święte oburzenie: ręce wznoszone do nieba, zaklęcia, że świeżutki towar sprzedała. Narobiła jazgotu na najwyższych tonach zbulwersowania. Choć jęzor mam niewyparzony, powstrzymałem się i bardzo spokojnie odpowiedziałem pani Krysi, że prosiłem o twarożek, a nie ser pleśniowy i o dwie świeże bułki, a nie artefakty archeologiczne. Pani Krysia aż zaniemówiła z oburzenia, tak bardzo zbrukałem żyjącą wciąż w niej boginię handlu z lat osiemdziesiątych. Zdewastowałem, zohydziłem i oplwałem jej zawodową wiarygodność. A najbardziej chyba oburzyła się na te artefakty archeologiczne, bo nie wiedząc co to, uznała je prewencyjnie za obraźliwe i wzdęła podgardle. Jej dwie koleżanki, którymi pomiata i które bojąc się jej histerycznie, podlizują jej się, przyglądały się tej scenie wybałuszonymi oczyma, nie oddychając zupełnie, przerażone i zafascynowane jednocześnie, a ich twarze krzyczały niemo: Co teraz będzie?! Co teraz będzie?! Spodziewały się najwidoczniej jakiegoś trzęsienia ziemi, wypiętrzenia nowego górotworu, albo innego, równie efektownego kataklizmu, a przynajmniej tego, że pani Krysia odgryzie mi głowę i zagra nią w kręgle, ale ku ich rozczarowaniu nic takiego się nie stało. Pani Krysia pewnie by sobie pofolgowała i to jak! Ale z przykrością przypomniała sobie, że to już nie lata osiemdziesiąte i musi przynajmniej udawać, że nie jest niemiła. Zwęziła tylko oczy w malutkie szpareczki i zapakowała do plastikowego woreczka dwie świeżutkie bułeczki (ostentacyjnie sprawdziłem przy niej czy rzeczywiście świeże) oraz świeży twarożek (też rzuciłem okiem na datę ważności). Pani Krysia jest konsekwentna i zawsze jak mnie obsługuje – a obsługuje tylko wtedy, kiedy rzeczywiście musi – patrzy na mnie przyjaznym wzrokiem modliszki. Widocznie tamta zniewaga wciąż w niej żyje, burząc w niej krew zbezczeszczonej bogini. Ale obsługuje, a przecież mogłaby udać, że sklep zamknięty, albo przyjęcie towaru, lub też remanent. I świeżą natkę pietruszki odłoży jak poproszę...

04 października

System

System
Obejrzałem dziś film System (Child44), skuszony jego chwalebną aurą realizacji zakazanej przez Kreml. Dwór najjaśniejszego obraził się na ten film, z powodu zbyt mrocznego odmalowania świetlanych przecież czasów stalinowskiego terroru. Każde dzieło umieszczone przez Kreml na indeksie dzieł zakazanych, z marszu staje się na mojej liście pozycją obowiązkową do obejrzenia. To najlepsza rekomendacja, obnażająca przy okazji fakt, że pomimo ćwierćwiecznej rdzy, sowieckie mechanizmy mają się w Rosji całkiem dobrze. Tym razem jednak dwór zareagował mocno na wyrost, bo antyrosyjskich treści próżno w tym filmie szukać. 
Wątek kryminalny, zainspirowany historią wampira z Rostowa, jest tylko pretekstem do próby ukazania atmosfery stalinowskiego terroru: mrocznej, dusznej, beznadziejnej, paranoicznie opresyjnej. Próby nie do końca udanej, z braku zasadniczej dominanty epoki stalinizmu: strachu. Bohaterowie filmu nie boją się, a przynajmniej ja ich strachu nie dostrzegłem. Demidov nie boi się (choć powinien!), bo system zna, jego żona nie boi się, bo ma męża, który system zna. Wszystko to jakieś takie plastikowe. Fabuła jest ciężka, lepka, momentami gęsta jak barszcz ukraiński. Całość sfilmowana ponuro, mgliście, ciemnawo, chwilami jakby z ręki, trzęsącą się kamerą, w konwencji reportażu na żywo. Zabieg ten, jak mniemam, miał na celu wywołanie u widza wrażenia wessania w fabułę. Miałką niestety i plączącą się w gąszczu zbyt wielu wątków, przeprowadzonych dość schematycznie. Cały film można zrecenzować jednym krótkim zdaniem: szału nie było, tyłka nie urwało. I nie pomogła świetna kreacja Toma Hardy’ego, który w jednowymiarową, papierową postać Leona Demidova tchnął życie, ani nie zaszkodziło aktorstwo Noomi Rapace, drętwe jak drewniany kołek. Agnieszka Grochowska w epizodycznej roli Niny Andreyevy wypadła dobrze, choć… krótko. To bardzo zdolna aktorka i gdyby reżyser obsadził ją w roli Demidovej zamiast Rapace, stworzyłaby - tak myślę - wyrazistą, wielowymiarową postać. Filmowi to by i tak nie pomogło, ale przynajmniej byłoby ciekawiej.  





03 października

Panaceum pani Zosi

Stała się rzecz niebywała! Epokowa i rewolucyjna! Pani Zosia dała radę! Komu/czemu? Już opowiadam. Zanim jednak zacznę, tym, którzy nie mieli okazji poznać pani Zosi, sugeruję rzucić okiem na posty oflagowane tagiem Pani Zosia. Zapoznanie się z nimi może być – abstrahując już od samego obcowania z ich niewątpliwymi walorami artystyczno-rozrywkowymi (żarcik taki) -  istotne dla pełnego zrozumienia poniższej opowieści.

Pani Zosia wybrała się jakiś czas temu do dużego ośrodka akademickiego na spotkanie z lekarzem laryngologiem. Nie udała się tam sama, córka ją zawiozła, ale to dla dalszej narracji szczegół nieistotny. Umówiła się z owym lekarzem w nadziei, że znajdzie on panaceum na jej dolegliwości. I nie zawiodła się. Znalazł. Co prawda nie do końca takie, jakiego pani Zosia oczekiwała, ale skuteczne, jak się okazało. Ów lekarz klinicysta –  tu wspomnieć należy, że lekarze klinicyści cieszą się u pani Zosi szczególnym poważaniem, jako ci najbieglejsi w sztuce, bowiem czerpiący z samego źródła medycznej wiedzy – po obejrzeniu skanów pani Zosi oraz jej samej stwierdził, że są idealne (skany), a pani Zosia zdrowa. Na jej nieśmiały protest odpowiedział sugestią wizyty u specjalisty w celu leczenia nerwicy. Choć słowo sugestia nie jest tu odpowiednie, bowiem lekarz ów powiedział jej to nie siląc się na eufemizmy. Wspomógł się nawet lewą kończyną górną, którą wskazał na swoją głowę, żeby pani Zosia nie miała wątpliwości, o lekarzu jakiej specjalności mówił. Podobne apele kierowane przez bezradnego lekarza rodzinnego, cyklicznie przez nią nachodzonego i dręczonego puszczała mimo uszu, choć – jak się w konsekwencji okazało - jakoś ją z samą ideą oswoiły. Walczyła z sobą miesiąc cały, ale przemogła się i zadzwoniła do przychodni, żeby zapisać się do psychiatry. Kiedy przyszedł termin, kazała wieźć się do przychodni córce, której powiedziała, że ma wizytę u ortopedy. O wizycie u psychiatry pani Zosia nie przyznała się nikomu, nawet własnym dzieciom. To najgłębiej skrywana tajemnica, o której nie wie nikt. Absolutnie nikt! Nawet CIA nie wie, ani MI6! Nikt! Jedynie pani Zosia i Matka Boska. No i moja Mama, która została przez panią Zosię wciągnięta w tę konspirę, bo wsparcia psychicznego i potwierdzenia słuszności swojej decyzji o zapoznaniu się z tym specjalistą pani Zosia jednak potrzebowała. Pielęgniarka w rejestracji oraz lekarz psychiatra się nie liczą, bo usta mają zakneblowane etyką zawodową. Wizyta zaowocowała trójpierścieniowym lekiem antydepresyjnym, który pani Zosia zaczęła łykać, choć na początku dość nieufnie. Trochę marudziła na działanie leku, bo lekko ją ogłupiał, szczególnie rano. Do tego jeszcze pozbycie się objawów nerwicowych w postaci dygotek oraz szczególnie przez panią Zosię ulubionych somatycznych bólów głowy - do których pani Zosia była jednak bardzo przywiązana, a które po leku przestały ją nawiedzać i cieszyć – rozbiło ją nieco i sprawiło, że poczuła się w tej nowej sytuacji lekko zagubiona. Zaczęła nawet przebąkiwać coś o odstawieniu leku. Przebąkiwanie zostało przez moją Mamę zdławione w samym zarodku, zanim dojrzało na tyle, żeby zmienić się w czyn i zostały, z moim udziałem, podjęte czynności zaradcze. Pani Zosia – to jej stały numer - potrzebowała opinii niezależnego eksperta, czyli innego lekarza. I taka opinię otrzymała. Tu mężem prawdziwie opatrznościowym okazał się Michaś (kochany Michaś), który za moim pośrednictwem takiej opinii udzielił. Pani Zosia uspokojona farmakoterapii poddała się dzielnie i stwierdziła, że jest innym człowiekiem, co oznaczało, że wyluzowała się i uspokoiła. Oczywiście siłą przyzwyczajenia ponarzekała na wizycie kontrolnej u psychiatry, ale tylko po to, żeby lekarz nie pomyślał sobie, że jakimś cudotwórcą jest albo co. Nie zrobiło to na nim zbyt wielkiego wrażenia, skoro zapisał pani Zosi trójpierścieniowy lek przeciwdepresyjny, działający niemal identycznie jak poprzedni, ale pod inną nazwą, czym panią Zosię uradował, bo poczuła się wysłuchana i rzetelnie leczona. A tak na serio, to szacun dla pani Zosi, za wzniesienie się ponad stereotypy i wynikające z nich lęki. Wielki szacun!

19 września

Póki życia, póty nauki

Póki życia, póty nauki. Moja mająca już kilka lat kołdra zaczęła zbijać się w grudy, dając mi w ten sposób do zrozumienia, że przyszedł już jej czas i pora rozejrzeć się za nową. Wybrałem się więc do sklepu, gdzie zmacałem kilka kołder i wybrałem jedną, która konsystencją swojego wnętrza najbardziej mnie ujęła. Przytargałem ją do domu, założyłem na nią poszwę i ucieszyłem się, bo pasowała idealnie. A z czego tu się cieszyć, ktoś mógłby zapytać. Ano z tego, że dotąd nie pasowały, bo za szerokie były. To idealne dopasowanie wzbudziło moje podejrzenia. Jak to możliwe – pomyślałem - że dotąd poszwy na kołdrę były za duże, a teraz pasują? Uruchomiłem inteligencję bezwzględną i rozpocząłem czynności dedukcyjne. Zacząłem od tych niewymagających kosztownych technik laboratoryjnych, co wcale nie znaczy, że mniej wyrafinowanych. Przyłożyłem mianowicie starą kołdrę do nowej i… Złapałem trop! – pomyślałem, czując jak na moje nadobne lico wykwita dyskretny rumieniec podekscytowania. Kołdry nie były identyczne. Wzmogłem intelektualny wysiłek inspirując dalsze działania badawcze i dogrzebałem się do metki na nowej kołdrze, z której wyczytałem, że kołdra ma rozmiar 160x200 cm. Standard jakiego używam od lat. Spojrzałem na metkę na starej kołdrze i… doznałem olśnienia. Na metce stało jak byk: 140x200 cm. Zagadka rozwiązana. Przez kilka lat użytkowania tej kołdry, nieświadomy rzeczywistego jej rozmiaru, kupowałem poszwy 160x200 cm i psioczyłem przy każdej zmianie pościeli na producentów, że jakieś takie niewymiarowe te poszwy szyją i ludzi denerwują. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że to może być wina kołdry. Ale o tym nie powiem nikomu...

18 września

Radość jest seksowna

Dzisiejszy dzień sponsoruje RADOŚĆ. Jest świetlista, ciepła, miękka, pluszowa i ucieszna. Bardzo seksowna. Należy ją w sobie odnaleźć i użytkować intensywnie.

09 września

O przybyciu jesieni i dubeltowym grzechu ciężkim

Jesień przylazła. Jest już. Mam na to dwa niezbite dowody:

1. Tryb mi się zmienił z ranny ptaszek na śpioch. Budzik drąc mordę o 7 rano zadaje mi gwałt wyrywając mnie brutalnie z głębokiego snu. Oszołomiony czynię heroiczny wysiłek, żeby otworzyć oczy, bo powieki nie chcą się unieść, co jest konieczne dla obudzenia oczu, bo za nimi podąży reszta ciała. Próbuję więc unieść powieki, co nie bardzo się udaje, bo są jak z ołowiu i nie chcą współpracować, mając na poranek inny, lepszy plan: dalsze spanie. Dobrze, że mocując się z nimi, jakimś nadludzkim wysiłkiem siadam, bo postawione przed faktem dokonanym unoszą się, budząc oczy i dając mi w ten sposób szansę na wygramolenie się z łóżka. Wstawanie to bohaterstwo. Szczęśliwie takie pobudkowe martyrologium potrwa jedynie kilka dni i się wyrówna, bo gdyby trwało całą jesień i zimę, mogłoby wykończyć psychicznie.

2. Tryb wiosenno-letniego niewinnego podjadania, objawiającego się łapaniem w przelocie i przegryzaniem jakichś drobiażdżków, zmienił się na tryb jesienno-zimowej żarłocznej oskomy, objawiający się pielgrzymowaniem do kuchni, łapaniem w pazury wszystkiego co jadalne i kompulsywnym pożeraniem. To też potrwa tylko kilka dni. I całe szczęście, bo gdyby potrwało dłużej… Strach pomyśleć. Moja koleżanka ze studiów mawiała, że jedni tyją w brzuch, inni w tyłek, a jeszcze inni w cycki. Niedawno przekonałem się, że z tych trzech opcji, ta pierwsza nie jest najgorsza…

***

Całkiem niedawno jeden z Blogerów, którego bardzo lubię czytać, napisał w komentarzu pod jednym z moich postów, że nigdy nie przekraczam cienkiej granicy między liryczną ironią, a cynicznym sarkazmem, czym pochlebił mi ogromnie. Zgadzam się z Nim, a nawet w pochlebnej autorefleksji pójdę dalej: prędzej język bym sobie odgryzł niż obmówił bliźniego. Jednak omówienie to co innego. Do rzeczy zatem. Spotkałem ową wspomnianą wyżej koleżankę ze studiów niedawno na mieście. Choć nie byliśmy jakimiś bliskimi przyjaciółmi, nawet jakoś szczególnie nie zakumplowaliśmy się, mieliśmy jednak dla siebie sporo sympatii. Po studiach kontakt się urwał, jednak Katowice to nie Nowy Jork i co jakiś czas wpadamy na siebie przypadkiem. Te nasze okazyjne spotkania zawsze są bardzo miłe. Ostatnio z Olą spotkaliśmy się na zakupach, a że upalne lato jeszcze było, włożyła przewiewną sukienkę i – to takie moje domniemanie, bo inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć – nie okiełznała swojego zawsze obfitego biustu pancerną uprzężą, ale poszła na żywioł i puściła go wolno... Bardzo wielki błąd, zwłaszcza w sytuacji, kiedy słowo biust jest nieadekwatnym eufemizmem na opisanie dźwiganego dubeltowego grzechu ciężkiego! Sorry za dosadność, ale w życiu takich cycków nie widziałem! Gdyby zamajtnęła jednym, sam pęd powietrza wybiłby wszystkie okna i zęby istotom żywym w promieniu 100 metrów. Gdyby zaś uruchomiła nieopatrznie oba, rozgruzowałaby połowę miasta, zabijając przy okazji wszystko co się rusza, z sobą włącznie. Ten jej gigantyczny biust na codzień ogarnięty uprzężą, nie robi takiego porażającego wrażenia, jak w tym zastanym wtedy przeze mnie stanie swobodnego rozchełstania i budzącej grozę chlupotliwości. A swoją drogą, ciekawe jak ona go porządkuje, żeby zmieścić w uprząż? Zwija i upycha? Biedna Ola. Nosić taki ciężar… Śląskie chopy lubią takie walory, lubią jak jedna waży tona, a druga niezważona. Nie zamierzam z nimi polemizować, bo... nie używam. Nie przyswoiłem śląskiej gwary i nawet nie próbuję przyswoić, bo uważam, że w ustach kogoś spoza, nieautochtona, brzmi nieprawdziwie, jednak wiem, co to cycyhalter. Zapamiętałem, bo jak usłyszałem to słowo pierwszy raz, przez tydzień tarzałem się po podłodze w amoku niepohamowanej wesołości. Biust mi nie straszny, bo żaden mi nic nie zrobił. Nie jestem nim zainteresowany, ani doń uprzedzony. Uważam jednak, że wynikającą z owej bizantyjskiej nadobfitości, arogancko chlupotliwą niesubordynację jego stanu przyrodzonego należy spacyfikować, poskromić i okiełznać maszynerią do tego przeznaczoną, żeby ludzi nie straszyć. W takim wypadku cycyhalter to kwestia nie tylko estetyki, ale również bezpieczeństwa. Publicznego.

04 września

Gdzieś z internetowej czeluści:

"Będę szczęśliwy! Choćbym, kurwa, miał sobie to szczęście narysować!"

24 sierpnia

Wrocław

Wrocław
Miniony weekend spędziłem we Wrocławiu oddając się intensywnie zwiedzaniu i życiu towarzyskiemu. Było bardzo miło. H&D dzięki:-) Oczywiście nie obyło się bez przygód. W drodze do Wrocławia, siedzenia obok zajęła para osiemnasto-dziewiętnastolatków. Ona natychmiast, jak tylko ruszyliśmy, odpaliła jęzor i zaczęła nim mleć wypuszczając z ust kaskady słów bez znaczenia, byle tylko gadać. Robiła to z wielkim zaangażowaniem. Tokuje - pomyślałem i dyskretnie omiotłem ich spojrzeniem, przed którym nic się nie ukryje. Dziewczę okazało się zdecydowanie powyżej przeciętnej, ale niestety tylko wagowo, chłopię natomiast było wylaszczone i wymuskane tak, że włączył mi się gej radar i miałem ochotę powiedzieć dziewczęciu: kochanieńka daj sobie spokój, bo próżny twój trud! Chłopię odpowiadało krótkimi zdaniami w momentach, kiedy dziewoja robiła krótką pauzę, ale tylko po to, żeby się odpowietrzyć, bowiem jej wytrenowany łozór odpoczynku nie potrzebował. Po jakimś czasie, kiedy chłopię uznało najwidoczniej, że jego wytrzymałość na bombardowanie pustymi słowami się wyczerpała, udało, że drzemie, czym skutecznie zamknęło dziewoi usta, za co byłem mu ogromnie wdzięczny. Również droga powrotna nie obyła się bez dodatkowych atrakcji. Grupa chłopiąt dwudziestoparoletnich powracała z sobotniego wieczoru kawalerskiego. Wpadli w ostatnim momencie i zajęli ostatnie wolne miejsca, w tym jedno obok mnie, przy oknie. Choć rozstrzelili się po całym autobusie, kontynuowali imprezę dochlewając jakieś resztki wódki. Byli chwilami trochę głośni i prości, ale bez chamówy. Gość koło mnie nie pił co prawda, ale zionął kacem, a kacowe wyziewy to najobrzydliwsza obrzydliwość! Również z tego powodu nigdy nie miałem - i nie będę miał! - kaca. Szczęśliwie zdecydowawszy się na drzemkę oparł czoło o szybę i wyziewy skierował w dół na swoje uda i stopy.
Moi wrocławscy znajomi H&D zaopatrzyli mnie na drogę powrotną w szarlotkę (uwielbiam!). Dowiozłem ją do domu i schowałem w lodówce z myślą, że zjem ją rano na śniadanie do kawy. Do łóżka udałem się wcześnie, ale ta schowana szarlotka tak do mnie w wyobraźni chichotała zjedz mnie, że porwałem z lodówki jeden kawałek i uciekłem z nim do łóżka, gdzie go łapczywie pożarłem. Miałem ochotę zrobić to samo z drugim kawałkiem, ale myśl o porannej kawusi w towarzystwie szarlotki skutecznie mnie powstrzymała. Zaspokoiwszy szarlotkową oskomę pozwoliłem obłapić się Morfeuszowi…
Wracając do domu z pracy usłyszałem w radio, że we Wrocławiu ktoś wygrał mega kumulację 35 melonów w Lotto. Cholera jasna - pomyślałem - byłem w sobotę we Wrocławiu i gdybym się tam popuścił, może to ja bym wygrał...

Poniżej filmik (z YouTube) z tańcami fontannowymi pod Halą Stulecia i parę zdjęć (moich) z powrocławskich włók.
Ostrów, Piasek i Rynek:







Narodowe Forum Muzyki:



Ogród Japoński:








19 sierpnia

Kraków

Kraków
Odwiedziłem wczoraj Kraków i zafundowałem sobie, a przy okazji Michasiowi, który pełnił odpowiedzialną rolę kaowca i przewodnika, sześciogodzinny maraton zwiedzania. Wykończyłem nas obu kompletnie. Ale warto było. Nie będę pisał truizmów, bo każdy, kto widział krakowską starówkę i Kazimierz wie, że są przepiękne. Kościoły: Mariacki, franciszkanów, dominikanów, pijarów, bernardynów, jezuitów, prezentek, augustianów (św. Katarzyny Aleksandryjskiej) i kościół Bożego Ciała na Kazimierzu to architektoniczne perełki. Katedra wawelska zaskoczyła mnie swoimi niewielkimi rozmiarami - w królewskie koronacje, śluby i pogrzeby troszku musiało być ciasnawo. Niestety nie udało nam się zwiedzić krypt królewskich, ani wnętrz zamkowych, a to z powodu dzikich tłumów, które już przed południem wyczerpały limity konserwatorskie zwiedzających. To punkt, którego nie odhaczyłem i który pozostał do realizacji. Michaś zasugerował wizytę wczesną jesienią, kiedy tłumy już nie będą takie dzikie i zaoferował się na przewodnika. A przewodnikiem jest wybornym, o relaksacyjnym, zaraźliwym wręcz spokoju. Cały zabytkowy Kraków jest obłędny, ale dwa miejsca mnie olśniły. Wnętrze Kaplicy Zygmuntowskiej oraz dziedziniec arkadowy sprawiły, że oniemiałem z zachwytu. To doskonałości w czystej postaci, architektoniczne absoluty. Nie sposób opisać tego piękna i żadne zdjęcia go nie oddadzą, dając jedynie mgliste pojęcie o wyglądzie - trzeba stanąć tam, spojrzeć, pozwolić uwieść się temu pięknu i chłonąć je z zachwytem. Poniżej kilka fotek z pokrakowskich włók. Niestety nie są najlepszej jakości, bo zrobione smartfonem i lekko prześwietlone.
Rynek, widok na kościółek św. Wojciecha
Fasada bazyliki Św. Trójcy, dominikanów/ 
Fasada kościoła Św. Piotra i Pawła, jezuitów 
Prezbiterium kościoła Św. Piotra i Pawła
Kościół św. Andrzeja
Zamek królewski na Wawelu
Wawel, widok na katedrę i zamek
Katedra wawelska, widok na prezbiterium i ołtarz główny
Brama zamkowa
dziedziniec arkadowy
dziedziniec arkadowy, skrzydło zachodnie
prezbiterium kościoła bernardynów
kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej, augustianów
prezbiterium kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej
Fasada kościoła Bożego Ciała
Nawa kościoła Bożego Ciała
kaplica w kościele Bożego Ciała
nawa główna bazyliki Św. Trójcy, dominikanów
kaplica MB Różańcowej przy bazylice Św. Trójcy, dominikanów
kopuła kaplicy MB Różańcowej przy bazylice Św. Trójcy, dominikanów

dzikie tłumy w Rynku
Kościół Mariacki
plac Szczepański
kościół św. Jana Chrzciciela, prezentek
nawa kościoła św. Jana Chrzciciela, prezentek
kościół pijarów
okolice Bramy Floriańskiej
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger