25 listopada

Na satysfakcję!

Byłem dziś w pracy. To nic niezwykłego, wiem. Bywam tam parę razy w tygodniu. Dziś jednak mój wyjazd do pracy okraszony został niespodziewaną atrakcją. Do pracy (i z pracy) jeżdżę samochodem. Taka moja fanaberia. Ekonomicznie uzasadniona, ale nie o tym chciałem. Pojazd (nie pierwszej już młodości) parkuję nieopodal bloku, w którym mieszkam. Zaszedłem na parking dzisiaj rano i ze zdziwieniem skonstatowałem, że kluczyk przestał pasować do zamka! Wczoraj pasował, dzisiaj nie pasuje. Pomyślałem „what the f…k!” i ponownie spróbowałem włożyć kluczyk w zamek. Ni cholery nie wejdzie! Ciut się wkurzyłem, że nie uda mi się otworzyć auta i do roboty będę musiał pojechać komunikacją miejską. Myślę sobie, czemu ten cholerny kluczyk nie wchodzi w ten cholerny zamek, przecież nie było mrozu i nie mógł zamarznąć! Zresztą pragmatycznie zafukałem zamek preparatem mającym zapobiec jego zamarznięciu. Wypuszczane przeze mnie w powietrze …rwy nie pomogły – kluczyka nie dało się włożyć do zamka! Olśniło mnie jednak, że przy kluczyku jest pilot i mogę spróbować otworzyć auto pilotem. Udało się. Gwoli wyjaśnienia – auto na parkingu zamykam zawsze kluczykiem, żeby nie aktywować alarmu, który nie wiedzieć czemu ma zwyczaj włączać się bez powodu średnio co jakieś 4 godziny. Absolutnie bez żadnego powodu. Tak po prostu ma i kropka. Mechanicy sprawdzali ten alarm wiele razy i za każdym razem stwierdzali, że wszystko jest ok i alarm nie ma prawa włączać się ot tak bez powodu. Oni twierdzili swoje, a alarm swoje – włączał się ca co 4 godziny, nieproszony, nieprowokowany, nietykany! Stanęło na tym, że to jakieś czary albo cóś. Pomyślałem, poważna sprawa, bo cóś mi się zdaje, że owego cósia nie da się zmóc, więc trzeba poradzić w inny sposób. Jestem prospołeczny, dlatego, żeby oszczędzić sobie i sąsiadom akustycznych wrażeń, szczególnie w nocy, litościwie zamykam auto kluczykiem, nie aktywując alarmu. Wczoraj mój bezbronny z tego powodu samochód stał się celem sabotażu – cóś zostało wciśnięte w zamek, żeby go zablokować. Teraz będzie brzydko, więc co wrażliwsze osoby, tudzież czytelników z tzw. klasą, proszę o odwrócenie wzroku, ewentualnie o przeskoczenie o jedną linijkę niżej. Jakaś pieprzona swołocz, jakieś ścierwo cholerne, jakaś nagła franca wcisnęła mi w zamek blaszkę od długopisu! Dojechałem do pracy, a tam mój kolega, który wozi w aucie chyba każde narzędzie, jakie kiedykolwiek mogłoby się przydać, wyciągnął pęsetę, którąż włożywszy w zamek, wyciągnął z niego owąż blaszkę od długopisu (którąż, owąż – podoba mi się ten zawijas ąż, bo zakręca się w uściech tak wyrafinowanie). Nie, nie zdenerwowałem się. Pomyślałem tylko, co w takim łbie musi się dziać, że ów łeb zmusza właściciela do wciskania w zamki samochodów blaszek od długopisu lub innych mających zapchać zamek militariów. Urwać taki łeb właścicielowi to byłoby za mało dla mnie na satysfakcję, ale gdyby urwać jeszcze do kompletu łapki…. Hmmm… Tak, to byłoby satysfakcjonujące.

6 komentarzy:

  1. Oj też bym przeklęła takiego fiuta, jakby mi zamek zapchł czym bądź. Pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
  2. Nam kiedyś wioskowe dowcipnisie włożyły w środku nocy zapałkę w przycisk dzwonka. Też miałam ochotę im urwać łeb u samego zadka, ale trzeba było się obejść smakiem, bo nim wydostaliśmy się z pieleszy winowajcy zniknęli.
    atka

    OdpowiedzUsuń
  3. Jak Ty ładnie klniesz! Tak soczyście!
    Podobuje mnie się to.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger