Nadszef mnie dzisiaj zaprosił do siebie na rozmowę. Nie, nie osobiście – zrobił to za pomocą swojej sekretarki. Stawiłem się, no bo cóż mogłem zrobić – „pan każe, sługa musi”. Wiem, że nadszef szanuje moje kwalifikacje i umiejętności, bo okazywał mi to już nie raz, a co za tym idzie, szanuje moje zdanie. Miło jest być docenianym, ale dzisiaj zostałem zaskoczony pytaniem, które wprawiło mnie w osłupienie i sprawiło, że włączył się we mnie system alarmowy. Mianowicie padło pytanie, czy jest coś, o czym nadszef powinien się dowiedzieć. W pół sekundy zrobiłem rachunek sumienia z ostatniego roku pracy, czy aby czegoś nie zawaliłem, ale nie, na pewno nie. Zapytałem więc, co nadszef ma na myśli, bo ja nie mam pomysłu, o jakich służbowych sprawach ode mnie nadszef powinien się dowiedzieć. Podkreśliłem słowo „służbowych”. Nadszef uśmiechnął się tylko i sprecyzował. To jego specyficzne poczucie humoru! Odetchnąłem, bo poprosił mnie o załatwienie pewnej służbowej sprawy w jego imieniu. Jest nadszefem i może dywersyfikować obowiązki jak mu się podoba. Czasem zleca mi takie służbowe czynności w jego imieniu. Napisałem na początku, że szanuje moje zdanie. Odkryłem dlaczego. Mianowicie nigdy nie wyrażam swojego zdania do nadszefa niepytany, nie podlizuję się, nie obmawiam koleżeństwa i nie donoszę, nie spoufalam się, nie zawracam mu głowy pierdołami. Kiedyś poprosił mnie (on nigdy nie wydaje poleceń, ale prosi, co jest i tak równoznaczne z poleceniem, brzmi jednak nieporównanie sympatyczniej) o zadziałanie w jego imieniu, mówiąc: „Bardzo proszę, żeby to pan się tym zajął panie Adamie, bo tu potrzebny jest takt”. Powiedział to przy trójce moich współpracowników, intensywnie zabiegających o nadszefowskie względy. Chwilę wcześniej dali taki popis lizusostwa, że aż przesadzili, bo nadszef poczuł się nieco zażenowany, a ja udawałem, że mnie tam w ogóle nie ma. Nadszef jest nie tylko znakomitym fachowcem, ale również człowiekiem z klasą. Nie lubi takich sytuacji. A jak wspomniana wyżej trójka koleżeństwa? A zazdroszczą. Ale otwarcie nie mają odwagi zaatakować. W tym, co robię jestem naprawdę dobry i mam osiągnięcia. I już nie raz chroniłem im tyłki, jak coś zawalili. Mam pełną świadomość, że gdybym ja coś zawalił, z pewnością zostałoby to wykorzystane przeciwko mnie. Konkurencja znaczy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz