Pani Zosia – Nemezis lekarzy. Odwiedziła wszystkich, absolutnie wszystkich specjalistów. Wszystkich z wyjątkiem tego, którego odwiedzić powinna, bo tylko on mógłby jej pomóc. Psychiatry. Bo psycholog to w jej wypadku za mało – poddałby się po 10 minutach rozmowy z nią, bo odbiłby się od jej hipochondrii jak od ściany. A jej nerwicę można leczyć skutecznie farmakologicznie. Ale nie, pani Zosia do psychiatry nie pójdzie, bo przecież do psychiatry chodzą wariaci, a ona wariatką nie jest! Ona jest zdrowa! Całkiem niedawno jej lekarz rodzinny zniecierpliwiony już po raz setny snującą się opowieścią o trapiących ją chorobach, zasugerował wizytę u psychiatry, czym bardzo się pani Zosi naraził. Opowiadała o tym skrajnie oburzona. Bo tak naprawdę pani Zosia kocha te swoje wszystkie urojone dolegliwości i wcale nie chce się z nimi rozstawać!
Pani Zosia udając się do lekarza, targa z sobą dokumentację medyczną z całego życia i oczekuje, że lekarz z entuzjazmem odda się tej pasjonującej lekturze. A takiego, który nie zagłębia się w nią z satysfakcjonującą panią Zosię skrupulatnością (czyli nie czyta literalnie od deski do deski, najlepiej na głos, żeby i ona mogła mieć z tej lektury jakąś radość) pani Zosia nie poważa i więcej nie odwiedza. Generalnie pani Zosia czuje jakąś osobliwą, organiczną wprost niechęć do lekarzy, którzy mają czelność wmawiać jej, że jest zdrowa! Od takich lekarzy trzyma się z daleka!
Pani Zosia w repertuarze swoich dolegliwości posiada m.in.: zapalenie całego organizmu, nieodwracalny deficyt krwi i takież wyjałowienie organizmu, reumatyzm czaszki, która ją „łamie”, skurcz łydek, który niemal łamie jej kości, oraz jakąś na pewno bardzo poważną chorobę kardiologiczną, objawiającą się bardzo wysokim pulsem. Na pytanie o wysokość tego pulsu odpowiedziała, że 80, a górna granica to, zdaniem pani Zosi, 65!
- 65 pani Zosiu, to jak pani śpi. A jak się pani rusza i robi coś, to tętno się podniesie nawet do 150 i nie jest to żadna patologia – powiedziałem, zgodnie z prawdą. Moja wypowiedź wywołała pewną dezaprobatę, bo tak nietaktownie rozwiewałem jej przyjemne złudzenia o kolejnej dolegliwości.
Pomyślałem, że kiedyś może być z tym problem, bo tak zamęczyła wszystkich lekarzy w mieście swoimi urojonymi chorobami, że jak kiedyś naprawdę zachoruje, choroba może zginąć w natłoku pamiętanych przez nich tych wszystkich urojonych dolegliwości.
Pamiętam Ją sprzed lat – pomimo rozczarowania życiem, szczególnie małżeńskim, była pogodna, życzliwa, empatyczna i bardzo towarzyska. Dalej taka jest, o ile udaje się odwrócić jej uwagę od narzekania. A to trudne, bo wraca do niego jak bumerang. Pomimo opowieści „ścinających krew w żyłach” o jej bolączkach odwiedzam ją zawsze z przyjemnością. Lubię ją. Ale niech Pan Bóg broni lekarzy przed takimi pacjentami! Pani Zosia i jej dolegliwości. Neverending story...
Właśnie! Podobnie, jak z facetem, który tak długo topielca udawał, że jak naprawdę zaczął się topić, nikt nie wziął tego poważnie.
OdpowiedzUsuń