18 lipca

dotąd

dotąd doszliśmy. Tu się rozwiązały
koniec z początkiem. Przekłady Homera
na brzegu siedząc przeglądamy teraz.
Nikt nie przypływa po nas. Puste oceany.
Spokój gwałtowny. Może to już sierpień.
Może strach. Rozegrany przez nas umiejętnie.
Jest mi tak jakby już było za późno.
Może to sierpień. Ale drzew tu nie ma
a sierpień zawsze dojrzewa na drzewach.
Nikt nie przypływa. Homerycki żart
i wiatr z kamieni nam wróży jak z kart.
Nikt nie przypływa.

Ewa Lipska [dotąd doszliśmy]

14 lipca

O Luśce, musze i Kajtku

Lusława utyrana wypełnianiem domowych obowiązków towarzyskich rozgongoliła się na kanapie, rozżabiła i ucięła sobie regeneracyjną drzemkę, która została zakłócona w sposób arcyniemiły przez jakąś wredną muchę, która wdarłszy się przez otwarte okno do domu, zamachnęła się na nią. Nie sądzę, żeby zastosowała wobec Luśki przemoc fizyczną w jakiejkolwiek formie, jednak przelatując bzyknęła niebezpiecznie blisko strefy newralgicznej, na punkcie której Lusława jest nieco przeczulona od czasu pomiaru temperatury przez weta, czym spłoszyła ją i zmusiła do awaryjnego opuszczenia kanapy i ucieczki na pańciowe kolana. Zabezpieczywszy tyły, z bezpiecznej tej pozycji Luśka przeprowadziła wnikliwą lustrację pomieszczenia w poszukiwaniu owej muchy, a zlokalizowawszy ją zeskoczyła z kolan i nie spuszczając już z niej oka, śledziła ją czyhając na okazję do wywarcia zemsty za niecne zakłócenie sjesty. Niestety plan nie zaowocował, bo mucha opuściła dom tą samą drogą, którą przyleciała, odprowadzona rozczarowanym wzrokiem Lusławy, która po jej odlocie wykonała kilka terapeutycznych okrążeń sprintem wokół pokoju, zakończonych efektownym wyskokiem i triumfalnym uwaleniem się na kanapie, w celu dalszej relaksacji.

Wspominałem już, że Luśka mała jest i musi uważać, gdyż świat dybie na jej bezpieczeństwo, dlatego czujna jest. Rzekłbym nawet, że przeczulona. Śliczny, malutki (niemal o połowę mniejszy od niej), bardzo towarzyski ratlerek, który przybiegłszy do niej w celach towarzyskich próbował obwąchać jej trzecie (wsteczne) oko, jak to mają w zwyczaju pieski, przeraził ją tak, że w pół sekundy przebiegła dystans dzielący ją ode mnie i trzęsąc się jak osika schowała się za moje nogi. Kajtek – tak się wabił ów piesek – nie zrezygnował i przytruchtał za nią, na co zareagowała awanturą taką, jakby już w połowie ją pożarł i to bez jej zgody. „Wstydziłabyś się Luśka tak histeryzować!” – wjechałem jej na ambit biorąc ją na ręce, żeby zakończyć ten sensacyjny happening. Bynajmniej nie zawstydzona Lusława uniesiona nad ziemię przestała osikować i nie spuszczając podejrzliwego oka z Kajtka, obwarczała go prewencyjnie, żeby se nie myślał!  Interpsie relacje Lusławy bywają burzliwe…

13 lipca

O Euro i szumie

Deklarowałem tu kilkukrotnie, że nie jestem fanem piłki nożnej, mimo to finałowy mecz obejrzałem. Ot taka fanaberia. Rozczarowany jestem wynikiem, bo kibicowałem Francuzom, którzy moim zdaniem grali lepiej od Portugalczyków, ale cóż, nie zawsze wygrywa najlepszy – czasem ten, kto ma trochę więcej szczęścia. Szarooki pochwalił się na fb, że oglądał ten mecz z trybun stadionu w Saint Denis. Z jednej strony trochę zazdroszczę bezpośredniego uczestnictwa, z drugiej jednak te dzikie rozwrzeszczane tłumy, do których cóś mnie nie ciągnie…

***

Zwykle nie komentuję bieżących wydarzeń i dziś też tego nie zrobię. Nie napiszę, że zdegustowany jestem poziomem uprawiania dziennikarstwa: manipulacjami, nierzetelnością, tendencyjnymi nadinterpretacjami, kreowaniem nieprawdziwego obrazu politycznego i innymi objawami braku etyki. Nie napiszę tego, bo nie jestem naiwny i wiem od dawna, że media nie są apolityczne, wydawało mi się jednak do niedawna, że starały się sprawiać (nie zawsze udolnie) wrażenie jakiejś bezstronności, a to, co dzieje się teraz nabiera rozmiarów rozśmieszająco zatrważających - aż strach włączać telewizor, bo nie wiadomo czy śmiać się, czy szlochać. Ta refleksja dotyczy wszystkich mediów, bez względu na wspieraną (sic!) opcję polityczną. Skąd owa refleksja? Ano z medialnego szumu po wypowiedziach Obamy na szczycie NATO. Przepychanka przekładowo-interpretacyjna, jaką zaserwowały media zdumiała mnie, jak chyba wszystkich znających na tyle angielski, żeby zrozumieć jego wypowiedzi bez pośrednictwa tłumacza. Krzepię się jednak myślą, że dopóki media się ścierają, nie jest jeszcze bardzo źle. Niech antyrządowe punktują rząd, a prorządowe opozycję, obnażając ignorancję i prywatę. Gdyby mówiły unisono, zacząłbym się bać.

18 czerwca

O kibicowaniu

Pisałem już kiedyś tutaj, że piłka nożna zupełnie mnie nie kręci i nie kibicuję, a jednak… Jestem dumny z naszej drużyny. Jestem dumny, że zremisowali z Niemcami. Nie dać się mistrzom świata to jest coś! Brawo chłopaki! Nie oglądałem meczu, ale dzikie ryki przetaczające się przez osiedle sprawiły, że słuchowo w nim uczestniczyłem. Powietrze gęste było od wibrujących emocji, a przeszywające je latające kurwy, przypomniały mi moją ciotkę, która choć sportu nie uprawiała żadnego, była namiętną kibicką futbolu. Pamiętam z dzieciństwa mistrzostwa świata, z któregoś tam roku, kiedy z jej córką zasiadaliśmy wygodnie i oglądaliśmy ją oglądającą mecze, pękając ze śmiechu. Ciotka w kibicowskiej gorączce w ogóle nie zwracała na nas uwagi i choć prawie nigdy nie przeklinała, a już na pewno nie przy dzieciach, oglądając mecz nie kontrolowała wybuchów swoich sportowych emocji i kurwą zdarzało jej się rzucić.

15 czerwca

Upojenie

Upojenie
Jest wiatr, co nozdrza mężczyzny rozchyla;
Jest taki wiatr.
Jest mróz, co szczęki mężczyzny zmarmurza;
Jest taki mróz.
Nie jesteś dla mnie tymianek ni róża,
Ani też „czuła pod miesiącem chwila” –
Lecz ciemny wiatr,
Lecz biały mróz.

Jest deszcz, co wargi kobiety odmienia;
Jest taki deszcz.
Jest blask, co uda kobiety odsłania;
Jest taki blask.
Nie szukasz we mnie silnego ramienia,
Ani ci w myśli „klejnot zaufania”,
Lecz słony deszcz,
Lecz złoty blask.

Jest skwar, co ciała kochanków spopiela;
Jest taki skwar.
Jest śmierć, co oczy kochanków rozszerza;
Jest taka śmierć.
Oto na rośnych polanach Wesela
Z kości słoniowej unosi się wieża
Czysta jak skwar,
Gładka jak śmierć.

Stanisław Grochowiak "Upojenie"
_______________________________
Bardzo lubię ten wiersz, jego zmysłowy rytm, barwę słów. To jeden z najpiękniejszych erotyków.

Podoba mi się sugestywna żarliwość, z jaką Michał Żebrowski interpretuje wiersze. Lubię też jego głos, również z powodów sentymentalnych - Szarooki ma bardzo podobny. Powyżej interpretacja "Upojenia" nagrana przez niego i A. M. Jopek. Czy udana? Mnie się podoba. Żebrowski stworzył głosem intrygujący nastrój, w który Jopek ładnie się wpasowała swoim łagodnym, ciepłym wokalem. Całkiem przyjemnie się tego słucha.

14 czerwca

Nie tylko o genach

Aśkę-strasznego-babola odwiedziła dziś w pracy progenitura. Nie miałem żadnych wątpliwości, czyją zstępną jest to dziewczę, bowiem jest mamci klonem doskonałym, tyle że o dwadzieścia parę lat młodszym. Ja nie wiem, jak się tam te geny zmieszały, że z mamci wszystko, a z tatka nic. Może się nie pomieszały? Może zaraz po zapłodnieniu geny mamci zeżarły geny tatka i dlatego taka do mamci podobna? I lico krągłe, i udo potężne, i tyłek monstrualny, i oczka chytre, rozbiegane, taksujące wszystko i wszystkich wokół. Po prostu mamcia wypisz wymaluj. Zaraz po wejściu zdmuchnęła z mamcinego talerza dwa kawałki ciasta, które pożarła z marszu, popijając półlitrową colą przyniesioną z sobą. Zniknęły tak błyskawicznie, jakby je w całości połknęła, bez żucia. Jak pelikan. To też ma po mamci. Ma czternaście lat, a wygląda na trzydzieści, bo tak jest utuczona. Biedne dziecko. Tak sobie pomyślałem, jak na nią popatrzyłem, że gdyby dzieciak którejś z koleżanek wrzucił w siebie za jednym zamachem dwa kawałki ciasta, Aśka-straszny-babol miałaby temat do gadania na kilka dni: że żarłoczny, nie nauczony umiaru, itd., a u swojej własnej progenitury tego nie dostrzega…

***

Urlop zbliża się wielkimi krokami i jest tuż tuż. I całe szczęście, bo moja tolerancja spada, a wraz z nią próg wkurwu się obniża. Wiem, że koleżeństwo ma tak samo, więc zaciskając zęby żegluję po firmowym akwenie starając się omijać mielizny i rafy oraz inne okręty. I choć czasem miałbym ochotę dokonać abordażu i skopać jakąś koleżeńską dupę – myślę, że takie pragnienie jest udziałem każdego człeka od czasu do czasu – heroicznie odmawiam sobie tej przyjemności, wzruszając się sam nad sobą, żem taki wyrozumiały i empatyczny. A tak naprawdę, to od kilku dni jestem „nieprzysiadalny”, jak napisał kiedyś Marcin Świetlicki. Ta moja „nieprzysiadalność” nie wynika tylko ze zmęczenia pracą, koleżeństwem, miastem, ale również, a może przede wszystkim, z powodu rozstrajającej mnie nieco, zbliżającej się rocznicy rozstania z Szarookim. Odrobinę roluję się do środka kontemplując mały okołorocznicowy żalek i nie chcę, żeby ktoś mi ten proces zakłócał, bo robię się wtedy opryskliwy. A skoro już o Szarookim: doktoryzuje się na UŚ i w związku z tym, dość regularnie bywa w Katowicach. Ptaszki zaćwierkały, że z życia i pracy w Paryżu jest bardzo zadowolony i nie planuje powrotu do kraju. Cieszę się, że jest mu tam dobrze. Ściął króciutko włosy i nosi stale kilkudniowy zarost. Wygląda megazajebiaszczo.

12 czerwca

Urodziny

Urodziny
Rok temu, pisząc notkę na pierwsze urodziny mojego bloga, zastanawiałem się, czy będą drugie. Są. Dzisiaj mija drugi rok odkąd powstał. Przetrwał i miewa się nieźle, choć rzadziej od jakiegoś czasu publikuję. A może właśnie dlatego?

Poczytałem sobie notki napisane w tym drugim roku istnienia bloga i zaryzykuję stwierdzenie, że opublikowałem najlepsze jak dotąd – nie tylko moim zdaniem – posty: Dyptyk, Rozszczepienie i zagięcie, Deja vu i Etiudy. Te posty - i parę z pierwszego roku - przypominają mi, że potrafię nieźle pisać. Czasem. Jak złapię flow. A o to od jakiegoś czasu u mnie trudno.

Przywiązałem się do tego bloga i pisanie – choć rzadsze – wciąż sprawia mi przyjemność, jest więc bardzo prawdopodobne, że za rok obchodzić będę jego trzecie urodziny.

Wszystkiego dobrego mój blogu. 

Uwaga: poniższy filmik i pojawiające się w nim śliczne męskie pupiny oglądasz na własną odpowiedzialność.


07 czerwca

I po deja vu

I po deja vu
Jeden z ostatnich bastionów czasów słusznie minionych z postacią je ilustrującą zakończył swoją działalność. Sklep na rogu, królestwo pani Krysi, został zamknięty. Przekonałem się o tym wczoraj organoleptycznie, chcąc bowiem kupić bułkę na kolację odbiłem się od zamkniętych drzwi, pocałowawszy klamkę. W pierwszej chwili pomyślałem, że może remanent, spojrzałem na kartkę zawieszoną na drzwiach chcąc potwierdzić swoje domniemanie, ale zamiast słowa renament… Tak, tak, pani Krysia z koleżankami robiły renament i z taką informacją kartkę na drzwiach do sklepu wywieszały, co nie dziwi, wziąwszy pod uwagę jej rozbuchaną osobowość. Tak sobie myślę, że gdyby kazać jej zrobić remanent, jak w innych placówkach handlowych, mogłaby się poczuć dotknięta, że chce się jej użyć do zadania tak trywialnego. Co innego renament. Już samo to słowo ma w sobie coś ekscytująco dekadenckiego. Spojrzałem zatem na wiszącą kartkę i wyczytałem z niej, że sklep został zlikwidowany. Nie powiem, żeby ta informacja mnie zaskoczyła, bo już od jakiegoś czasu zastanawiałem się, jakim cudem ten sklep jeszcze działa, mając w pobliżu konkurencję w postaci Biedronki i Fresh marketu. Odbiwszy się od zamkniętych drzwi upadłego królestwa pani Krysi, skierowałem swe kroki do zlokalizowanego w pobliżu Fresh marketu, żeby tam zakupić pieczywo. Obsłużyła mnie jedna z jej koleżanek, która w owym Freshu znalazła zatrudnienie. Zapytałem ją o ten zlikwidowany sklep bez nadziei na otrzymanie odpowiedzi, bo miałem wrażenie, że zaprogramowana była wyłącznie do wypowiadania profesjonalnych komunikatów, w stylu:  coś jeszcze?, dwadzieścia trzy pięćdziesiąt, dziękuję, zapraszam ponownie, itp. Wyemancypowawszy się jednak spod buta pani Krysi - a pamiętać należy, że siła owego buta była miażdżąca, zważywszy na gabaryty samej jego właścicielki – ku mojemu zaskoczeniu odpowiedziała na moje pytanie chętnie i wyczerpująco. Sklep mianowicie został zlikwidowany, bo już od dawna przynosił straty, pani Krysia zaś przeszła na zasłużoną emeryturę, ale nie zamierzała się emerytalnie rozleniuchować. Hodowanie kwiatków w skrzynkach na balkonie, bądź obrabianie działki pod miastem, tudzież tyłków sąsiadów, nie wydały się jej wystarczająco pociągające, co jest oczywiste, bowiem tak bogate i barwne osobowości, na dodatek o tak imponującej karierze ekspedienckiej, trudno zadowolić. Pani Krysia wpadła jednak na godny i satysfakcjonujący plan na swoje dalsze życie i postanowiła wykorzystać wolność, jaką dała jej emerytura. Zdecydowała, że czas najwyższy, żeby ujrzeć kawałek świata, a pierwszym jego skrawkiem, który postanowiła obejrzeć będzie Irlandia, do której wyemigrował jej syn z rodziną przed kilkoma laty. Wybiera się tam, by przy okazji sprawdzić - zdaniem jej byłej już koleżanki z pracy - czy aby znienawidzona przez nią niegodna synowa nie zaniedbuje jej synusia. Jednego z czterech, których powiła. Synowa podobno już szaleje ze szczęścia…

A skoro już o sklepie - znajoma przysłała mi dziś takie zdjęcie z zakupów:

Rozczulające, nieprawdaż?

05 czerwca

O konfrontacji

- Pyszny ten sos pieczarkowy. Nawet lepszy niż mojej mamy.
- O, dziękuję ci kochanie. Cieszę się, że wytrzymał konfrontację z kulinarnym autorytetem twojej mamy.
Śmiech.

[kurtyna]

Zrobiłem dziś ten sos do razowego spaghetti. Rzeczywiście pyszny.

04 czerwca

O nagłym zrobieniu się lata

O nagłym zrobieniu się lata
Nagle zrobiło się lato. Każdego ranka wybucha gwar ptaków, owady latają jak szalone, krzewy kwitną, kwiatki pachną, topole rozrzucają te swoje waciki, które latają w powietrzu i wdzierają się do mieszkań przez otwarte okna. Wszystko, co żyje korzysta ze słońca i ciepła. Ja też. Uwielbiam późnowiosenne, letnie i wczesnojesienne poranki pełne światła, gwaru i życia, tak różne od ciemnych i cichych, choć przyjemnie rześkich poranków późnojesienno-zimowych, które też bardzo lubię. Cieszę się słońcem, ciepłem, ptasimi trelami, bzyczeniem owadów i zapachami - niektóre z nich uruchamiają we mnie geometrię wspomnień, jak na przykład specyficzna, słodkawa woń białych kwiatów krzewu kwitnącego na przełomie maja i czerwca. Krzewy te rosły pod oknami akademika, w którym mieszkałem i ich aromat docierał do mojego pokoju przez otwarte okno, aktualnie zaś mijam taki krzak idąc do pracy. Ich zapach przypomina mi czasy studenckie, a zwłaszcza ekscytujący finisz pierwszego roku studiów. Byłem wtedy taki zakochany... Co prawda prędko okazało się, że absztyfikant nie zasługiwał na moje zainteresowanie i znajomość tę zakończyłem, ale sam stan owego zakochania wspominam bardzo miło. A jak się krzaczor ten nazywa nie wiem. Sfotografowałem go i może ktoś rozpozna? 
Odliczam dni do urlopu, bo jestem już bardzo zmęczony. Od dawna nie miałem wolnego całego weekendu. Dzisiaj też muszę pokazać się w pracy popołudniu. Na szczęście tylko na dwie godziny, ale to i tak rujnuje mi sobotę. Dobrze, że jutro będę mógł poleniuchować. Pisząc tego posta, złapałem się na tym, że dłuższą chwilę zajęło mi przypomnienie sobie pozytywnych synonimów słowa „zapach”, bo na myśl przychodziły mi same negatywne: odór, fetor, wyziew. To jeden z symptomów przemęczenia. Jak i obniżająca się tolerancja dla zbezczelnień koleżeństwa. Wkurza mnie zwłaszcza jeden kolega, który drzemie w pracy. Przychodzi, siada i drzemie pochylony z półotwartymi oczyma, wolno mrugając powiekami, wyłączony, niezainteresowany tym, co dzieje się wokół, od czasu do czasu pozorując jakieś ruchy, żeby zmylić otoczenie, że niby nie drzemie. Wkurza mnie to tym bardziej, że zanosi się na to, że będę musiał spuścić z łańcucha drzemiącą we mnie zimną sukę i zrobić mu klasyczną zjebkę, żeby przestał się opierdzielać, a wbrew pozorom, wcale nie lubię być bitch, choć czasem jestem zmuszony. 

02 czerwca

O bezwstydnym przyznaniu się

O bezwstydnym przyznaniu się
Muszę się do czegoś przyznać bezwstydnie. Spłakałem się dzisiaj. Poryczałem się literalnie. Łzy płynęły mi po twarzy, kiedy wstrząsany histerycznymi konwulsjami, tarzałem się na kanapie w szale dzikiego i niepohamowanego śmiechu. Oglądajta i słuchajta ludziska, i śmiejta się jak ja. Sugeruję obejrzeć w trybie pełnoekranowym (kliknąć w kwadracik w prawym dolnym rogu).

29 maja

Podglądactwo

Śnił mi się. Spał leżąc obok mnie. Moje ramię, którym go obejmowałem, wznosiło się i opadało w rytm jego cichego, spokojnego oddechu. Chłonąłem jego zapach zmieszany z aromatami żelu pod prysznic i szamponu do włosów, i patrzyłem na niego jak spał. Na pasmo siwych włosów nad czołem, które zawsze mnie rozczulało. Na czoło ozdobione poziomą bruzdą będącą efektem marszczenia go w zamyśleniu. Na maleńką żyłkę na skroni, która nabrzmiewała, kiedy był podekscytowany lub zdenerwowany. Na jego zamknięte oczy o rzęsach tak długich, jakich niejedna kobieta mogłaby mu pozazdrościć. Na nos z małym garbkiem, pełne usta, rozkoszny dołeczek w brodzie, wydatne jabłko Adama, mały pieprzyk na szyi… I wtedy się przebudziłem. Uśmiechnąłem się, odwróciłem na drugi bok i zasnąłem natychmiast ponownie. Nie pamiętam, czy ten sen miał jakiś dalszy ciąg, ale obudziłem się rano bez przykrości, zazwyczaj towarzyszącej rankom, kiedy mi się śnił. Z uśmiechem przypomniałem sobie, jak wiele razy patrzyłem na niego jak spał. Nigdy mnie na tym nie złapał, ja natomiast przyłapałem go na tym procederze parę razy. Każdy ma swój rytuał przed zaśnięciem. Ja kręciłem się i wierciłem przybierając różne pozycje, aż wreszcie zasypiałem w swojej ulubionej. Dalej tak zasypiam. Mariusz natomiast czytał do poduszki godzinę, a nawet dwie i dopiero zasypiał. Czasem zamiast czytać, przyglądał mi się jak spałem. Jak go pierwszy raz na tym złapałem – w jego górskim domku, który tak bardzo lubiłem - leżał zwrócony bokiem do mnie i patrzył tymi swoimi szarymi ślepkami. Pewnie w ogóle bym tego nie zauważył, gdyby nie musnął palcem mojego policzka i mnie niechcący nie obudził.
- Stało się coś? – zapytałem półprzytomny.
- Nie. Śpij, śpij. – szepnął.
- Czemu nie śpisz?
- Bo…  - zawahał się. Otworzyłem oczy i przyjrzałem mu się uważnie. Wydawał się zawstydzony.
- Podglądasz mnie, jak śpię? – szepnąłem miękko. 
- Skąd wiesz? – zapytał zaskoczony, unosząc brwi, jak zawsze, kiedy się dziwił.
- Bo też tak robię - uśmiechnąłem się do niego. - Rano. Dlatego mnie jeszcze na tym nie przyłapałeś. 
- To obudź mnie, jak będziesz mnie podglądał następnym razem, bo też chcę mieć z tego radochę – uśmiechnął się łobuzersko, przyciągając mnie do siebie…

25 maja

Objawienie

„Nic tak rodziny nie spaja, jak Algida śmietankowa” w telewizji mówią, w reklamie. I wszystko już jasne. I jakże proste. Wydało się, dlaczego ludzie się rozstają i rodziny rozpadają. Bo nie stosują antyrozstaniowego i antyrozpadowego panaceum, cudownego środka zdolnego zaradzić każdemu rodzinnemu kryzysowi: Algidy śmietankowej!

Ludzie! Pożerajta Algidę śmietankową! Bo jak pożerać nie będzieta i wam się rodziny rozlezą, to sami sobie winne będzieta!

Na szczęście niezwykle rzadko oglądam TV, ale czasem, jak już mi się zdarzy, zaliczam – jak mówi gimbaza – opad majt. Tym razem z powodu obezwładniającej głupoty reklam. Może takie właśnie mają być durne? Żeby złapać za gęby, wytrząchać mózg, sponiewierać i ogłupić?

15 maja

Szybki przelot

Wróciłem dziś z gór, gdzie spędziłem tydzień. Poniekąd przymusowo, bowiem dopadł mnie jakiś wirus i urządził sobie harce w mojej krtani. Moja lekarka pierwszokontaktówka posłała mnie na zwolnienie lekarskie i wysłała w góry, bo „tam szybciej pan wyzdrowieje”. Dobrze mi zrobił tydzień w górach, bo byłem wykończony. Dalej jestem. Przez minione trzy miesiące bardzo dużo pracowałem – brałem dodatkowe zlecenia, żeby dorobić, bowiem na dwulecie niepalenia zafundowałem sobie ciemnoszary welurowy fotel opakowany w samochód. Nowy dla mnie, ale tak w ogóle to trochę używany. Czas już był na tę zmianę. Cieszę się nowym autem. To cieszenie przerywa stan częściowego wewnętrznego odrętwienia. I syndromu przedurlopowego. Opakowałem się szczelnie w kokon, aż po sam czubek głowy. Izoluję się. Unikam ludzi, bo brak mi do niektórych cierpliwości – wkurza mnie ich hałaśliwość i bezmyślność. Jestem zmęczony pracą, miastem, jego ciągłym ruchem, szumem i pędem. Muszę wytrzymać jeszcze półtorej miesiąca do urlopu i dam radę, bo w górach trochę odpocząłem i prawie wyzdrowiałem. Luśka z oddaniem mi towarzyszyła, niemal nie spuszczając mnie z oka. Zbezczelniła się i robiła mi pobudki o 5.40. Dotychczas ograniczała się do delikatnego drapania w drzwi, ale z powodu niewielkiej efektywności wycwaniła się i do drapania dołożyła szczekanie. Metoda okazała się stuprocentowo skuteczna, więc zaczęła  stosować ją konsekwentnie. Szczekała dopóki nie wstawałem, żeby ją wpuścić. Po żywiołowym powitaniu mościła się na moim łóżku i ucinała sobie drzemkę do 7, pozwalając łaskawie i mnie jeszcze podrzemać. Gad nie pies normalnie. 

04 maja

Krzak bzu

Krzak bzu
Sergiej Rachmaninow "Krzak bzu" op. 21 nr 5,
Joan Rogers - sopran
Howard Sheiley - fortepian

21 kwietnia

Takie tam...

Mam w pracy kolegę, który czuje nieodpartą potrzebę zabawiania otoczenia żartami, okraszonymi wybuchami jego mocno nadekspresyjnego śmiechu. A że jest z gatunku tych, którzy z własnych żartów śmieją się najgłośniej, a jego żarty to najczęściej straszne suchary, które nikogo poza nim nie bawią, to jego poczucie misji bywa czasem nieco uciążliwe. Uraczył mnie dziś z samego rana jednym ze swoich sucharów, z którego nieznośnie wręcz hałaśliwie się uśmiał. Toczył się we mnie jeszcze proces wybudzania się, więc tolerancję miałem niską i najmniejszej ochoty na pajacowanie.
- Spójrz na mnie – powiedziałem spokojnie. – Patrz na moją twarz.
Spojrzał, a całe jego ciało naprężyło się w oczekiwaniu na mój zabawny wkład w tę jego wesołkowatość. Był jak sportowiec w blokach startowych, gotowy wystrzelić śmiechem jeszcze głośniejszym, bardziej żywiołowym, na granicy histerii i usmarkania się. 
- Czy ja wyglądam na ubawionego? – zapytałem znudzonym tonem.
Szczęka mu literalnie opadła, a śmiech, który chciał się z niego wyrwać, uwiązł mu w gardle. Wybałuszył oczy i trwał tak przez dłuższą chwilę nie poruszając się, nie oddychając, nawet powiekami nie mrugając. Minę miał taką, jakby miał się zaraz rozpłakać – rozbawiło mnie to trochę i niechcący się uśmiechnąłem, co zostało przez kolegę odczytane jako sygnał do wybuchu żywiołowej wesołości. Nie zachęcałem, nie podsycałem, więc szybko skończył. Ku mojej uldze. Czasem jestem strasznym bitch.

***

Posadzkę będą zmieniać na moim piętrze, bo okazało się, że firma, która ją kładła półtora roku temu, pochachmęciła coś z gatunkiem kamienia. Biała na początku posadzka zrobiła się w ciągu roku szaro-bura i wygląda jak brudna, choć szwadron sprzątaczek pod komendą Heli szoruje ją codziennie. Nadszef wspomniał coś o wykonanej ekspertyzie, która wykazała, że zamiast kamienia najwyższej klasy, jak było w umowie, firma położyła najgorszy gatunek, bardzo porowaty. Kamil stwierdził, że na eksperta powołana została zmierzła Hela i to ona wykonała ową ekspertyzę. Uklękła, polizała podłogę, pociumkała w ustach próbkę jak somelier wino, wypluła przez lewe ramię, co by jakiego uroku z tego nie było i głosem nie znającym sprzeciwu, autorytarnie (sic) orzekła: „Najgorszy gatunek, bardzo porowaty! Tfu! Z Chin!”. Od orzeczeń Heli odwołania nie ma, więc będzie wymiana. Kamil jest wielkim fanem zmierzłej Heli, odkąd przepędziła go z męskiej toalety. Podłogę umyć chciała, a czekać nie przywykła…

***

Ten tydzień w robocie to regularna rzeźnia. Byle tylko przetrwać do soboty.

15 kwietnia

Masaż

Wpadłem wczoraj do mojej lekarki pierwszokontaktówki po receptę na Ortanol. Siedząc i czekając chwilę na swoją kolej pooglądałem sobie wielki, zajmujący połowę ściany plakat reklamujący masaż kamieniami, który można sobie zafundować u pani Asi, przychodnianej rehabilitantki. Z autopsji wiem, że pani Asia masuje kiepsko, za to do mistrzostwa opanowała trudną sztukę monologu, której oddaje się namiętnie i niestrudzenie, uszczęśliwiając pacjentów niekończącymi się opowieściami o wszystkim i o niczym. Głównie jednak o niczym. Pomyślałem sobie, że masaż kamieniami to akurat w sam raz dla pani Asi i moja wynaturzona wyobraźnia wyprojektowała mi od razu jeden z możliwych scenariuszy owego zabiegu:

Pani Asia niosąc na tacce kamienie, wyprowadza delikwenta przed przychodnię, gwiżdże na palcach dając w ten sposób sygnał do startu i kiedy delikwent ucieka zygzakiem, pani Asia ciska w niego owymi kamieniami. Korzyści z takiego masażu całe mnóstwo: bieg zygzakiem służy zdrowiu, celne razy kamieniami masują, a ileż odstresowującej radości z takiego ukamienowania dla pani Asi. I nie szkodzi, że zabieg ten pozostawia na ciele delikwenta siniaki i obrzęki, bo czegóż się nie robi dla zdrowotności.

Owa wizja spodobała mi się tak bardzo, że musiałem się nią podzielić z moją lekarką pierwszokontaktówką. Chyba dość plastycznie to zrobiłem, skoro popłakała się ze śmiechu...

03 kwietnia

Etiudy

- Kurrrrwaaaaa! – zajęczał Kamil, markując bicie głową w ścianę. - Dopiero zaczęliśmy, a ja już mam dość!
Zanim zdążyłem zachichotać, pochylił się w moją stronę i konspiracyjnie przyciszonym głosem dodał:
- Ty widziałeś, co Aśka-straszny-babol na siebie włożyła?
Kamil uwielbiał Aśkę-strasznego-babola wprost bezkrytycznie, odkąd naraziła mu się prawiąc mu jakieś bezinteresowne złośliwości. Musiała porządnie mu dogryźć skoro pałał żądzą zemsty. Spojrzałem w stronę Aśki-strasznego-babola i mój wzrok zderzył się z jej monstrualnym, opiętym dżinsami tyłkiem.
- No sam widzisz - podjął Kamil ze złośliwym błyskiem w oku. - Dżinsy biodrówki! Ona! Horror i makabra! Osoba mająca dupsko, którego nie udałoby się uwędzić nawet w pożarze lasu, nie powinna zakładać biodrówek! Gdyby przechodząc trochę mocniej poruszyła biodrami, rozjebałaby wszystko w promieniu dwudziestu metrów…
- Ależ Kamilu, jak możesz! Jak możesz używać takich słów! Jak możesz! – zakrzyknąłem z egzaltacją, teatralnie przyciskając prawą dłoń do serca. - Jestem kompletnie zdewastowany i straumatyzowany! Kamilu! Ja interpeluję do ciebie: bądź damą!
- A idź mi! – powiedział Kamil śmiejąc się.
- Cicho! Ja ci tu scenę zrobić próbuję, a ty mi chichotem nastrój rujnujesz!

***

Dwie godziny później:

- Powiedz to Kamilu! Widzę w twoich oczach, że chcesz to powiedzieć. Zrób to! - zakrzyknąłem teatralnie, szarpiąc go za ramię. – Zrań mnie! Ja to zniosę!
- Ale co? – zapytał rozbawiony Kamil.
- Powiedz, że gardzisz moim brzuchem!
Kamil ostentacyjnie zawiesił wzrok na wysokości mojego brzucha i śmiejąc się powiedział:
- Sam sobie powiedz!

***

Pięć minut później:

- Zeszczuplałeś…
- Ja? - zapytałem autentycznie zdziwiony.
- Ty.
- Chcesz mnie chyba ostatecznie pognębić mówiąc to.
- Ależ skąd – powiedziała niepewnie. – Wysmuklałeś.
- Chyba w uszach – odpowiedziałem śmiejąc się.
- A przynajmniej sprawiasz takie wrażenie – brnęła.
- Wrażenie może takie sprawiam, bo brzuch wciągam, ale gruby się czuję.
Zamilkła skonsternowana.

27 marca

Alleluja

Alleluja

Wspaniałych, spokojnych, radosnych i beztroskich Świąt. 

Cieszcie się i radujcie, bo takie świętowanie sprawi, że wszystkie świąteczne przepyszności będą miały zerową kaloryczność:-)


25 marca

Bestia straszliwa (2)

Luśka nie cierpi deszczu. Załatwia wtedy swoje sprawy szybko i pędzi z powrotem do domu. Śnieg natomiast uwielbia. Jak pierwszy raz go zobaczyła, stanęła w progu jak wryta, zaskoczona kompletnie zmienionymi okolicznościami okołodomowymi i chyba doszła do wniosku, że nie podobają jej się, bo zrobiła krok w tył. Z daleka obwąchała, nieśmiało zrobiła krok, najpierw jedną łapką - nic się nie stało. Potem drugą - znowu nic. Wyskoczyła więc wszystkimi czterema na zewnątrz i przebiegła kawałek. Zimno jej było w łapki i najchętniej wszystkie cztery uniosłaby ponad śnieg, ale niestety się nie dało. Już miała prysnąć z powrotem do domu, ale zauważyła, że robiąc tych kilka kroków w śniegu, utoczyła małą kulkę, co bardzo ją zainteresowało. Polizała – nic się nie stało. Wzięła ostrożnie w pyszczek, a że kulka była mięciutka, rozpadła się. Sunia wymyśliła nową zabawę – toczenie łapkami kulki śniegowej i branie jej w pyszczek w celu zmiany stanu jej skupienia. Bardzo to lubi.

Luśka mała jest i większa już nie urośnie, zatem uważać musi, bo wielki świat dybie na jej bezpieczeństwo. Nawet w jej własnym domu. Któregoś ranka, wracając z porannego siur, Luśka usłyszawszy, że jestem już w kuchni, ruszyła rączo na moje powitanie. Pełną prędkością pokonała zakręt, wpadła do kuchni, wykonała trzy długie susy i wyskok, a że źle go obliczyła, zamiast z moim udem, spotkała się z szufladami. Zniosła to spotkanie dzielnie, jeśli nie liczyć pisku, który z siebie wydała. W wyniku zderzenia jedna z szuflad się wysunęła, co zainspirowało Luśkę do wydania z siebie jeszcze jednego, głośniejszego i wyższego intonacyjnie pisku oraz ucieczki, uznała bowiem, że to jakaś straszna paszcza się rozwarła, by ją pożreć. Zwiała więc z kuchni i przez otwarte drzwi zaglądała ostrożnie, czy ów monster z otwartą gębą jeszcze tam jest. Szuflada została zamknięta, co Luśka odczytała jako sygnał o minięciu zagrożenia, przyszła więc zbadać, czy monstrum, które pożreć ją chciało, nie pozostawiło po sobie aby jakichś śladów. Skrupulatnie obwąchała wszystkie szuflady. Odsunąłem jedną, żeby mogła zobaczyć, że to nie paszcza. Schowała się za moją nogę, by z bezpiecznej tej pozycji obserwować dalszy rozwój wypadków, a że nie stało się nic, ostrożnie podeszła, zapuściła żurawia w szufladę i chyba jej się spodobała, bo gdybym jej nie powstrzymał, wlazłaby do niej.

W związku z tym, że Luśka wieku sprawnego zaczęła dobiegać, trzeba było zadbać o jej antykoncepcję. Zdecydowaliśmy pozostawić ją w stanie dziewiczym i infantylnym, dlatego wybraliśmy metodę radykalną w postaci sterylizacji. Luśka zabieg zniosła bardzo dobrze, choć przez parę dni bardzo słaba była i oklapła. Żal nam jej było, ale cóż, mus był. Jakoś niespecjalną sympatią zapałała do przychodni weterynaryjnej i samego weterynarza, skądinąd bardzo sympatycznego faceta. Naraził się jej bardzo, bo na wizycie kontrolnej wraził jej w zadek termometr i temperaturę zmierzył, przeciwko czemu żywiołowo zaprotestowała. Po wizycie kontrolnej i wyszczepieniu przeciw wściekliźnie i nosówce, Luśka wyraziła całą swoją bezmierną pogardę dla tego miejsca i na znak owej pogardy zostawiła w poczekalni dorodną kupę, żeby sobie tam nie myśleli, że tacy fajni!

24 marca

Bestia straszliwa (1)

Piszę ukryty pod kołdrą, bo muszę być cichutko. Żadnego kaszlnięcia czy chrząknięcia, bo wystarczy, że westchnę, a bestia czająca się pod drzwiami usłyszy i od razu spróbuje wyważyć drzwi, żeby się do mnie dostać. Uda jej się to przy moim udziale i… Straszne rzeczy się wtedy dziać będą, bo bestia szaleć będzie, ganiać, lizać, nawet pod kołdrę wpełznie, żeby do nóg sie dobrać i tym sposobem z łóżka wykurzyć, albowiem ranny sen zwierz ten ma w pogardzie, zwłaszcza cudzy. Bestia ta straszna ma dziewięć miesięcy, jest prześliczną, małą sunią rasy wieloras. Ma wesołe brązowe oczka, klapnięte uszka, turbo ogonek i szalenie pracowity języczek. Nosi wdzięczne imię Luśka. Cały dom i wszystkie rzeczy, które w nim się znajdują są jej własnością, ale chętnie udostępnia je domownikom w użytkowanie. Jest posiadaczką piszczącego baranka, z którym uwielbia spać i którego uszko lubi czasem ssać jak smoczek oraz różowej świnki, nad którą uwielbia się znęcać, rzucając nią, podgryzając i ciągając po domu. Niedawno oślepiła świnkę odgryzając jej oczy. Prawdopodobnie w poprzednim swoim wcieleniu Luśka nałogowo paliła, bo uwielbia pety. Jak jakiegoś znajdzie, bierze w pyszczek i ssie jak smoczka. Nie ucieka, jak chce się jej takiego wyssanego już peta odebrać, tylko grzecznie otwiera pyszczek i oddaje. Uwielbia też papiery, woreczki foliowe i chusteczki higieniczne, które zamienia w pył. Znaczy Luśka zmieniając stan ich skupienia, proekologiczna jest i popiera recykling. Nie znosi konkurencji – widok innego psa w granicach jej habitatu, zwłaszcza jej gabarytów, budzi w niej głośno wyrażane oburzenie. Nawet samą siebie odbitą w szybie oszczekuje i atakuje dzielnie. Bardzo lubi zabiegi pielęgnacyjne, a kąpiel uważa za zajebiaszczą zabawę. Bardzo ją kręci woda ciurkająca z kranu i szumiąca z prysznica. Już pierwszą swoją kąpielą była zachwycona, natomiast to, co nastąpiło po owej kąpieli podobało jej się trochę mniej, bowiem została wysuszona za pomocą ręcznika i…. suszarki do włosów. Oczywiście w trybie bardzo letniego dmuchania, ale i tak zabieg ten uznała za zbyt kontrowersyjny. Od czasu owych zabiegów pokąpielowych sunia wchodząc do łazienki prewencyjnie oszczekuje suszarkę leżącą na półce.

Luśka to gryzakowy niszczyciel jest, bo wciąż rosną jej zęby. Jednej nocy przegryzła kabel od radia całkowicie, na amen i zabrała się za drugi od lampki nocnej i też go przegryzła, tym razem jednak efektownie, bo błysnęło, huknęło i wywaliło korki. Nic jej się nie stało, ale wystraszyła się tak, że kable przez jakiś czas omijała. Nie można jej spuszczać z oczu, bo zgryzie wszystko, co tylko do zgryzienia się nada. Zwłaszcza guziki, zamki, sznurówki i wszystkie inne wystające artefakty, którym oprzeć się nie potrafi. Luśka generalnie kocha cały świat i ma w sobie zero agresji. Potrafi zająć się sobą i sama się zabawić, jednak osobisty kontakt ceni najbardziej. Uwielbia uwalać się na domownikach, drzemać leżąc na udach, a jeśli to zbyt dla niej niewygodne, obok. Lubi też czasem popatrzeć na świat z innej perspektywy. Staje wtedy na tylnych łapkach, drapie delikatnie przednimi i merdając ogonkiem wydaje z siebie krótkie szczeknięcie. Mama wyjaśniła mi, że Luśka w ten sposób mówi „weź mnie na ręce i ponoś”. Biorę i noszę, a Luśka uwielbia mnie bezkrytycznie. Jak przyjeżdżam, wita mnie zawsze w ten sam sposób: wylatuje z prewencyjnym szczekaniem, po czym robi w biegu powitalne siur, co niezmiennie ją dziwi, bo przysiada i sprawdza szybko, czy aby pipka jest na swoim miejscu. Ustaliwszy to ekspresowo, podrywa się i przybiega tańczyć przy stopach, szczekając i skamląc z radości. Nie odstępuje mnie potem na krok. Nawet jak do łazienki pójdę, szczeka pod drzwiami, domagając się, żebym ją wpuścił. Któregoś dnia wszedłem na moment do mojego pokoju, żeby coś zabrać i wychodząc zamknąłem drzwi. Po kilkunastu minutach zorientowałem się, że jest za spokojnie i zapytałem Mamę, czy sunia jest z nią - nie była. Zagwizdałem na nią i odpowiedziało mi ciche skomlenie. Zawołałem ją idąc ku drzwiom wyjściowym i usłyszałem pełne oburzenia szczeknięcie, bo słyszała, że głos się oddala. Luśka wślizgnęła się za mną do pokoju niezauważona. Wypuściłem ją i sprawdziłem, czy szkód mi nie narobiła, na przykład rozprawiając się z kablami ładowarek do laptopa i komórki, lub odgryzając guziki od pościeli. Nic nie zmalowała, aż dziw, ale prawdopodobnie zdrzemnęła się była na mojej poduszce i narozrabiać po prostu nie zdążyła...
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger