30 czerwca

Dekada

Dekada

To już dekada. Kawał życia. Oczy przecieram z niedowierzaniem, bo wydaje mi się, jakby jeszcze wczoraj głosem drżało powietrze...

27 czerwca

19 czerwca

Życie w czasach zarazy X. Zdziczenie.

Życie w czasach zarazy X. Zdziczenie.

Mam nadzieję, że Pan Prezydent jest dumny ze swojego elektoratu...

16 czerwca

Życie w czasach zarazy IX. Ewangeliści.

Antoni Długosz, emerytowany biskup częstochowski powiedział parę dni temu przed Obrazem na Jasnej Górze, że "obecnie dwaj przedstawiciele naszej władzy, wybranej przez większość Polaków, uobecniają charyzmat dwóch ewangelistów, piszących słowami i czynami ewangelię twojego syna. Ewangelista Mateusz premier Morawiecki pochyla się nad egzystencją naszego narodu, by żyło się lepiej. Z kolei ewangelista Łukasz, profesor Szumowski jest przedłużeniem czynów Jezusa, troszcząc się o nasze życie i zdrowie." >>klik<<

No to teraz tylko czekać pozostaje na ubogacenie doktryny katolickiej o dwie całkiem nowe ewangelie. Martwi mnie tylko to, że sknera poskąpił im kanonizacji, więc "Ewangelia według Morawieckiego" i "Ewangelia według Szumowskiego" nie będą brzmiały tak dobrze, jak "Ewangelia według świętego Morawieckiego", czy "Ewangelia według świętego Szumowskiego" i gawiedź może nie chcieć czytać. Eh...

14 czerwca

Życie w czasach zarazy VIII. Podludzie.

- Skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka, czy jakiejś równości. Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym - powiedział o LGBT na antenie TVP Info Przemysław Czarnek, poseł PiS i członek sztabu wyborczego Andrzeja Dudy.

Jakaż lapidarna, szczera i autentyczna synteza programu politycznego PiS. Ciekaw jestem, jaki plan ma PiS wobec osób, których zweryfikuje jako podludzi? Łagry? A może eksterminacja?

Pan Czarnek zwierzył się na antenie, że widział na własne oczy paradę równości w Los Angeles, na której LGBT obnosiło się publicznie ze swoją nieheteronormatywnością i nawet zdjęcia zrobił i ma. Zastanawiam się, dlaczego poseł Czarnek udał się do Los Angeles akurat wtedy, gdy była tam gejowska parada? Odbywa się ona wszak raz w roku i trzeba naprawdę chcieć, by być tam dokładnie wtedy. Z tego co wiem, Los Angeles jest dość sporym miastem i można tam spędzić heteroseksualny i konserwatywny tydzień w trakcie trwania parady i się na nią nie natknąć. Nie sądzę również, żeby parada gejowska ganiała pana Czarnka po LA, żeby go zgorszyć i zdeprawować, odnoszę za to wrażenie, że to pan Czarnek paradę ścigał, bo bardzo chciał ją zobaczyć, obfotografować i poczuć atmosferę. Zdjęcia trzyma z pietyzmem do dziś, musiało więc być to dla niego ważne...

07 czerwca

Życie w czasach zarazy VII. Totalna inwigilacja.

(…)

- Ty wiesz co, że to chyba prawda, co mówią o tej totalnej inwigilacji?
- No coś ty…
- No mówię ci. Rozmawiałem wczoraj z córką o tym, że na różach mamy mszyce i że trzeba kupić jakiś preparat, żeby się ich pozbyć. Córka otworzyła komputer, a tam wyskoczyły reklamy preparatów na mszyce! Skąd wiedzieli, że mamy mszyce!? No skąd? Musieli słyszeć naszą rozmowę! Już nawet w domu człowiek nie może się czuć bezpiecznie, bo wszędzie te podsłuchy, nawet w komputerach! Strach mówić cokolwiek.
- Co ty powiesz. Ale wiesz, technologia teraz taka, że wszędzie każdego podsłuchiwać mogą. Uważać trzeba.

(…)

05 czerwca

Życie w czasach zarazy VI. Hołota.

Były już zdradzieckie mordy (o opozycji), gorszy sort (o Ślązakach), wykształciuchy, won (do posłanki opozycji), a wczoraj hołota (ponownie o opozycji). Ale nie, to nie jest mowa nienawiści - prezes Kaczyński po prostu po ojcowsku subtelnie skarcił opozycję i wszystkich tych, którzy w swoim wynaturzeniu nie wspierają  jego wysiłków w meblowaniu im (nam) Ojczyzny...

30 maja

Życie w czasach zarazy VI

Z zemsty za próbę rozdwojenia, a nawet roztrojenia jej jaźni poprzez nazwanie jej kangurkiem, kociątkiem i lemurkiem, Lusława seryjnie zamordowała pluszowego koguta przez uduszenie z potrząsaniem.

04 maja

Życie w czasach zarazy V

Mamy z Lusławą taką zabawę towarzyską:  ja udaję, że ją gonię, a ona udaje, że ucieka. Ja udaję bardziej, bo tylko podjudzam klaskaniem w dłonie i wypowiedziami typu „Dawać jom! Dawać mi tu tego sierściucha! Dawać jom, dawać!” siedząc na kanapie, a Lusława całkiem serio wykonuje sprintem kilka rund wokół kanapy, zakończonych efektownym wyskokiem na mnie. Oboje mamy poczucie, że poćwiczyliśmy. Dzisiejszy finał owego treningu zyskał dodatkowy walor akustyczny, bowiem Lusława entuzjastycznie prując powietrze w wyskoku otarła się była o kabel od słuchawek, co zainspirowało ją do wzniesienia się na wysokie tony. Chyba się biedaczce zdało przez moment, że może stracić peryferia. Wylądowawszy na kanapie natychmiast zlustrowała swoje tyły, a znalazłszy je kompletne dała upust swojej radości ze szczęśliwego ocalenia...


27 kwietnia

Życie w czasach zarazy IV

Zainspirowany pozycją przyjętą przez przeciągającą się Lusławę napisałem wiersz:

Lusina
pupina
się wypina

Lusławie się podoba.


25 kwietnia

Życie w czasach zarazy III

Ludzie chorują, niektórzy umierają, gospodarka pada, a to wszystko przez Chińczyków, bo zmajstrowali wirusa w regaliach i wypuścili wolno, żeby hasał depopulując i demontując światową gospodarkę. I medyków, którzy uparcie nie chcą stosować skutecznych terapii w leczeniu zakażonych. A wystarczyłoby się zastosować do schematu podanego przez niejakiego Donalda T.: zapodać wszystkim płyn odkażający (najskuteczniej byłoby dożylnie lub w czopku, albo jedno i drugie, żeby moc była większa) i rozświetlić delikwenta, żeby wzmocnić działanie terapeutyczne promieniowaniem ultrafioletowym. Niestety Donald T. nie podzielił się pomysłem, jak miałoby to rozświetlenie technicznie wyglądać. Może żarówka w ślad za czopkiem? Tego jeszcze nikt prócz niego nie wie. A że lubi się chłopak dzielić swoimi przemyśleniami, ku mojej nieustannej  radości, jest nadzieja, że możemy się tego dowiedzieć.

I tu apel do medyka:

Medyku. Nie marudź, nie kręć nosem, nie fochaj, tylko posłuchaj wizjonera i zrób narodowi dobrze wlewką spirytusową, a jego niemała część rozświetli się sama ze szczęścia, resztę jakoś doświetlisz i będzie dobrze. Będzie dobrze na pewno. Musi być!

Update:

Donald T. wczoraj poinformował podekscytowany świat, że z tą nowatorską kuracją antykoronową to podpucha była i sarkazm. Niezły jajcarz.

12 kwietnia

Wielkanoc w czasach zarazy

Wielkanoc w czasach zarazy
  

Niech Wam będzie dobrze w te Święta.
Spokojnych, zdrowych i bezpiecznych Wam życzę.

09 kwietnia

Noga

(...)

- A jak noga?
- Noga zmarł już dawno temu.
- Ale ja o Twoją nogę pytam...
- A dzięki, dobrze.

(...)

05 kwietnia

Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo.

Z mojego okna widzę białą morwę, drzewo, które mnie fascynuje i było jednym z powodów, dlaczego tu zamieszkałam. Morwa jest hojną rośliną - całą wiosnę i całe lato karmi dziesiątki ptasich rodzin swoimi słodkimi i zdrowymi owocami. Teraz jednak morwa nie ma liści, widzę więc kawałek cichej ulicy, po której rzadko ktoś przechodzi, idąc w kierunku parku. Pogoda we Wrocławiu jest prawie letnia, świeci oślepiające słońce, niebo jest błękitne, a powietrze czyste. Dziś podczas spaceru z psem, widziałam jak dwie sroki przeganiały od swojego gniazda sowę. Spojrzałyśmy sobie z sową w oczy z odległości zaledwie metra. Mam wrażenie, że zwierzęta też czekają na to, co się wydarzy.

Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo. Za dużo, za szybko, za głośno. Nie mam więc "traumy odosobnienia" i nie cierpię z tego powodu, że nie spotykam się z ludźmi. Nie żałuję, że zamknęli kina, jest mi obojętne, że nieczynne są galerie handlowe. Martwię się tylko, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którzy stracili pracę. Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi. Moja introwersja, długo zduszana i maltretowana dyktatem nadaktywnych ekstrawertyków, otrzepała się i wyszła z szafy.

Patrzę przez okno na sąsiada, zapracowanego prawnika, którego jeszcze niedawno widywałam, jak wyjeżdżał rano do sądu z togą przewieszoną przez ramię. Teraz w workowatym dresie walczy z gałęzią w ogródku, chyba wziął się za porządki. Widzę parę młodych ludzi, jak wyprowadzają starego psa, który od ostatniej zimy ledwie chodzi. Pies chwieje się na nogach, a oni cierpliwie mu towarzyszą, idąc najwolniejszym krokiem. Śmieciarka z wielkim hałasem odbiera śmieci. Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie. Zrobiłam porządek w szafie i wyniosłam przeczytane gazety do pojemnika na papier. Przesadziłam kwiaty. Odebrałam rower z naprawy. Przyjemność sprawia mi gotowanie.Uporczywie wracają do mnie obrazy z dzieciństwa, kiedy było dużo więcej czasu i można było go "marnować", godzinami gapiąc się przez okno, obserwując mrówki, leżąc pod stołem i wyobrażając sobie, że to jest arka. Albo czytając encyklopedię.

Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia? Że to nie wirus jest zaburzeniem normy, ale właśnie odwrotnie – tamten hektyczny świat przed wirusem był nienormalny? Wirus przypomniał nam przecież to, co tak namiętnie wypieraliśmy - że jesteśmy kruchymi istotami, zbudowanymi z najdelikatniejszej materii. Że umieramy, że jesteśmy śmiertelni. Że nie jesteśmy oddzieleni od świata swoim „człowieczeństwem” i wyjątkowością, ale świat jest rodzajem wielkiej sieci, w której tkwimy, połączeni z innymi bytami niewidzialnymi nićmi zależności i wpływów. Że jesteśmy zależni od siebie i bez względu na to, z jak dalekich krajów pochodzimy, jakim językiem mówimy i jaki jest kolor naszej skóry, tak samo zapadamy na choroby, tak samo boimy się i tak samo umieramy. Uświadomił nam, że bez względu na to, jak bardzo czujemy się słabi i bezbronni wobec zagrożenia, są wokół nas ludzie, którzy są jeszcze słabsi i potrzebują pomocy. Przypomniał, jak delikatni są nasi starzy rodzice i dziadkowie i jak bardzo należy im się nasza opieka. Pokazał nam, że nasza gorączkowa ruchliwość zagraża światu. I przywołał to samo pytanie, które rzadko mieliśmy odwagę sobie zadać: Czego właściwie szukamy?

Lęk przed chorobą zawrócił więc nas z zapętlonej drogi i z konieczności przypomniał o istnieniu gniazd, z których pochodzimy i w których czujemy się bezpiecznie. I nawet gdyśmy byli, nie wiem jak wielkimi podróżnikami, to w sytuacji takiej, jak ta, zawsze będziemy przeć do jakiegoś domu. Tym samym objawiły się nam smutne prawdy – że w chwili zagrożenia wraca myślenie w zamykających i wykluczających kategoriach narodów i granic. W tym trudnym momencie okazało się, jak słaba w praktyce jest idea wspólnoty europejskiej. Unia właściwie oddała mecz walkowerem, przekazując decyzje w czasach kryzysu państwom narodowym. Zamknięcie granic państwowych uważam za największą porażkę tego marnego czasu – wróciły stare egoizmy i kategorie "swoi" i "obcy", czyli to, co przez ostatnie lata zwalczaliśmy z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie formatowało nam umysłów. Lęk przed wirusem przywołał automatycznie najprostsze atawistyczne przekonanie, że winni są jacyś obcy i to oni zawsze skądś przynoszą zagrożenie. W Europie wirus jest "skądś", nie jest nasz, jest obcy. W Polsce podejrzani stali się wszyscy ci, którzy wracają z zagranicy. Fala zatrzaskiwanych granic, monstrualne kolejki na przejściach granicznych dla wielu młodych ludzi były zapewne szokiem. Wirus przypomina: granice istnieją i mają się dobrze.

Obawiam się też, że wirus szybko przypomni nam jeszcze inną starą prawdę, jak bardzo nie jesteśmy sobie równi. Jedni z nas wylecą prywatnymi samolotami do domu na wyspie lub w leśnym odosobnieniu, a inni zostaną w miastach, żeby obsługiwać elektrownie i wodociągi. Jeszcze inni będą ryzykować zdrowie, pracując w sklepach i szpitalach. Jedni dorobią się na epidemii, inni stracą dorobek swojego życia. Kryzys, jaki nadchodzi, zapewne podważy te zasady, które wydawały się nam stabilne; wiele państw nie poradzi sobie z nim i w obliczu ich dekompozycji obudzą się nowe porządki, jak to często bywa po kryzysach. Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem. Sytuacja przymusowej kwarantanny i skoszarowania rodziny w domu może uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały. Nasze dzieci wyjdą z kwarantanny uzależnione od internetu, a wielu z nas uświadomi sobie bezsens i jałowość sytuacji, w której mechanicznie i siłą inercji tkwi. A co, jeśli wzrośnie nam liczba zabójstw, samobójstw i chorób psychicznych?

Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas.

Nadchodzą nowe czasy.
_______________________
Felieton Olgi Tokarczuk był napisany dla  "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i później opublikowany na profilu fejsbukowym pisarki oraz na www.culture.pl

04 kwietnia

Życie w czasach zarazy II

Rozleniwiam się i gnuśnieję. Hołm ofis otwieram najwcześniej o 8.30 siedząc na łóżku w spodniach dresowych, wyciągniętym podkoszulku, nieogolony, z włosami wyprasowanymi przez poduszkę w awangardowy czub – czyli w stanie totalnego rozchełstu, na jaki pozwalam sobie jedynie w dni wolne od pracy. Mam tu w górach bardzo słaby internet, więc łączę się z wierchuszką w wideokonferencjach jedynie głosowo, mógłbym więc pracować nawet na golasa, gdyby przyszła mi taka fantazja do głowy. Nie znaczy to wcale, że zamieniam się powoli w zarośniętą i obrastającą mchem wędrującą kopę siana – mam po prostu luz. I śmiać mi się chce na myśl, że moje wideokonferencyjne koleżeństwo musi się uczesać, w przeważającej części umalować i przybrać przynajmniej górną część swojego jestestwa, żeby nie narazić się na obmowę. Miło jest znaleźć jakąś dobrą stronę słabego internetu.

Jak już wspomniałem rozleniwiam się i gnuśnieję. Stan rozleniwienia jest mi dobrze znany, bo napady miewam regularnie, jednak gnuśnienia doświadczam po raz pierwszy w moim długim życiu. Na razie wrażenia mam ambiwalentne, bo możliwe, że nie posiadam odpowiedniej konstrukcji, by cieszyć się tym stanem. Jakiś taki męczący mi się zdaje…

26 marca

Życie w czasach zarazy I

Codziennie, o różnych porach, pod dom moich sąsiadów podjeżdża policja, a oni karnie ukazują się wszyscy na balkonie. Proceder ten trwa od trzech dni, czyli od czasu powrotu sąsiada z zagranicy. Abstrakcja zmaterializowała mi się tuż za płotem. W górach, u mamy, bo tu mam tymczasowo swój hołm ofis od niemal dwóch tygodni. Wczoraj przejechałem się do apteki wykupić jakieś leki mamie. Mój górski grajdoł wyglądał jak wymarły, jeśli nie liczyć dwóch samochodów jadących w przeciwnym kierunku, jednej osoby przemykającej chodnikiem i dwóch ludzisków, którzy ustawili się za mną w kolejce do apteki, oczywiście w tak bezpiecznej odległości, że z trudem mogłem dojrzeć ich twarze. Dobrze, że ludzie są ostrożni i uważają.

Zrobiło się poważnie. Na tyle, że pani Zosia, z którą kontakt mamy tylko telefoniczny, bo jak kwarantanna, to kwarantanna, sentencjonalnie skomentowała moją sugestię nie uczęszczania w chwili obecnej do kościoła lakonicznym zdaniem Jak będę miała umrzeć, to umrę bez napomknięcia o każącej ręce Wszechmogącego! Choć w tym, to chyba ja mogłem mieć udział, bowiem jakiś czas temu powiedziałem spokojnie pani Zosi, że jej teoria o każącej ręce Wszechmogącego bliższa jest starożytnym herezjom niż katolickiej ortodoksji i muszę przyznać, że zrobiło to na niej wrażenie. Nie to, żeby była specjalistką od starożytnych herezji. Samo to, że mogłaby się otrzeć o jakąkolwiek, lekko nią wstrząsnęło. Mam wrażenie, że również owa ortodoksja trochę się pani Zosi ostatnio rozjechała, bo na moje (naiwne, jak się natychmiast okazało) powołanie się na zalecenia episkopatu na czas epidemii, pani Zosia niewzruszona odpowiedziała, że episkopat może się mylić, dlatego jeszcze w ubiegłą niedzielę kościół nabożnie nawiedziła. Episkopat w sprawach doktryny katolickiej może być omylny, ale jej najstarsza córka z pewnością nie jest – jej zalecenie domowej kwarantanny zostało przez panią Zosię przyjęte bez najmniejszego sprzeciwu i wdrożone tak skrupulatnie, że nawet na ganek nie wychodzi…

16 lutego

Pomroczność jasna Lichockiej.

Pomroczność jasna Lichockiej.
W czwartek Sejm głosował nad ustawą dotyczącą dodatkowych pieniędzy dla publicznej telewizji. Opozycja chciała te 2 mld zł przeznaczyć na dofinansowanie onkologii, więc nikt nie wstrzymał się od głosu. Jak było do przewidzenia telewizja te pieniądze dostanie, więc naród dalej będzie mógł radować się propagandą oraz najwyższej klasy kulturą. Posłanka PiS Joanna Lichocka po wygranym głosowaniu pokazała opozycji środkowy palec, zapisując się na zawsze w historii polskiego parlamentaryzmu, choć najpewniej nie tak, jakby chciała. Moja nieżyjąca już od lat ciotka, osoba wielkiej prawości, widząc takie publiczne kompromitacje zwykła mawiać: „Jak kogoś Pan Bóg chce pokarać, to mu rozum odbiera”. Tak, jak pani posłance. Mam wrażenie, że doceniając jej arogancję i pychę uczynił ją w tej utracie rozumu chroniczną, bowiem zamiast przeprosić za swoje zachowanie, brnie ona w żenujące tłumaczenia, jeszcze bardziej się pogrążając... 
Prezes Kaczyński swoim "Won!" uchylił drzwi, pani Lichocka fakulcem zaś przetarła część szlaku ku dnu. Co będzie dalej? Plucie, wyzwiska i rękoczyny?

02 stycznia

O odpadnięciu

O odpadnięciu
Ręce mi odpadły w wyniku dwuipółgodzinnego odkopywania auta i podjazdu spod śniegu. Nie, nie napadało dużo, ale tak zawiewało, że porządnie zasypało auto i podjazd. Odwalając łopatologicznie śnieżną hałdę myślałem sobie, że jest w tym jakaś złośliwość, żeby właśnie na tych strategicznych dziesięciu metrach podjazdu tyle śniegu się zebrało, choć niemal wszędzie indziej zaledwie dziesięcioma centymetrami ziemię pokryło. Złośliwość wymierzona we mnie, żeby mnie rąk pozbawić. Nie od razu jednak te ręce mi odpadły i nic ich odpadnięcia nawet nie zwiastowało. Odkopałem się z zasp, objechałem do centrum mojego grajdoła na zakupy i z powrotem, spędziłem miłe popołudnie i wieczór, by w końcu pójść do łóżka spać, normalnie jak człowiek,  mając ręce, obudziłem się już jednak bez nich, bo wzięły i odpadły mi we śnie. Zastanawiasz się zapewne drogi Czytelniku, jak to możliwe, że nie mając rąk publikuję tego posta. Ano normalnie. Tak jak jednej nocy ręce odpadły, tak następnej odrosły. Cuda. Ech…

31 grudnia

2020

Odchodzisz dzisiaj
sam nie wiem
czy na Twoją cześć i pamięć
w powietrze polecą miliony
czy raczej na radość
tego co kryje w sobie nowy
rozbłysną światła
na czarnym niebie
jakby nie było
czy chcę czy nie chcę
pożegnać się muszę
i przywitać natychmiast
nawet jeśli wiem
że w oczy zagląda mi
znowu tajemnica

Piotr Brais

Oby Nowy Rok był dla nas wszystkich łaskawy, zdrowy i spokojny. Wszystkiego dobrego!

24 grudnia

Dobrych Świąt

Dobrych Świąt
Drogi Czytelniku
Niech te Święta przyniosą Ci radość i odpoczynek,
a Nowy Rok energię do sięgania po to,
co dla Ciebie najcenniejsze!
Spokojnych, radosnych Świąt!


21 grudnia

Przedświątecznie

Sąsiadka z naprzeciwka zagoniwszy swoje dwie córki oraz małżonka do roboty, spełniła obowiązek umycia wszystkich swoich trzech okien na Święta, po czym opadła na kanapę umęczona nadzorowaniem. Symultaniczne, doskonale zsynchronizowane, niemal baletowe ruchy myjących były tak hipnotyzujące, że nieomal byłbym się przyłączył i pyknął moje trzy okna. W ostatniej sekundzie, kiedy już prawie całkowicie rozum mi odbierało, w drodze do łazienki po płyn do mycia szyb poraziła mnie myśl, że Święta spędzam w górach, więc z obowiązku jestem zwolniony, a poza tym szyby mam czyste. Prawie. Świadomość ta pozwoliła mi strząsnąć z siebie pokusę…

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger