- Ty chadro mojego zdrowia!- powiedziałem wymierzywszy oskarżycielsko paluch w stronę winowajcy, przez którego spędziłem przymusowo 2 tygodnie na zwolnieniu lekarskim. - Trzymaj te swoje zakażone, zmutowane i jadowite parchy z dala ode mnie! Najlepiej w ogóle nie oddychaj w tym samym pomieszczeniu, w którym przebywam i nie patrz nawet w moją stronę, bo cholera cię wie, czy nie potrafisz tych wirusów rozsiewać wzrokowo. Generalnie trzymaj się na odległość smrodu skunksa! Jesteś jak laboratorium broni biologicznej! Chrząkniesz, nosem pociągniesz, po tyłku się podrapiesz i tyle tej twojej choroby, ale to, co zmutujesz i przekazujesz dalej, to normalnie jakaś broń biologiczna podpadająca pod Konwencję Genewską i paragraf o usiłowaniu mordu przez zarażenie. Prześwietlić cię powinni, żeby sprawdzić, czy nie masz w sobie obcych, bo może siedzą tam gdzieś w środku i gmerają w genach mikrobów, chichocząc przy tym złośliwie. Śmiej się, śmiej. Będziesz się śmiał, jak się jakieś Taliby o tym zwiedzą, capną cię i zrobią inkubator do produkcji broni biologicznej. W sumie tanio by ich wyszło, tylko wyżywienie, napojenie i opierunek, a ludzie twojej - omiotłem go wzrokiem z góry na dół i z powrotem – mizernej fizycznej konstrukcji dużo nie jedzą. Jak następnym razem, zamiast pójść na zwolnienie lekarskie, będziesz przychodził do roboty i siał te twoje wściekłe gonokoki kładąc pokotem sześć osób, jak ostatnio, sam na ciebie doniosę, niech cię zabiorą wraz z tymi twoimi mutogennymi zdolnościami…
- Weź go zelżyj porządnie – włączył się Kamil wykorzystując chwilę, kiedy brałem oddech. – Porządnie, a nie jakieś ciuciuruciu.
- Ten nos! TEN nos – podjąłem wskazując teatralnie na swój nos – musiał być smarowany kremem Nivea, bo tak piekł! KREMEM NIVEA! – podkreśliłem powoli i dobitnie. - I to grubą warstwą! Wiesz jak wyglądał?! Jak nos klauna z białymi akcentami! I nigdy jeszcze nie wytworzył takiej ilości fetyszy z chusteczek higienicznych! Nigdy! Wory całe!
- Czego? – zapytał winowajca chichocząc. – Czego??
- Weź mu jeszcze przywal! – podjudził Kamil, który sam dopiero co podniósł się z tej samej zarazy, która mnie powaliła. - No co? Należy mu się za to, że tak nas sponiewierał.
- Chętnie, ale siły nie mam, bo tak mnie wykończył. Zresztą lepiej nie, bo znowu jakaś franca mogłaby na mnie z niego przeleźć. Ma ich pewnie gotowy cały zestaw. Robi te swoje niewinne oczy, jak kot ze Shreka, a w środku montuje się właśnie jakieś nowe, zjadliwe ścierwo. Ja się go nie dotknę! Jak chcesz Kamil, to ty mu przywal. Może z liścia byłoby bezpieczniej?
- Na pewno przyjemniej – odparł Kamil rozmarzonym głosem. – Ale, żeby bezpieczniej to wątpię.
- Obawiam się, że możesz mieć rację. Nie tykajmy się go zatem. Karma, jak sam mawia, to wredna suka, więc jest nadzieja, że sam na siebie bicz ukręci, a raczej mikroba, który go tak sponiewiera, jak ten nas. I jeszcze mi się prawe ucho zatkało – zajęczałem. – Kurrrwaaaa.