Szalenie uspokoił mnie wywiad pana ministra Ziobry udzielony "Rzeczpospolitej", w którym zapewnia, że w naszym kraju osoby LGBT są bezpieczne, mają zagwarantowane wszelkie swobody obywatelskie, nie są prześladowane przez polskie władze i on byłby pierwszym, który by się prześladowaniu osób LGBT sprzeciwił. Świadomość, że pan minister Ziobro, który jest kluczowym rozgrywającym grupy w koalicji rządowej inspirującej i podgrzewającej nagonkę wymierzoną w osoby LGBT (i pośrednio w Morawieckiego, z którym pan minister walczy o schedę po Kaczyńskim, a którego siostrzeniec jest gejem) przybędzie mi na ratunek i sprzeciwi się, jeśli polskie władze (lub ktokolwiek inny) będą mnie próbowały prześladować ze względu na moje preferencje seksualne, jest dla mnie wybitnie krzepiąca. W tym kontekście zupełnie nie rozumiem, dlaczego przyczepiła się do mnie natrętnie myśl o diable, który ubrawszy się w ornat, ogonem na mszę dzwoni…
18 sierpnia
10 lipca
Życie na urlopie III. Emerytura.
Myśląc o sprawach największych, człowiek czasami traci z oczu drugiego człowieka. A głowa państwa to też człowiek. Pięć lat mieszkania w willi, pod oknami której codziennie przechadzają się hordy turystów, pięć lat przebywania pośród starych mebli bez możliwości zmiany stylu wnętrza, pięć lat wystąpień publicznych, podróży czy słońce, czy deszcz. Czy rozumiecie, że fundowanie komuś pięciu kolejnych lat tego trybu jest zwykłą nieczułością? Powiecie: przecież sam chce, prosi. Czy rozumiecie, że w takim zmęczeniu można nie wiedzieć, można majaczyć? Zastanówcie się czasami, czy nie warto dać człowiekowi odpocząć, po prostu, po ludzku. >>KLIK<<
Katarzyna Nosowska
04 lipca
Życie w czasach zarazy XIII. Bydło pieruńskie.
Wypowiedzi pana prezydenta oraz jego formacji politycznej przynoszą już owoce, bowiem w trakcie nagrywania reportażu w Godziszowie na Podkarpaciu reporter Onetu usłyszał: "Łeb uciąć albo rozstrzelić. Niemiec by zrobił lepiej. Już dawno Majdanek powinni otworzyć i ich do krematorium spalić. Bydło pieruńskie.". To o homoseksualistach. >>KLIK<< Naprawdę nie dziwi mnie to ani trochę, bo skoro prosty, niewykształcony człowiek (a taki w miażdżącej większości jest elektorat Dudy) słyszy od swojego prezydenta, że prawdziwym wrogiem narodu jest homoseksualista-neobolszewik, który na dodatek nie jest istotą ludzką a wrażą ideologią, to co ma ten prosty, niewykształcony, wiejski człowiek zrobić? No bronić Ojczyzny! Tak, jak broni swojego ogniska domowego pięścią dyscyplinując żonę, żeby mu się nie feminiżyła rojąc sobie, że jest mu równa, dzieci pasem, bo są jego własnością, a dobytku broniąc siekierą. Klęcząc jutro w kościele pan prezydent będzie mógł poczuć się prawdziwie dumny, że miłość bliźniego, którą głosi, tak piękny owoc przynosi. Również jego elektorat rozparłszy się wygodnie na klęcznikach będzie mógł się nad sobą z tego powodu rozczulić.
03 lipca
Życie w czasach zarazy XII. Łaska pańska.
Pan prezydent 14 marca ułaskawił pana, który w latach 2006-2011 znęcał się nad swoją nieletnią córką i molestował ją seksualnie. Ułaskawienie dotyczyło zdjęcia zakazu zbliżania się do ofiary. W uzasadnieniu kancelarii prezydenta można było usłyszeć, że "nie było gwałtu", "to sprawa rodzinna" oraz to, że to ofiary (matka dziewczynki, konkubina oskarżonego, nad którą również się znęcał) prosiły pana prezydenta o to uchylenie zakazu zbliżania się, bo w praktyce mieszkają z oskarżonym w tym samym domu. Sprawie dodatkowego kolorytu nadaje fakt, że mężczyzna ułaskawiony przez prezydenta wciąż figuruje w rejestrze najgroźniejszych pedofilów. Sprawę ujawnił "Fakt" >>KLIK<< W sytuacji, kiedy wskazuje się gejów i lesbijki jako wrogów publicznych i jednocześnie ułaskawia się pedofila, przekaz polityczny tych decyzji poraża.
30 czerwca
Dekada
19 czerwca
16 czerwca
Życie w czasach zarazy IX. Ewangeliści.
Antoni Długosz, emerytowany biskup częstochowski powiedział parę dni temu przed Obrazem na Jasnej Górze, że "obecnie dwaj przedstawiciele naszej władzy, wybranej przez większość Polaków, uobecniają charyzmat dwóch ewangelistów, piszących słowami i czynami ewangelię twojego syna. Ewangelista Mateusz premier Morawiecki pochyla się nad egzystencją naszego narodu, by żyło się lepiej. Z kolei ewangelista Łukasz, profesor Szumowski jest przedłużeniem czynów Jezusa, troszcząc się o nasze życie i zdrowie." >>klik<<
No to teraz tylko czekać pozostaje na ubogacenie doktryny katolickiej o dwie całkiem nowe ewangelie. Martwi mnie tylko to, że sknera poskąpił im kanonizacji, więc "Ewangelia według Morawieckiego" i "Ewangelia według Szumowskiego" nie będą brzmiały tak dobrze, jak "Ewangelia według świętego Morawieckiego", czy "Ewangelia według świętego Szumowskiego" i gawiedź może nie chcieć czytać. Eh...
14 czerwca
Życie w czasach zarazy VIII. Podludzie.
- Skończmy słuchać tych idiotyzmów o jakichś prawach człowieka, czy jakiejś równości. Ci ludzie nie są równi ludziom normalnym - powiedział o LGBT na antenie TVP Info Przemysław Czarnek, poseł PiS i członek sztabu wyborczego Andrzeja Dudy.
Jakaż lapidarna, szczera i autentyczna synteza programu politycznego PiS. Ciekaw jestem, jaki plan ma PiS wobec osób, których zweryfikuje jako podludzi? Łagry? A może eksterminacja?
Pan Czarnek zwierzył się na antenie, że widział na własne oczy paradę równości w Los Angeles, na której LGBT obnosiło się publicznie ze swoją nieheteronormatywnością i nawet zdjęcia zrobił i ma. Zastanawiam się, dlaczego poseł Czarnek udał się do Los Angeles akurat wtedy, gdy była tam gejowska parada? Odbywa się ona wszak raz w roku i trzeba naprawdę chcieć, by być tam dokładnie wtedy. Z tego co wiem, Los Angeles jest dość sporym miastem i można tam spędzić heteroseksualny i konserwatywny tydzień w trakcie trwania parady i się na nią nie natknąć. Nie sądzę również, żeby parada gejowska ganiała pana Czarnka po LA, żeby go zgorszyć i zdeprawować, odnoszę za to wrażenie, że to pan Czarnek paradę ścigał, bo bardzo chciał ją zobaczyć, obfotografować i poczuć atmosferę. Zdjęcia trzyma z pietyzmem do dziś, musiało więc być to dla niego ważne...
07 czerwca
Życie w czasach zarazy VII. Totalna inwigilacja.
(…)
- Ty wiesz co, że to chyba prawda, co mówią o tej totalnej inwigilacji?
- No coś ty…
- No mówię ci. Rozmawiałem wczoraj z córką o tym, że na różach mamy mszyce i że trzeba kupić jakiś preparat, żeby się ich pozbyć. Córka otworzyła komputer, a tam wyskoczyły reklamy preparatów na mszyce! Skąd wiedzieli, że mamy mszyce!? No skąd? Musieli słyszeć naszą rozmowę! Już nawet w domu człowiek nie może się czuć bezpiecznie, bo wszędzie te podsłuchy, nawet w komputerach! Strach mówić cokolwiek.
- Co ty powiesz. Ale wiesz, technologia teraz taka, że wszędzie każdego podsłuchiwać mogą. Uważać trzeba.
- No coś ty…
- No mówię ci. Rozmawiałem wczoraj z córką o tym, że na różach mamy mszyce i że trzeba kupić jakiś preparat, żeby się ich pozbyć. Córka otworzyła komputer, a tam wyskoczyły reklamy preparatów na mszyce! Skąd wiedzieli, że mamy mszyce!? No skąd? Musieli słyszeć naszą rozmowę! Już nawet w domu człowiek nie może się czuć bezpiecznie, bo wszędzie te podsłuchy, nawet w komputerach! Strach mówić cokolwiek.
- Co ty powiesz. Ale wiesz, technologia teraz taka, że wszędzie każdego podsłuchiwać mogą. Uważać trzeba.
(…)
05 czerwca
Życie w czasach zarazy VI. Hołota.
Były już zdradzieckie mordy (o opozycji), gorszy sort (o Ślązakach), wykształciuchy, won (do posłanki opozycji), a wczoraj hołota (ponownie o opozycji). Ale nie, to nie jest mowa nienawiści - prezes Kaczyński po prostu po ojcowsku subtelnie skarcił opozycję i wszystkich tych, którzy w swoim wynaturzeniu nie wspierają jego wysiłków w meblowaniu im (nam) Ojczyzny...
30 maja
Życie w czasach zarazy VI
Z zemsty za próbę rozdwojenia, a nawet roztrojenia jej jaźni poprzez nazwanie jej kangurkiem, kociątkiem i lemurkiem, Lusława seryjnie zamordowała pluszowego koguta przez uduszenie z potrząsaniem.
04 maja
Życie w czasach zarazy V
Mamy z Lusławą taką zabawę towarzyską: ja udaję, że ją gonię, a ona udaje, że ucieka. Ja udaję bardziej, bo tylko podjudzam klaskaniem w dłonie i wypowiedziami typu „Dawać jom! Dawać mi tu tego sierściucha! Dawać jom, dawać!” siedząc na kanapie, a Lusława całkiem serio wykonuje sprintem kilka rund wokół kanapy, zakończonych efektownym wyskokiem na mnie. Oboje mamy poczucie, że poćwiczyliśmy. Dzisiejszy finał owego treningu zyskał dodatkowy walor akustyczny, bowiem Lusława entuzjastycznie prując powietrze w wyskoku otarła się była o kabel od słuchawek, co zainspirowało ją do wzniesienia się na wysokie tony. Chyba się biedaczce zdało przez moment, że może stracić peryferia. Wylądowawszy na kanapie natychmiast zlustrowała swoje tyły, a znalazłszy je kompletne dała upust swojej radości ze szczęśliwego ocalenia...
27 kwietnia
Życie w czasach zarazy IV
Zainspirowany pozycją przyjętą przez przeciągającą się Lusławę napisałem wiersz:
Lusina
pupina
się wypina
Lusławie się podoba.
Lusina
pupina
się wypina
Lusławie się podoba.
25 kwietnia
Życie w czasach zarazy III
Ludzie chorują, niektórzy umierają, gospodarka pada, a to wszystko przez Chińczyków, bo zmajstrowali wirusa w regaliach i wypuścili wolno, żeby hasał depopulując i demontując światową gospodarkę. I medyków, którzy uparcie nie chcą stosować skutecznych terapii w leczeniu zakażonych. A wystarczyłoby się zastosować do schematu podanego przez niejakiego Donalda T.: zapodać wszystkim płyn odkażający (najskuteczniej byłoby dożylnie lub w czopku, albo jedno i drugie, żeby moc była większa) i rozświetlić delikwenta, żeby wzmocnić działanie terapeutyczne promieniowaniem ultrafioletowym. Niestety Donald T. nie podzielił się pomysłem, jak miałoby to rozświetlenie technicznie wyglądać. Może żarówka w ślad za czopkiem? Tego jeszcze nikt prócz niego nie wie. A że lubi się chłopak dzielić swoimi przemyśleniami, ku mojej nieustannej radości, jest nadzieja, że możemy się tego dowiedzieć.
I tu apel do medyka:
Medyku. Nie marudź, nie kręć nosem, nie fochaj, tylko posłuchaj wizjonera i zrób narodowi dobrze wlewką spirytusową, a jego niemała część rozświetli się sama ze szczęścia, resztę jakoś doświetlisz i będzie dobrze. Będzie dobrze na pewno. Musi być!
Update:
Donald T. wczoraj poinformował podekscytowany świat, że z tą nowatorską kuracją antykoronową to podpucha była i sarkazm. Niezły jajcarz.
12 kwietnia
09 kwietnia
Noga
(...)
- A jak noga?
- Noga zmarł już dawno temu.
- Ale ja o Twoją nogę pytam...
- A dzięki, dobrze.
(...)
- A jak noga?
- Noga zmarł już dawno temu.
- Ale ja o Twoją nogę pytam...
- A dzięki, dobrze.
(...)
05 kwietnia
Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo.
Z mojego okna widzę białą morwę, drzewo, które mnie fascynuje i było jednym z powodów, dlaczego tu zamieszkałam. Morwa jest hojną rośliną - całą wiosnę i całe lato karmi dziesiątki ptasich rodzin swoimi słodkimi i zdrowymi owocami. Teraz jednak morwa nie ma liści, widzę więc kawałek cichej ulicy, po której rzadko ktoś przechodzi, idąc w kierunku parku. Pogoda we Wrocławiu jest prawie letnia, świeci oślepiające słońce, niebo jest błękitne, a powietrze czyste. Dziś podczas spaceru z psem, widziałam jak dwie sroki przeganiały od swojego gniazda sowę. Spojrzałyśmy sobie z sową w oczy z odległości zaledwie metra. Mam wrażenie, że zwierzęta też czekają na to, co się wydarzy.
Dla mnie już od dłuższego czasu świata było za dużo. Za dużo, za szybko, za głośno. Nie mam więc "traumy odosobnienia" i nie cierpię z tego powodu, że nie spotykam się z ludźmi. Nie żałuję, że zamknęli kina, jest mi obojętne, że nieczynne są galerie handlowe. Martwię się tylko, kiedy pomyślę o tych wszystkich, którzy stracili pracę. Kiedy dowiedziałam się o zapobiegawczej kwarantannie, poczułam coś w rodzaju ulgi i wiem, że wielu ludzi czuje podobnie, choć się tego wstydzi. Moja introwersja, długo zduszana i maltretowana dyktatem nadaktywnych ekstrawertyków, otrzepała się i wyszła z szafy.
Patrzę przez okno na sąsiada, zapracowanego prawnika, którego jeszcze niedawno widywałam, jak wyjeżdżał rano do sądu z togą przewieszoną przez ramię. Teraz w workowatym dresie walczy z gałęzią w ogródku, chyba wziął się za porządki. Widzę parę młodych ludzi, jak wyprowadzają starego psa, który od ostatniej zimy ledwie chodzi. Pies chwieje się na nogach, a oni cierpliwie mu towarzyszą, idąc najwolniejszym krokiem. Śmieciarka z wielkim hałasem odbiera śmieci. Życie toczy się, a jakże, ale w zupełnie innym rytmie. Zrobiłam porządek w szafie i wyniosłam przeczytane gazety do pojemnika na papier. Przesadziłam kwiaty. Odebrałam rower z naprawy. Przyjemność sprawia mi gotowanie.Uporczywie wracają do mnie obrazy z dzieciństwa, kiedy było dużo więcej czasu i można było go "marnować", godzinami gapiąc się przez okno, obserwując mrówki, leżąc pod stołem i wyobrażając sobie, że to jest arka. Albo czytając encyklopedię.
Czy aby nie jest tak, że wróciliśmy do normalnego rytmu życia? Że to nie wirus jest zaburzeniem normy, ale właśnie odwrotnie – tamten hektyczny świat przed wirusem był nienormalny? Wirus przypomniał nam przecież to, co tak namiętnie wypieraliśmy - że jesteśmy kruchymi istotami, zbudowanymi z najdelikatniejszej materii. Że umieramy, że jesteśmy śmiertelni. Że nie jesteśmy oddzieleni od świata swoim „człowieczeństwem” i wyjątkowością, ale świat jest rodzajem wielkiej sieci, w której tkwimy, połączeni z innymi bytami niewidzialnymi nićmi zależności i wpływów. Że jesteśmy zależni od siebie i bez względu na to, z jak dalekich krajów pochodzimy, jakim językiem mówimy i jaki jest kolor naszej skóry, tak samo zapadamy na choroby, tak samo boimy się i tak samo umieramy. Uświadomił nam, że bez względu na to, jak bardzo czujemy się słabi i bezbronni wobec zagrożenia, są wokół nas ludzie, którzy są jeszcze słabsi i potrzebują pomocy. Przypomniał, jak delikatni są nasi starzy rodzice i dziadkowie i jak bardzo należy im się nasza opieka. Pokazał nam, że nasza gorączkowa ruchliwość zagraża światu. I przywołał to samo pytanie, które rzadko mieliśmy odwagę sobie zadać: Czego właściwie szukamy?
Lęk przed chorobą zawrócił więc nas z zapętlonej drogi i z konieczności przypomniał o istnieniu gniazd, z których pochodzimy i w których czujemy się bezpiecznie. I nawet gdyśmy byli, nie wiem jak wielkimi podróżnikami, to w sytuacji takiej, jak ta, zawsze będziemy przeć do jakiegoś domu. Tym samym objawiły się nam smutne prawdy – że w chwili zagrożenia wraca myślenie w zamykających i wykluczających kategoriach narodów i granic. W tym trudnym momencie okazało się, jak słaba w praktyce jest idea wspólnoty europejskiej. Unia właściwie oddała mecz walkowerem, przekazując decyzje w czasach kryzysu państwom narodowym. Zamknięcie granic państwowych uważam za największą porażkę tego marnego czasu – wróciły stare egoizmy i kategorie "swoi" i "obcy", czyli to, co przez ostatnie lata zwalczaliśmy z nadzieją, że nigdy więcej nie będzie formatowało nam umysłów. Lęk przed wirusem przywołał automatycznie najprostsze atawistyczne przekonanie, że winni są jacyś obcy i to oni zawsze skądś przynoszą zagrożenie. W Europie wirus jest "skądś", nie jest nasz, jest obcy. W Polsce podejrzani stali się wszyscy ci, którzy wracają z zagranicy. Fala zatrzaskiwanych granic, monstrualne kolejki na przejściach granicznych dla wielu młodych ludzi były zapewne szokiem. Wirus przypomina: granice istnieją i mają się dobrze.
Obawiam się też, że wirus szybko przypomni nam jeszcze inną starą prawdę, jak bardzo nie jesteśmy sobie równi. Jedni z nas wylecą prywatnymi samolotami do domu na wyspie lub w leśnym odosobnieniu, a inni zostaną w miastach, żeby obsługiwać elektrownie i wodociągi. Jeszcze inni będą ryzykować zdrowie, pracując w sklepach i szpitalach. Jedni dorobią się na epidemii, inni stracą dorobek swojego życia. Kryzys, jaki nadchodzi, zapewne podważy te zasady, które wydawały się nam stabilne; wiele państw nie poradzi sobie z nim i w obliczu ich dekompozycji obudzą się nowe porządki, jak to często bywa po kryzysach. Siedzimy w domu, czytamy książki i oglądamy seriale, ale w rzeczywistości przygotowujemy się do wielkiej bitwy o nową rzeczywistość, której nie potrafimy sobie nawet wyobrazić, powoli rozumiejąc, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem. Sytuacja przymusowej kwarantanny i skoszarowania rodziny w domu może uświadomić nam to, do czego wcale nie chcielibyśmy się przyznać: że rodzina nas męczy, że więzi małżeńskie dawno już zetlały. Nasze dzieci wyjdą z kwarantanny uzależnione od internetu, a wielu z nas uświadomi sobie bezsens i jałowość sytuacji, w której mechanicznie i siłą inercji tkwi. A co, jeśli wzrośnie nam liczba zabójstw, samobójstw i chorób psychicznych?
Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny, który nas kształtował przez ostatnie dwieście lat: że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas.
Nadchodzą nowe czasy.
_______________________
Felieton Olgi Tokarczuk był napisany dla "Frankfurter Allgemeine Zeitung" i później opublikowany na profilu fejsbukowym pisarki oraz na www.culture.pl
04 kwietnia
Życie w czasach zarazy II
Rozleniwiam się i gnuśnieję. Hołm ofis otwieram najwcześniej o 8.30 siedząc na łóżku w spodniach dresowych, wyciągniętym podkoszulku, nieogolony, z włosami wyprasowanymi przez poduszkę w awangardowy czub – czyli w stanie totalnego rozchełstu, na jaki pozwalam sobie jedynie w dni wolne od pracy. Mam tu w górach bardzo słaby internet, więc łączę się z wierchuszką w wideokonferencjach jedynie głosowo, mógłbym więc pracować nawet na golasa, gdyby przyszła mi taka fantazja do głowy. Nie znaczy to wcale, że zamieniam się powoli w zarośniętą i obrastającą mchem wędrującą kopę siana – mam po prostu luz. I śmiać mi się chce na myśl, że moje wideokonferencyjne koleżeństwo musi się uczesać, w przeważającej części umalować i przybrać przynajmniej górną część swojego jestestwa, żeby nie narazić się na obmowę. Miło jest znaleźć jakąś dobrą stronę słabego internetu.
Jak już wspomniałem rozleniwiam się i gnuśnieję. Stan rozleniwienia jest mi dobrze znany, bo napady miewam regularnie, jednak gnuśnienia doświadczam po raz pierwszy w moim długim życiu. Na razie wrażenia mam ambiwalentne, bo możliwe, że nie posiadam odpowiedniej konstrukcji, by cieszyć się tym stanem. Jakiś taki męczący mi się zdaje…
26 marca
Życie w czasach zarazy I
Codziennie, o różnych porach, pod dom moich sąsiadów podjeżdża policja, a oni karnie ukazują się wszyscy na balkonie. Proceder ten trwa od trzech dni, czyli od czasu powrotu sąsiada z zagranicy. Abstrakcja zmaterializowała mi się tuż za płotem. W górach, u mamy, bo tu mam tymczasowo swój hołm ofis od niemal dwóch tygodni. Wczoraj przejechałem się do apteki wykupić jakieś leki mamie. Mój górski grajdoł wyglądał jak wymarły, jeśli nie liczyć dwóch samochodów jadących w przeciwnym kierunku, jednej osoby przemykającej chodnikiem i dwóch ludzisków, którzy ustawili się za mną w kolejce do apteki, oczywiście w tak bezpiecznej odległości, że z trudem mogłem dojrzeć ich twarze. Dobrze, że ludzie są ostrożni i uważają.
Zrobiło się poważnie. Na tyle, że pani Zosia, z którą kontakt mamy tylko telefoniczny, bo jak kwarantanna, to kwarantanna, sentencjonalnie skomentowała moją sugestię nie uczęszczania w chwili obecnej do kościoła lakonicznym zdaniem Jak będę miała umrzeć, to umrę bez napomknięcia o każącej ręce Wszechmogącego! Choć w tym, to chyba ja mogłem mieć udział, bowiem jakiś czas temu powiedziałem spokojnie pani Zosi, że jej teoria o każącej ręce Wszechmogącego bliższa jest starożytnym herezjom niż katolickiej ortodoksji i muszę przyznać, że zrobiło to na niej wrażenie. Nie to, żeby była specjalistką od starożytnych herezji. Samo to, że mogłaby się otrzeć o jakąkolwiek, lekko nią wstrząsnęło. Mam wrażenie, że również owa ortodoksja trochę się pani Zosi ostatnio rozjechała, bo na moje (naiwne, jak się natychmiast okazało) powołanie się na zalecenia episkopatu na czas epidemii, pani Zosia niewzruszona odpowiedziała, że episkopat może się mylić, dlatego jeszcze w ubiegłą niedzielę kościół nabożnie nawiedziła. Episkopat w sprawach doktryny katolickiej może być omylny, ale jej najstarsza córka z pewnością nie jest – jej zalecenie domowej kwarantanny zostało przez panią Zosię przyjęte bez najmniejszego sprzeciwu i wdrożone tak skrupulatnie, że nawet na ganek nie wychodzi…
Zrobiło się poważnie. Na tyle, że pani Zosia, z którą kontakt mamy tylko telefoniczny, bo jak kwarantanna, to kwarantanna, sentencjonalnie skomentowała moją sugestię nie uczęszczania w chwili obecnej do kościoła lakonicznym zdaniem Jak będę miała umrzeć, to umrę bez napomknięcia o każącej ręce Wszechmogącego! Choć w tym, to chyba ja mogłem mieć udział, bowiem jakiś czas temu powiedziałem spokojnie pani Zosi, że jej teoria o każącej ręce Wszechmogącego bliższa jest starożytnym herezjom niż katolickiej ortodoksji i muszę przyznać, że zrobiło to na niej wrażenie. Nie to, żeby była specjalistką od starożytnych herezji. Samo to, że mogłaby się otrzeć o jakąkolwiek, lekko nią wstrząsnęło. Mam wrażenie, że również owa ortodoksja trochę się pani Zosi ostatnio rozjechała, bo na moje (naiwne, jak się natychmiast okazało) powołanie się na zalecenia episkopatu na czas epidemii, pani Zosia niewzruszona odpowiedziała, że episkopat może się mylić, dlatego jeszcze w ubiegłą niedzielę kościół nabożnie nawiedziła. Episkopat w sprawach doktryny katolickiej może być omylny, ale jej najstarsza córka z pewnością nie jest – jej zalecenie domowej kwarantanny zostało przez panią Zosię przyjęte bez najmniejszego sprzeciwu i wdrożone tak skrupulatnie, że nawet na ganek nie wychodzi…
16 lutego
Pomroczność jasna Lichockiej.
W czwartek Sejm głosował nad ustawą dotyczącą dodatkowych pieniędzy dla publicznej telewizji. Opozycja chciała te 2 mld zł przeznaczyć na dofinansowanie onkologii, więc nikt nie wstrzymał się od głosu. Jak było do przewidzenia telewizja te pieniądze dostanie, więc naród dalej będzie mógł radować się propagandą oraz najwyższej klasy kulturą. Posłanka PiS Joanna Lichocka po wygranym głosowaniu pokazała opozycji środkowy palec, zapisując się na zawsze w historii polskiego parlamentaryzmu, choć najpewniej nie tak, jakby chciała. Moja nieżyjąca już od lat ciotka, osoba wielkiej prawości, widząc takie publiczne kompromitacje zwykła mawiać: „Jak kogoś Pan Bóg chce pokarać, to mu rozum odbiera”. Tak, jak pani posłance. Mam wrażenie, że doceniając jej arogancję i pychę uczynił ją w tej utracie rozumu chroniczną, bowiem zamiast przeprosić za swoje zachowanie, brnie ona w żenujące tłumaczenia, jeszcze bardziej się pogrążając...
Prezes Kaczyński swoim "Won!" uchylił drzwi, pani Lichocka fakulcem zaś przetarła część szlaku ku dnu. Co będzie dalej? Plucie, wyzwiska i rękoczyny?