01 kwietnia

O psim szczęściu i Heli

„Cham chamem, na wieki wieków amen” – jak mawia pani Zosia i ma absolutną, bezdyskusyjną rację! Wczoraj po raz kolejny przekonałem się o prawdziwości tych słów. Jak również o tym, że Eduardo ma bardzo poważną konkurencję. Zmaterializowało mi się albowiem ponownie chamstwo w czystej postaci, tym razem jednak, dla odmiany, żeńskiej...
Przyjechałem do pracy jak co dzień, a że miałem dużo czasu, usiadłem na sofie naprzeciwko wind, żeby zadzwonić do Mamy. Nie zdążyłem, bo przeszkodziła mi w tym kaskada wydarzeń. Wszedł nadszef z moją koleżanką, przywitał się, wymieniliśmy kilka kurtuazyjnych zdań. Kiedy konwenansom stało się zadość, nadszef wsiadł do windy, koleżanka razem z nim i pojechali. Po ich przejściu pozostał jednakże wyraźny ślad, ponieważ któreś z nich wlazło w psie szczęście i niosąc je pod butem, znaczyło nim każdy swój krok. Złapałem za telefon i zadzwoniłem do koleżanki – odebrała jeszcze w windzie. Podzieliłem się z nią tą sensacyjną wiadomością, sugerując przy tym, żeby przyjrzała się swoim butom. Albo butom nadszefa. Okazało się, że to ona miała to szczęście. Pod butem. Zadzwoniłem również do sekretarki nadszefa z prośbą o przysłanie siły fachowej, w celu profesjonalnego usunięcia z podłogi owej wątpliwej dekoracji. Wróciłem na sofę i miałem wreszcie zadzwonić do Mamy, ale znowu nie zdążyłem, bo… Winda zjechała, drzwi się rozsunęły… A ze środka wystrzeliła Hela jak rozwścieczona strzyga i… Odegrała czwarty akt „Toski”! Zrobiła taką scenę, że gdyby ją sfilmować, mielibyśmy kolejne Oskary, tym razem za film krótkometrażowy, scenariusz, dźwięk  oraz, co oczywiste, za pierwszoplanową rolę kobiecą! Hela, najwidoczniej rozwścieczona rozczarowaniem, że to nie płatki róż z podłogi sprzątać będzie, wzniosła ręce do nieba i dała upust swej wściekłości, wydzierając się, że ona „G… sprzątać nie będzie!”. Dramatyczna poza Heli z wzniesionymi w górę rękoma świadczyła o tym, że ów okrzyk to dopiero początek theatrum. Ze względu na ewentualnych klientów, którzy mogli się lada chwila pojawić, musiałem zareagować i przerwać ten efektownie zapowiadający się monodram:
- Pani Heleno, przecież coś takiego może się zdarzyć. Nikt tego specjalnie nie zrobił.
W tym miejscu muszę złożyć samokrytykę i przyznać, że popełniłem błąd - nie powinienem był być dla Heli miły, ponieważ uznała to za zachętę do spoufalenia się i wczoraj doświadczyłem tego skutków. Osoby jej pokroju, miłych ludzi postrzegają jako słabych i za takiego Hela mnie uznała. W odpowiedzi bowiem na moje słowa bluzgnęła taką wiąchą, że uszy mi zwiędły. Owym bluzgiem opisała światu osobę, która, żeby zrobić jej na złość – co do tego Hela nie miała żadnych wątpliwości - przyozdobiła podłogę tak efektownie! Nawet gdybym chciał, nie potrafiłbym powtórzyć po niej tej charakterystyki, bo niektórych użytych przez nią epitetów nie słyszałem nigdy wcześniej. Wyrzuciła je z siebie z szybkością karabinu maszynowego. Powiem tylko, że były to girlandy słownych obrzydliwości, którymi przekroczyła wszelkie możliwe granice i… obudziła drzemiącą we mnie zimną sukę.
- Zapomina się pani! Ja nie jestem pani kolegą! – powiedziałem lodowatym, nieznającym sprzeciwu głosem, kiedy Hela zapowietrzona zrobiła pauzę na wdech. Tak ją tym zaskoczyłem, że zamarła z otwartymi ustami. Po raz drugi w życiu ujrzałem, jak komuś, literalnie, szczęka opadła.
- Jest pani zatrudniona w firmie jako sprzątaczka! SPRZĄTACZKA – powiedziałem to drukowanymi literami - a nie rzecznik prasowy ani dyrektorka!
Hela szybko zaczęła się z zaskoczenia otrząsać, a wyraz jej twarzy wskazywał, że jeszcze wiele ma do powiedzenia. Nabrała powietrza z zamiarem kontynuowania swojej barwnej wypowiedzi, ale zdusiłem ten zamiar w zarodku:
- Proszę mi nie przerywać! Nie jest tu pani zatrudniona na stanowisku firmowej maskotki ani królewny, tylko SPRZĄTACZKI i sprzątanie należy do pani służbowych obowiązków! Nie reprezentacja, nie nadzorowanie koleżanek, nie zarządzanie zasobem ludzkim, ale SPRZĄTANIE! Proszę mi się tu nie wydzierać i nie rzucać mięchem, bo jest pani w pracy, a nie w jakiejś melinie!
Jak na zaprawioną w pyskówkowych bojach twardzielkę przystało, Hela nie zamierzała się łatwo poddać i znowu spróbowała wciąć mi się w wypowiedź, ale zdusiłem ponownie:
- Proszę swoje uwagi zachować dla siebie i zrobić to, o co proszę! Proszę zmyć te ślady, bo lada moment pojawią się klienci i jak to będzie wyglądało?! To jest polecenie służbowe!
Jest coś magicznego w słowach „To jest polecenie służbowe!”, bo wypowiedziane w odpowiedni sposób zawsze działają. Jak się okazało, na Helę również to zaklęcie działało. Doskonale wiedziała, że choć nie jestem jej przełożonym, to takie polecenie służbowe mogę jej wydać, więc zamknęła twarz i zmyła podłogę. Po czym ruszyła w stronę windy.
- W windzie podłogę też proszę umyć! – dogoniły ją moje słowa.
Nie odezwała się ani słowem, nie ośmieliła się. Łypnęła tylko na mnie złym okiem, załadowała się do windy i pojechała w górę. W trakcie tej podróży zmyła podłogę w windzie, bo jak kilka minut później do niej wsiadłem, podłoga była jeszcze mokra.
„Co to jest za zgaga! – myślałem jadąc w górę - Po co ona windą jeździ, skoro mogłaby dosiąść mopa i polecieć.”.
Hela, jak się później okazało, wyraziła swoje spostrzeżenia na mój temat do jednej z moich współpracownic. Jak łatwo się domyślić, nie były pochlebne. W ten oto sposób nasze pączkujące i jakże obiecujące kumpelstwo szlag trafił. Czy żałuję? Ani trochę. Całe to wczorajsze zajście skłania mnie do refleksji, że tak jak niektórzy celebryci są ambasadorami jakichś marek, tak Hela wraz z Eduardo są ambasadorami marki cham, całym niezmierzonym bogactwem swoich rozbuchanych osobowości tę markę ilustrując. I nie ma w tej refleksji nic dla nich obraźliwego, bowiem chamstwo to ich naturalny i ulubiony żywioł. 

21 marca

Zaćmienie

Wczoraj było częściowe zaćmienie słońca. Skuszony rzadkością zjawiska, wspiąłem się windą na taras zajmujący część ostatniego piętra firmowego budynku, żeby za pomocą kawałka kliszy RTG (doskonale się do tego nadaje) rzucić okiem w zaćmione słońce i… otarłem się o Helę. Znaczy otarłem się o nią wyłącznie w sensie metafizycznym, a raczej o jej bogatą, wyrazistą osobowość. No bo też każde inne, nie metafizyczne... Dość, bo ogarnia mnie groza! Do rzeczy zatem. Hela nadzorowała swoją nową koleżankę, która myła szklane drzwi prowadzące na taras, odpowiedziała na moje powitanie i od razu też wyraziła swoją miażdżącą krytykę na temat skandalicznie złej organizacji pracy w firmie. W związku z tym, że ruszyła akcja mycia firmowych okien i szklanych drzwi, których jest obfitość, Hela liczyła, że na tę okoliczność siły obu zespołów sprzątających zostaną połączone, pod jej wodzą oczywiście. Ku oburzeniu Heli, tak się jednak nie stało. Hela, jak mniemam, zatroskana jest o to, jak koleżanki z zespołu sprzątającego nr 2 sobie bez niej radzą i czy wywiązują się ze swoich służbowych obowiązków w stopniu zadowalającym. Helę oczywiście. Bo w tej kwestii Hela wcale nie ukrywa swojego sceptycyzmu. Wszak powszechnie wiadomo, co dzieje się ze statkiem pozbawionym za jednym zamachem kapitana i sternika! W czasie krytycznego monologu Heli, jej nowa koleżanka jechała ze ścierą zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Pomyślałem sobie, że nowa i na pewno chce się pokazać, że pracowita. No i Hela też pewnie już jej pokazała „jak się tańcuje” i kto tu rządzi. W wyobraźni ujrzałem Helę jako poganiaczkę niewolników z pejczem w ręku, w obcisłym, czarnym, nabitym ćwiekami skórzanym kombinezonie... Brrr!!! Aż mnie ciarki przeszły! Przegoniłem tę ścinającą krew w żyłach wizję. A kysz!!! Popatrzyłem sobie na zaćmienie przez kliszę RTG, co Hela obserwowała, mamrocząc coś sobie pod nosem. Podejrzewałem, że memlała* w ustach jakiś komentarz, zapewne sarkastycznie dyscyplinujący. Powstrzymała się jednak dzielnie od zwerbalizowania go. Heroiczność tego czynu uznałem za niewątpliwy przejaw jej pozytywnego stosunku do mnie i, co również bardzo prawdopodobne, dobrego humoru. Zapytałem Helę, czy może też chciałaby sobie luknąć przez kliszę na zaćmione słonko. Owszem, zechciała rzucić okiem, a oddając mi kliszę rzekła lekko nagannym tonem:
- Bierz pan to, bo ja nie mam czasu na takie pierdoły. Robota czeka.
Z trudem powstrzymałem parsknięcie. Hela jest zdecydowaną zwolenniczką szorstkiego kumpelstwa. Obejrzałem wczoraj zaćmienie słońca w doborowym towarzystwie. Pomyślałem sobie, że gdyby wszystkie inżynierki-konserwatorki powierzchni użytkowych były jak Hela, to straszno byłoby do roboty przychodzić, bo latałyby na tych swoich mietłach*, jak jakieś wilcze stada, rozdając razy ścierami na prawo i lewo**. A to wszystko z troski o losy firmy i maksymalne wykorzystanie pracowniczych zdolności przerobowych.
_______________________________________________
* forma zamierzona, używana u mnie w górach
** werbalnie i metaforycznie

20 marca

Song to the moon

Song to the moon

O miesiącu na wysokim, ciemnym niebie
Twoje światło widzi dalekie miejsca
Podróżując po szerokim świecie
Zaglądasz do ludzkich domostw

Miesiącu zatrzymaj się na chwilkę
I powiedz mi, ach, powiedz mi
gdzie jest mój ukochany

Powiedz mu, proszę, srebrzysty księżycu,
że wyciągam do niego ramiona
z nadzieją, że przypomni sobie o mnie
Oświetl go gdziekolwiek jest
I powiedz mu, ach, powiedz mu
kto tu na niego czeka

Jeśli śni o mnie
Niech to wspomnienie go obudzi 
Miesiącu, nie znikaj! Nie znikaj!

Antonín Dvořák aria Rusałki z opery "Rusałka", Renee Fleming - sopran

17 marca

Reformy

Reformy
Koleżanka dziś przysłała mi to cudo z komentarzem, że być może już całkiem niedługo takie będą zadania maturalne. Popłakałem się ze śmiechu. 


14 marca

O "Idzie"

Obejrzałem dziś „Idę”. Moje odczucia są ambiwalentne. Bardzo podobała mi się narracja, taki rodzaj medytacji, zamyślenia, przepięknie sfilmowanego. Zachwyciła mnie Agata Kulesza swoją kreacją Wandy Gruz. Stworzyła kapitalne psychologiczne studium kobiety wewnętrznie roztrzaskanej, zagubionej, samotnej, zgorzkniałej, cynicznej i głęboko nieszczęśliwej. Pawlikowski w warstwie wizualnej stworzył film subtelny, wyrafinowany, delikatny i zachwycający, w warstwie zaś fabularnej neutralny - nie stawia żadnych pytań, nie udziela żadnych odpowiedzi, niczego nie otwiera i niczego nie zamyka. Ta neutralność w moim odczuciu jest tego filmu słabością, bo sprawia, że film bardzo traci na ekspresji. Stwarza też zbyt dużą przestrzeń do domniemań, co w kontekście zaczepienia fabuły w konkretnym, bardzo bolesnym tle historycznym, jest, moim zdaniem, dość niefortunne. Odniosłem wrażenie, że fabuła jest tylko pretekstem dla kontemplowania obrazu, który przypomina pokaz slajdów fotografii artystycznej. Slajd przechodzi w slajd, kadr w kadr, ujęcie w ujęcie, nieśpiesznie, łagodnie. To wszystko ma zachwycać i zachwyca grą światła i cieni. Dużo gorzej jest z warstwą dźwiękową, bo dialogi chwilami znikają w zbyt mocno podbitym tle i to jest irytujące. Reasumując: „Ida” to zachwycający w warstwie wizualnej obraz. Tylko i aż tyle. W porównaniu jednak z wcześniejszymi nominowanymi do Oscara polskimi filmami („Ziemia obiecana”, "Noce i dnie", "Panny z Wilka", "Człowiek z żelaza") nawet ten wizualny walor „Idy” nie jest już taki oczywisty, fabuła zaś wręcz anemiczna. W takiej konfrontacji „Ida” jest… szara.

13 marca

O firmowym CIA i nowym powołaniu Heli

Jak dobrze, że zaczął się weekend! Te ostatnie leniwe dni w pracy zmęczyły mnie bardziej, niż - pardon my French – ubiegłotygodniowy zapieprz. Wymyślałem sobie dzisiaj zajęcia, żeby jakoś spożytkować czas. Chyba zacznę myśleć, że jestem inwigilowany w pracy przez firmowe CIA. Wczoraj monitorowała mnie Kaśka-intrygantka, a dziś dla odmiany Aśka-straszny-babol. Zasiadła i prawie w ogóle się nie przemieszczała, jakby przykleiła się do krzesła. Po incydencie sprzed kilku miesięcy postanowiłem zmienić mój stosunek do Aśki-strasznego-babola i staram się być dla niej miły. Nie dlatego, że zapałałem do niej nagłą sympatią, nie. Po prostu uznałem, że dużym chłopcem jestem i nie powinienem obnosić się z moją do niej antypatią. Aśka-straszny-babol poczuła się tą zmianą skonfundowana, bo nie wie, co o tym myśleć. Widzę, jak zastanawia się, z jakiego powodu jestem dla niej miły i czego będę od niej chciał. Bo to dla niej oczywiste, że czegoś chciał będę, skoro jestem miły. Ona tak funkcjonuje, więc w takich kategoriach to postrzega. Nie powiem, bawi mnie to jej skonfundowanie. To nie jedyna zmiana... Od kilku dni nie widziałem Heli – straciła się gdzieś, znikła. Już nawet zacząłem myśleć, że to z mojego powodu omija ścieżki, na których mogłaby mnie spotkać, ale okazało się, że jest znacznie gorzej. Otóż doskonała harmonia zgranej drużyny trzech sprzątaczek została zdewastowana zatrudnieniem czwartej. Drużyna została podzielona na dwa zespoły sprzątające. Hela została powołana na naturalną szefową nowej koleżanki, którą, jak mniemam, z prawdziwą radością szkoli, nadzoruje i gna do upadłego. Zespół sprzątający nr 1 (to chyba oczywiste - nr 2 oznaczałby degradację, a tego Hela by nie zmogła!) otrzymał rewir, w którym rzadko bywam (inny dział), dlatego, ku mojej rozpaczy, Helę widywać będę rzadko. To straszne, ale będę musiał jakoś z tym żyć:-) Dwie dotychczasowe naturalne podwładne Heli, stanowiące zespół sprzątający nr 2, poinformowały mnie o tych rewolucyjnych zmianach. Sprawiały wrażenie z tych zmian zadowolonych. Wręcz uradowanych! Zupełnie nie rozumiem dlaczego...

12 marca

Letargicznie

W pracy marazm i nuda. Letarg. Wymyślałem sobie jakąś robotę, żeby przyśpieszyć nieco czas, który w tym letargu sączył się w tempie porażająco powolnym. Minuta podążała za minutą tak leniwie ociągając się, że każda wydawała się godziną. Masakra. Roboty dużo - źle. Nieróbstwo - też źle. Taka już natura człowiecza. No nie dogodzi. Niestety, ze względu na czujne oko Kaśki-intrygantki nie mogłem pisać nowego posta na bloga, bądź surfować sobie swobodnie po necie, bo wredota oczy ma sokole. Na dodatek chyba każde może poruszać się niezależnie, jak u kameleona. Jednym okiem spogląda w swój monitor, a drugim lupuje wszystko wokół. Jakoś heroicznie trwałem udając, że pracuję, choć do zrobienia niczego, tak naprawdę, nie miałem. Naprzeciwko mnie, równie jak ja heroicznie, trwał kolega, o którym już kiedyś pisałem – Kamil, mistrz fochów. W przeciwieństwie jednak do mnie, Kamil ostentacyjnie demonstrował swoje znudzenie. Wiercił się, kręcił, łaził, przeciągał, ziewał. Jak mały chłopiec.
- Kiedy tak patrzę na Ciebie Kamil, jak się przeciągasz, myślę sobie, że w godzinach pracy powinien być przewidziany czas na leżakowanie – powiedziałem śmiejąc się.
- No. Dobrze by było.
Około południa nuda stała się męcząca na tyle, że dostałem lekkiej głupawki i nie zważając na sokole oko i gumowe ucho Kaśki-intrygantki, uciąłem sobie z Kamilem lekką pogawędkę o pierdołach, którą zakończyłem słowami:
- Kamil, kurczę, jest tak nudno, że pochlastać się można. Czuję normalnie, jak mi się kolagen w twarzy wytrąca!
- No, za chwilę nadgarstki sobie przegryzę. Kuuuuuurnaaaaaaaa, jaka nuuuudaaaaa!!!!!!!!!! – jęczał Kamil, udając, że wali głową w biurko.
- Ty wiesz co? Chodź, zróbmy coś głupiego.
Oczy mu się zaświeciły.
- Co?
- Nie wiem. Wymyślmy coś. Albo lepiej: Ty wymyśl i zrób, a ja się będę śmiał.
- Ta. Mam być twoim trefnisiem?
- Nie, no skąd! No coś ty! Chociaż, w zasadzie, czemu nie? Skoro nalegasz…
- A idź mi! – powiedział Kamil śmiejąc się.
Kaśka-intrygantka nie słyszała, mimo grożącego obrażeniami naciągania uszu, więc zapytała:
- Co? Z czego się śmiejecie?
- Z kawału – odpowiedział na to Kamil, który nie lubi Kaśki.
- Dawaj. Też chętnie się pośmieję.
- Blondynka zwierza się blondynce: wiesz, kupiłam deskę do krojenia, ale okazała się zepsuta, bo nie kroi!
Kaśka-intrygantka, nawiasem mówiąc tleniona platynowa blondyna, a do tego domorosła sufrażystka-feminiżystka (jakby powiedziała Młoda lekarka na rubieży) nie jest fanką kawałów o blondynkach. Może odbiera je osobiście? Skrzywiła tylko usta w coś, co w zamierzeniu nie miało być uśmiechem, zebrała się i poszła na ploty do psiapsiół. Co Kamil skomentował:
- Ty widziałeś, jak ucho naciągała? Co to za babol jest wścibski. Straszny! Tylko szpiegować i szukać sensacji! Powinna się nauczyć czytać z ruchu warg, żeby niczego nie uronić! Dobrze, że wreszcie polazła, bo można się będzie czymś zająć, żeby czas jakoś minął.
Tak też zrobiliśmy, czego dowodem jest ten post.

07 marca

Maraton filmowy

Zafundowałem sobie dzisiaj maraton filmowy dla odprężenia. Kiedyś, dawno temu, byłem kinomaniakiem bywającym w kinie trzy razy w tygodniu. Moja kumpela pracowała na bramce w kinie i miałem dzięki temu bilety pracownicze, dużo tańsze od normalnych, więc mogłem szaleć:-) Po pojawieniu się mody na przekąszanie w trakcie seansu przeniosłem kino do domu, bo strasznie wkurzało mnie to szeleszczenie, ciumkanie, mlaskanie i siorbanie. Do dzisiaj mnie wkurza i dlatego muszę mieć naprawdę dobrą motywację, żeby kino odwiedzić. Szarooki podzielał mój brak entuzjazmu dla kinowej mody na przekąszanie, więc w kinie bywaliśmy stosunkowo rzadko, preferując domowe seanse. Odświeżyłem sobie po latach kilka fantastycznych filmów, wśród nich numery 1 Szarookiego i mój, obejrzałem też jeden całkiem świeży, bo z ostatnich tygodni.

"Angielski pacjent" (tyt. oryg. The English Patient) film z roku 1996. Numer 1 Szarookiego. Uwiodła Go w tym obrazie historia wielkiej miłości. Ja miałem z tym filmem problem, bo jak pierwszy raz go oglądałem, miałem wrażenie pewnych dłużyzn, które zakłócały mi narrację i to mi trochę przeszkadzało. Po obejrzeniu zrecenzowałem ten film myślą: „I ten film został obsypany Oskarami? Za co?”. Po kilku latach dość sceptycznie podszedłem do propozycji Szarookiego, żeby sobie ten film razem obejrzeć. Zapowiedział go jako swój numer 1, czym również trochę się zdziwiłem, pamiętając moje mocno średnie wrażenia. Jednak, żeby nie robić Mu przykrości, pomysł na seans z "Angielskim pacjentem" chętnie podjąłem i obejrzeliśmy. Nie wiem, czy to obecność Szarookiego, czy moje zaangażowanie w film (pewnie jedno i drugie) sprawiły, że odkryłem ten obraz na nowo. To nie jest film relaksacyjny do obejrzenia sobie ot tak bez zaangażowania. Żeby docenić jego walory trzeba pozwolić się uwieść nieśpiesznej narracji, a do tego trzeba skupienia. Zdjęcia zapierające dech w piersiach, no i absolutnie przepiękny Ralph Finnes. I Juliette Binoche, którą bardzo lubię. Choć ten film nie jest moim numerem 1, nawet do mojej pierwszej dziesiątki się nie załapuje, to jednak mam do niego stosunek szczególny.  

"Dom dusz" (tyt. oryg. The House of the Spirits), film z 1993 roku. Mój absolutny, niekwestionowany numer 1. Dlaczego? Z każdego możliwego powodu. Wymienię tylko te dla mnie najważniejsze: genialne kreacje aktorskie Maryl Streep, Glenn Close, Wynony Ryder, Jeremiego Ironsa, Vanessy Redgrave, świetny scenariusz i reżyseria Bille Augusta, genialne zdjęcia Jörgena Perssona. Zachłysnąłem się tym filmem, kiedy obejrzałem go po raz pierwszy i tak mi już zostało. Film trudny - poetycki, ale też chwilami cyniczny i brutalny. Genialny. 

"Gosford Park" Roberta Altmana z 2001 roku z genialnymi kreacjami Maggie Smith, Helen Mirren oraz Michaela Gambona. Fascynujący film, w którym najważniejsze dzieje się na drugim i trzecim nawet planie. Film trudny, wymagający koncentracji, bardzo altmanowski, niejednoznaczny, chwilami cyniczny, wielowarstwowy, wielowątkowy, misternie utkany. Genialny. Mój numer 2, który zawsze oglądam oczarowany.

"Jasminum" Jana Jakuba Kolskiego z 2006 r. Piękny, poetycki, klimatyczny, ciepły, „pachnący” film. Świetnie poprawiający nastrój swoim optymizmem, piękną scenografią, pięknymi zdjęciami i wspaniałą kreacją Janusza Gajosa. 

"Senność" Magdaleny Piekorz z 2008 roku. To film, z którym mam problem. Bardzo dobry, świetny nawet. Jednak dla mnie bardzo osobisty. Bo o letargu egzystencjonalnym. Czyli czymś, co nie jest mi obce. Film trójwątkowy, gdzie każdy wątek jest przedstawiony w innej stylistyce. Chwilami nieco szablonowo, ale to nie przeszkadza. Niezła Małgorzata Kożuchowska, nadekspresyjny Michał Żebrowski (ma cudowny głos), mdły Krzysztof Zawadzki, ciekawy Rafał Maćkowiak i znakomita Dorota Pomykała. 

"Pięćdziesiąt twarzy Greya" (tyt. oryg. Fifty Shades of Grey) z 2015 roku. Tak, tak, wiem. Pisałem, że nie zamierzam obejrzeć, a jednak obejrzałem (w necie), bo chciałem zrozumieć, o co chodzi z tym szumem wokół tego filmu i wyrobić sobie swoje własne o nim zdanie. Będzie ono krótkie: kto nie oglądał, niech sobie odpuści, bo nie ma w tym filmie niczego, na co warto byłoby poświęcić dwie godziny życia. Nawet dekoracyjność Jamiego Dornana i jego fajny zadziec, ani to, że porusza się (chodzi) podobnie jak Szarooki, nie rekompensują fabuły zmierzającej donikąd, braku dynamiki, wygłaszanych frazesów, banału i słabego aktorstwa. Tzw. "babskie" kino kojarzyło mi sie dotąd z jędrnymi, soczystymi, świetnymi obrazami, takimi, jak "Pożegnanie z Afryką", "Diabeł ubiera się u Prady", "Czekolada",  "Co się wydarzyło w Madison County" - że wymienię te, które pierwsze przyszły mi na myśl - a "Pięćdziesiąt twarzy Greya" to tandentny mózgotrzep. I tyle.

Update 08.03.2015 godz. 11.26

Przy okazji polskiej premiery w mediach trochę zaszumiało o jakoby bardzo odważnych scenach erotycznych. Rzeczywiście są dość odważne, ale przy tym takie tandetnie banalne. Nie pomógł goły super-tyłek Dornana, ani wyskubane łono Dakoty Johnson. Na koniec taka osobista refleksja: dobrze, że to wybitne dzieło obejrzałem w domu a nie w kinie, bo w oszołomieniu, jakiego po obejrzeniu doznałem, nie wiem, czy potrafiłbym do domu trafić:-)

06 marca

Łaska Heli na pstrym koniu jeździ

To był bardzo ciężki tydzień w pracy i cieszę się bardzo, że się skończył. Dobrze, że już weekend. Muszę się przyznać, że dałem dziś trochę ciała w pracy. Kolega mnie zagotował i wyprowadził z równowagi. Ściąłem się z nim o pierdołę, zupełnie niepotrzebnie. To chyba ze zmęczenia. Wszyscy byli zresztą dzisiaj jacyś tacy zmierzli, nerwowi. Helena również. Chyba bardziej niż zwykle, bo nie odpowiedziała na moje "Dzień dobry" i w ogóle mnie zignorowała. Łaska Heli na pstrym koniu jeździ. Może oczekiwała indywidualnego powitania? A może doszła do wniosku, że nie powinna mnie sobie spoufalać? Jakiekolwiek są tej niełaski powody - przeżyję:) 

04 marca

O obłaskawieniu c.d.

Pisałem całkiem niedawno o obłaskawieniu "Zmierzłej Heli". Pod takim pseudonimem bowiem pani Helena funkcjonuje w firmie, nie będąc tego świadomą. Wczoraj miało miejsce zabawne zdarzenie. Jak niemal każdego ranka, Helena z koleżanką myły podłogę w głównym holu. Żeby być precyzyjnym muszę dodać, że Helena bardziej dotrzymywała koleżance towarzystwa niż zmywała podłogę (ewentualnie nadzorowała gadając), bo to koleżanka jechała ze szmatą energicznie, a Helena tak sobie tę podłogę powolutku szmatą myziała, jakby od niechcenia. A że ze swoim ulubionym miejscem przy windzie rozprawiła się wcześniej, panie wykonywały czynności służbowe operując w pewnym od windy oddaleniu. Tak się złożyło, że do pracy wszedłem razem z trójką koleżeństwa. Byliśmy zagadani, więc zanim zdążyłem powiedzieć "Dzień dobry", Helena pomachała mi łapką i powiedziała donośnym głosem: "Witam panie Adamie. Dzień dobry". Dodała do tego jeszcze bonus, niezmiernie u niej rzadki, a mianowicie posłała mi promienny uśmiech. Ja również z uśmiechem powiedziałem: "Dzień dobry. Panie jak zawsze na posterunku. Miłego dnia życzę". "Miłego dnia panie Adamie" równie donośnie jak poprzednio odpowiedziała Helena i pomachała do mnie łapką po raz drugi. Wszedłem do windy wraz z towarzystwem. Trzeba było widzieć ich miny! Jeden z kolegów zapytał: "Coś ty Zmierzłej Heli zrobił, że taka dla ciebie miła?". Uśmiechnąłem się tylko i odpowiedziałem: "Na pewno nie to co ty, zważywszy, jak bardzo cię nie lubi". Helena nie cierpi tego kolegi i jak ma tylko okazję wyrazić swoją krytyczną opinię o jego kulturze i intelekcie, z prawdziwą radością to robi. Dlaczego? Helena, jak każdy człowiek, jakieś swoje ambicje ma i potrzebę bycia zauważoną. Potrzebę naturalną i oczywistą. A kolega nie mówi "dzień dobry" mijając ją. Błąd. Że o ewidentnych brakach w kulturze nawet nie wspomnę. Bo Helena mu się za to rewanżuje, jeśli ma tylko okazję. A z nią żartów nie ma. Wdanie się z nią w pyskówkę jest jak zderzenie z rozjuszonym bizonem. Pyskata jest, w pyskowaniu doświadczona, do tego prosty klim ma, a więc nie waha się wspomóc argumentacji grubym słowem. Ktoś tam kiedyś próbował, ale Helena rozszarpała jak papierową kukiełkę. Więcej prób nie było, bo nie wchodzi się w "dyskusję" z kimś, kto na ukłucie szpilką odpowiada uderzeniem topora. 

21 lutego

O obłaskawieniu

Obłaskawiłem wczoraj Helę. Przypadkiem. Hela jest konserwatorką powierzchni płaskich w mojej firmie*. Jest wysoka, chuda i z wyglądu przypomina strzygę w okularach. Z charakteru zresztą też, bo znana jest z tego, że zawsze jest zmierzła, zgryźliwa i goni tych, którzy ośmielą się przeszkadzać jej w robocie, na przykład depcząc świeżo umytą przez nią podłogę. Marny jest los delikwenta, który targnie się swoimi stopami na efekt jej ciężkiej pracy. Wiele o Heli można powiedzieć dobrego, ale na pewno nie to, że Hela promienna jest i przyjazna otoczeniu. Tego, że ma klasę też powiedzieć o niej się nie da, ponieważ Hela prosty klim ma, a więc grubym słowem rzucić lubi i język złośliwy ma. Poważa tylko prezesów, dyrektorów i swoją bezpośrednią przełożoną, przed którymi płaszczy się, podlizuje i czołem bije. Całą zaś resztę światka firmowego nie będącą prezesami, dyrektorami i jej bezpośrednią przełożoną, traktuje z bezceremonialną surowością, bo Hela poczucie misji ma i świadomość, że jest niezastąpiona, bo gdyby nie jej harówa, drobne wszy by nas wszystkich zżarły i syf z malarią zadusiły! Zupełnie marginalnie wspomnę tylko, że Hela czuje się naturalną szefową swoich dwóch koleżanek sprzątaczek (obie bardzo sympatyczne), których pracą lubi zarządzać. Generalnie Hela, jako samozwańcza szefowa, robotą stara się nie przemęczać i nader często zdarza się, że koleżanki Heli sprzątają, a Hela je nadzoruje wydając dyspozycje i gadając. Uwielbiają ją za to! Wczoraj Hela, głównie za pomocą operującej mopem koleżanki, zmywała podłogę na korytarzu. Na swoje zaś działania porządkowe wybrała powierzchniowo najmniejszą, ale za to najruchliwszą część korytarza pomiędzy wejściem służbowym a windami i klatką schodową. Hela zabrała się za mycie podłogi w tym przejściu w godzinie szczytu, czyli rano, kiedy wszyscy śpieszyli się do pracy i MUSIELI tamtędy przejść, bo innej drogi nie ma. Tak się złożyło, że usiadłem na chwilę na sofie naprzeciwko wind, żeby zawiązać sznurówkę buta, kiedy Hela wraz z koleżanką wyjechały z windy ze szmatami i zaczął się cyrk. Zostałem na tej sofie, żeby się nacieszyć tym, jak Hela moje przechodzące korytarzem koleżeństwo wychowuje. A, że ma kobieta styl i do tego przebojowa jest, każdego człeka, który ośmielił się pojawić na korytarzu, raczyła upomnieniem wygłaszanym podniesionym, poirytowanym głosem, przeplatając owe upomnienia refleksjami na temat kultury osobistej, inteligencji, szacunku dla czyjejś roboty i okraszając to wszystko wzdychaniem: „Co za ludzie!”.
- Pani Heleno, po co tak się denerwować? Przecież ludzie śpieszą się do pracy i muszą przejść. Nie ma innej drogi. Czekać też nie mogą aż podłoga wyschnie, bo spóźniliby się do pracy – wyrwało mi się nieopatrznie.
"No to teraz będzie zjebka" – pomyślałem sobie.
Hela łypnęła na mnie podejrzliwym okiem i już miała coś zgryźliwego powiedzieć, ale zmieniła zdanie i uśmiechnąwszy się rzekła:
- To pan zna moje imię? To… Miło mi.
- Tak znam.
Nie powiedziałem Heli, że wszyscy znają jej imię, bo jest kimś w rodzaju firmowej celebrytki, odkąd ludzie, którzy doświadczyli konfrontacji z nią (a było ich wielu) nadali jej miano „Zmierzła Hela”. Nie powiedziałem jej tego nie tylko dlatego, że uznałem, że nasze kumpelstwo jest zbyt świeże, jak na takie osobiste zwierzenia, ale również dlatego, że uświadomienie jej celebryctwa mogłoby przewrócić jej w głowie i jeszcze, nie daj Boże, stałaby się miła, co mogłoby jej zaszkodzić, bo nie przywykła.
- No zobacz pan, co to za kultura! – powiedziała Hela o Kaśce-intrygantce, która idąc do windy zbrukała swoimi szpilkami świeżo maźniętą przez Helę podłogę.
– To jest kultura! Inteligenci! – zmełła to słowo w ustach tak, że zabrzmiało, jak przekleństwo - No tak, pewnie, można brudnymi buciorami przejść po świeżo zmytej podłodze, no bo przecież nikogo nie interesuje to, że ktoś …rwa będzie ją musiał jeszcze raz zmyć!
Kaśka-intrygantka na pewno słyszała tę pochlebną wypowiedź Heli, ale nie zareagowała. Ja też zachowałem pokerową twarz, choć miałem ochotę wytarzać się po świeżo zmytej przez Helę podłodze rycząc ze śmiechu. Kaśka-intrygantka najwyraźniej unikała konfrontacji ze Zmierzłą Helą. Czyżby trafił swój na swego? Na usta cisnęła mi się refleksja, że Hela nie miałaby problemu z wędrującymi korytarzem ludźmi, gdyby zabrała się za sprzątanie korytarza poza godziną szczytu, ale nie chciałem taką nietaktowną (choć trafną) uwagą zniszczyć naszego świeżo pączkującego i bardzo obiecującego kumpelstwa. Hela chyba również doszła do podobnego wniosku (o obiecującym kumpelstwie), bo uznawszy, że trafiła na pokrewną duszę, pociągnęła swoją wypowiedź:
- A pan co? Spać nie może, że tak wcześnie pan przyjechał?
- Muszę wcześniej trochę przyjeżdżać, żeby zaparkować, bo znalezienie miejsca nie jest łatwe.
- Ma się samochód to się wie, ile ta przyjemność kosztuje! Wszystko teraz …rwa takie drogie! – powiedziała Hela sentencjonalnie.
- No właśnie – tylko tyle zdołałem z siebie wydusić w odpowiedzi.
Hela tymczasem dojechała szmatą do sofy, na której siedziałem i zatrzymała się przy moich stopach, patrząc na mnie wymownie. Już miałem się poderwać, ale Hela zatrzymała mnie w miejscu słowami:
- Niech nie wstaje. Nogi tylko niech podniesie.
Podniosłem stopy, Hela przejechała szmatą podłogę i powiedziała:
- Może pan już spuścić nogi.
Tak też zrobiłem. Moje buty spotkały się ze świeżo maźniętą przez Helę podłogą i… Nic się nie stało!  Nie spotkała mnie ze strony Heli żadna wymówka! 
- A czy ja pana nie widziałam w (tu padła nazwa jakiejś knajpy) jakiś miesiąc temu? – podjęła rozmowę Hela.
- A (tu padła nazwa owej knajpy) gdzie się znajduje?
- W (tu padła nazwa ulicy w moim mieście mieszczącej się w areale, od którego, dla własnego bezpieczeństwa, należy się trzymać jak najdalej!).
- Przykro mi pani Heleno, ale nigdy nie byłem w tym, z pewnością bardzo przyjemnym, przybytku.
- Tam zaraz przybytek – żachnęła się lekko Hela - Zwykła piwiarnia.
- To tym bardziej nie byłem, bo w piwiarniach z zasady nie bywam.
Wstałem, bo musiałem pójść do windy.
- Pani Heleno sorry, ale będę musiał przejść do windy.
- Niech pan idzie. Nie ma problemu.
Szok przeżyłem, jak już w windzie odwróciłem się i ujrzałem Helę wycierającą moje ślady i posyłającą mi jednocześnie coś w rodzaju uśmiechu.
- Do widzenia – powiedziałem.
- Do widzenia.
Nikomu nie powiem, że obłaskawiłem Helę, bo gdyby reszta poszła moim śladem, ucierpiałaby firmowa dyscyplina, a ja straciłbym rozrywkę. No bo kto by ich wszystkich rugał?
_________________________________
* sprzątaczka

20 lutego

Jednego serca

Jednego serca
Jednego serca! tak mało, tak mało,
Jednego serca trzeba mi na ziemi!
Co by przy moim miłością zadrżało,
A byłbym cichym pomiędzy cichemi.

Jednych ust trzeba! Skąd bym wieczność całą
Pił napój szczęścia ustami mojemi,
I oczu dwoje, gdzie bym patrzał śmiało,
Widząc się świętym pomiędzy świętemi.

Jednego serca i rąk białych dwoje!
Co by mi oczy zasłoniły moje,
Bym zasnął słodko, marząc o aniele,

Który mnie niesie w objęciach do nieba;
Jednego serca! Tak mało mi trzeba,
A jednak widzę, że żądam za wiele!

Adam Asnyk Sonet (1869)


18 lutego

Hejterska historia - epilog

Myślę, że hejterska historia Kaśka vs Ala znalazła swój epilog. Koleżanka hejterka odczuła dezaprobatę nie tylko z mojej strony, więc dała spokój. Nie jest głupia – ma rozbudowany zestaw surwiwalowy, który każe jej unikać kłopotów, a brnięcie w tę historię oznaczałoby nieuchronną konfrontację z nadszefem, którego się boi. Na mnie się gniewa za ten tekst, że nie doświadczyła kultury osobistej. Trzeba było widzieć tę jej opadającą z zaskoczenia szczękę. Strasznie jest na mnie naburmuszona - wzdęła podgardle i nagdakała na mnie do swoich psiapsiół. Jej zdaniem jestem bezczelnym, wrednym, zadufanym w sobie przydupasem nadszefa i wydaje mi się, że pozjadałem wszystkie rozumy, a tak naprawdę jestem zerem. Jedna z koleżanek mi o tym doniosła. Skomentowałem to tylko jednym krótkim zdaniem: „Prawdę powiedziała”, co tak oszołomiło koleżankę, że odeszła bez słowa. Może liczyła na to, że rzucę się Kaśce do gardła z intencją przegryzienia jej aorty i będzie fajny performance? Niech sobie Kaśka obrabia na zdrowie mój wciąż jeszcze fajny tyłek – taka zaoczna obróbka nie robi na mnie wrażenia. Poznała przedwczoraj drzemiącą we mnie zimną sukę i wie już, że nie zawaham się jej użyć, jeśli będzie to konieczne, dlatego bezpośrednio mnie nie atakuje. Kaśka jest intrygantką, ale muszę uczciwie przyznać, że jest dobrym fachowcem. Aśka-straszny-babol jest jeszcze lepsza. Jest równie dobra jak ja. Jednak tym swoim wrodzonym intryganctwem sama sobie robi czarny PR zarówno u współpracowników jak i u szefostwa. Pracuję w dużej firmie zatrudniającej sporą liczbę osób. Jak w każdej dużej grupie można tu znaleźć osobowości i... osobliwości. Lubię swoją pracę:)

17 lutego

O hejcie i kaśko-aśkowym tandemie

Urlop w górach rozkoszny. Odpocząłem, poleniuchowałem, powłóczyłem się. Bardzo tego potrzebowałem. Moje wielkie miasto przywitało mnie piękną słoneczną pogodą. W pracy sajgon, ale do ogarnięcia. Muszę przyznać, że po tygodniowym lenistwie takie gwałtowne wejście w obowiązki było nieco… hm… męczące. Jednak na horyzoncie tli się nadzieja na długi weekend, bo poniedziałek mam mieć wolny, więc trzymam się dzielnie tej nadziei:)

Poniedziałkowy poranek w pracy powitał mnie burzą. Był hejt i polały się łzy. Nie, nie moje. Niektóre z koleżanek oddają się intrygowaniu z zapałem wartym lepszej sprawy. Celuje w tym Kaśka-intrygantka i jej psiapsióły od plot. Kaśka potrafi być wredna. Tym razem wzięła na cel moją koleżankę Alę, którą lubię. To świetna, życzliwa wszystkim, wrażliwa babka. I dobry fachowiec. A co dla mnie ma szczególne znaczenie, Ala jest jedną z nielicznych osób w pracy, na które mogę liczyć. Dla Kaśki to, że Ala przyznaje się, że jest wierzącą, praktykującą katoliczką, jest problemem. Nazwała ją z tego powodu „ciemną babą”, czym bardzo ją zraniła. Jedna z koleżanek zrelacjonowała mi to, jako wydarzenie ubiegłego tygodnia, jak tylko wczoraj zjawiłem się w pracy. Wczoraj Kaśka w obecności mojej i jeszcze kilku osób ponownie powiedziała coś o ciemnogrodzie, patrząc znacząco na Alę. Oczywiście stanąłem w jej obronie, bo oburza mnie takie zachowanie. Szczególnie, że Ala nie jest osobowością konfrontacyjną i w takich sytuacjach zalewa się łzami, co działa na Kaśkę (jak zresztą na wszystkie indywidua takiego autoramentu) stymulująco i inspirująco. Kaśka ostentacyjnie obnosi się z ateizmem, ale czyjeś przyznawanie się do religii budzi jej głęboki sprzeciw. To bardzo ciekawe: przyznawanie się do ateizmu jest „oświeceniem”, powodem do dumy, natomiast przyznawanie się do religii jest „ciemnotą”, która winna być wstydliwie skrywana! Coś takiego budzi mój sprzeciw, bo dlaczego ktoś, kto obnosi swój światopogląd, mówiąc, że ma do tego prawo, jednocześnie komuś innemu tego prawa odmawia? I to jeszcze w tak chamski sposób! Szacunek dla innych osób i ich światopoglądów jest elementem kultury osobistej, czyli czegoś, o czym Kaśka być może kiedyś przypadkiem słyszała, ale czego nie posiadła i nie doświadczyła! Wkurza mnie wjeżdżanie na światopogląd, żeby komuś dopiec. To niegodne! Szczególnie w kontekście tego, że Ala kilkakrotnie Kaśce pomogła i nie były to drobnostki. Nawet całkiem niedawno, bo jakieś siedem miesięcy temu, Ala wyświadczyła Kaśce wcale nie małą przysługę. Bezinteresownie. Żyję już na tym świecie trochę i wiem, że z tą ludzką wdzięcznością różnie bywa. Ale taki paskudny przejaw niewdzięczności… Wstyd! Ostatnio Kaśka-intrygantka zwąchała się z Aśką-strasznym-babolem. Stanowią tandem doskonały, bo się wzajemnie stymulują. Szkoda, że tylko w hejterstwie. Lubią tak bezinteresownie, dla przyjemności, dokuczyć. Z tego powodu niektóre co wrażliwsze koleżanki się ich zwyczajnie boją. Ja się kaśko-aśkowego tandemu nie boję, bo… z jakiegoś powodu się nie boję i już:)

Kolega od sceny zazdrościprzywitał mnie wczoraj serdecznie, czym nieco mnie zaskoczył, bo spodziewałem się raczej dalszych dąsów. Nie przeprosił za swój wybuch, ale wczoraj i dzisiaj był tak serdeczny i miły, że doceniając to, że poczuł potrzebę naprawienia stosunków i tę potrzebę realizował, postanowiłem przejść z tamtą sprawą do porządku dziennego. Tak naprawdę kolega - poza tymi napadami, kiedy próbuje wydawać mi dyspozycje – jest ok. Choć swoje za uszami ma, to jednak nie jest wredny. 

11 lutego

O celebryctwie, wybitnym artyście i pani Zosi

Kilka lat temu zdarzyło mi się zaistnieć epizodycznie w TV. Wypowiedziałem się dwukrotnie jako ekspert w jednym z najpopularniejszych telewizyjnych programów informacyjnych. To moje pokazanie się w TV wzbudziło tu w górach bardzo duże poruszenie – sąsiedzi zagadywali moją Mamę, gratulowali. Mnie też zagadywali, jak przyjechałem, ale z jakąś taką ostrożnością, z dystansem. Nagle objawiłem im się jako ktoś, kogo w ogóle nie znają, choć przecież znają mnie od dziecka. Pytali, jak to jest wypowiedzieć się w TV, czy to bardzo stresujące, jak wygląda studio telewizyjne itd. Bycie lokalnym chwilowym celebrytą było miłe. Minęło parę lat, jednak, ku mojemu zadziwieniu, jakieś resztki tego mojego celebryctwa jeszcze czasem się tutaj tlą. Ale te resztki giną w konfrontacji z moim osobistym mega celebrytą, którym jest Eduardo uosabiający swoją niezwykle wyrazistą osobowością całe niezmierzone bogactwo znaczeniowe słowa cham. Eduardo spotykając mnie czuje wewnętrzną konieczność podzielenia się ze mną swoimi głębokimi przemyśleniami natury egzystencjonalnej. Czasem nawet w te jego głębokie przemyślenia udaje mi się wtrącić jakąś grzecznościową monosylabę. To zrozumiałe i oczywiste, że celebrytę (Eduarda) ciągnie do „celebryty” (mnie). Wczoraj właśnie w drodze do pani Zosi dane mi było natknąć się na Eduardo. Z doświadczenia wiem, że Eduardo inwencję ma niewyczerpaną, ale po raz kolejny mnie oszołomił. Po jego wczorajszym monologu narzuciła mi się refleksja, że Eduardo to wybitny artysta, mistrz plugawienia mowy ojczystej, wznoszący się na wyżyny językowej obrzydliwości. Nie zacytuję, bo się nie da – to trzeba usłyszeć.
***
Odwiedziłem panią Zosię. Jest w doskonałej formie. Zbliżający się termin kompleksowego pielgrzymowania po specjalistach sprawia, że pani Zosia kwitnie. Jest zadowolona, pogodna i nie narzeka. Wkręciła się w fabułę nowego serialu w TV, którego akcja dzieje się w sułtańskim haremie w Stambule w XVI wieku. Pani Zosia postrzega ową fabułę jako historyczną prawdę i ogląda ten serial namiętnie. Emitowany jest po 16 i o tej porze pani Zosia staje się dziwnie niespokojna. Tak było również wczoraj. Mama uprzedziła mnie o tym, więc sprawdziłem, czy odcinek owego arcydzieła będzie powtarzany. Zbliżająca się pora emisji rzeczywiście sprawiła, że pani Zosia stała się lekko napięta i niespokojna. Cieszyła się z odwiedzin, skrzętnie ukrywając, że trochę szkoda jej traconego odcinka. Powiedziałem jej, że ten tracony odcinek może obejrzeć następnego dnia około południa – pani Zosia się zdziwiła i… rozluźniła. Zapodała mi krótkie streszczenie fabuły, które grzecznie przerwałem informacją, że nie oglądam i oglądał nie będę... Kanikuła pełna wrażeń.

01 lutego

Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie

Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie.
Jest mi o tyle twych spojrzeń samotniej.
Ciemniej
opada każdy wieczór bez słów,
trudniej słowa rzucone, kwiaty na drodze podnieść.
Cztery spojrzenia ścian miasto zamyka na smutek,
a obce czyny i ludzie ulatują obok.
W którym wieczorze jak ten odnajdę
ciszę przechodzącą przez ugór czasu Bogiem i tobą?
Oto jest znów ulica niedzielna zamknięta w miejski kurz.
Obcy flet kroków, gdzie szopen płacze z okien.
Tak samo, tak samo, tak samo jak kiedyś
niebo patrzy obłe, jak smutek głębokie.
Dni ulatują w trwogę o ciebie,
noc obca gwiazdami zarasta i bladą miejską trawą.
Wiatr wspomnienia — chmurom oderwana gałąź.
A przecież
te same gwiazdy co tam kołyszą noc nad Warszawą.

Krzysztof Kamil Baczyński Jesteś o tyle spojrzeń ode mnie

28 stycznia

Nemezis (3)

Pani Zosia ostrzegła, że wybiera się do neurologa. Podjęła taką decyzję, ponieważ neurolożka, u której się dotąd leczyła i której przy okazji ostatniej wizyty odstawiła szopkę z "zawałem", już nie pracuje w specjalistycznej przychodni, do której pani Zosia lubi uczęszczać. Najważniejszy świadek pamiętnego szoł pani Zosi odpadł, więc pani Zosia poczuła się zachęcona do złożenia wizyty. Co prawda została jeszcze dwójka świadków (pielęgniarka oraz lekarka kardiolożka), pani Zosia jednak szybko w głowie obliczyła prawdopodobieństwo spotkania w przychodni tej dwójki i wyszło jej 50%. W związku z tym postanowiła podjąć ryzyko i nawiedzić przychodnię specjalistyczną, bo już się bardzo za specjalistami stęskniła. Na pierwszy ogień pójdzie neurolog właśnie, zaraz po nim okulista, bo pani Zosia wzięła sobie do serca pytanie neurochirurga o łzawienie oczu i chce, żeby przyjrzał się temu specjalista. W trzeciej kolejności będzie zaliczony laryngolog. Laryngolog, do którego pani Zosia się wybiera, potraktował jej obszerną dokumentację medyczną dość nonszalancko podczas ostatniej jej u niego wizyty – nie zapoznał się z nią wystarczająco skrupulatnie, bo poprzestał na zapoznaniu się z diagnozami i leczeniem, a pominął skany TK, co wzbudziło u pani Zosi pewne wątpliwości, co do jego lekarskiej dokładności. Pani Zosia mogłaby się poczuć stuprocentowo usatysfakcjonowana, gdyby kontemplował każde zdjęcie TK przez co najmniej 15 minut. Zajęłoby mu to ca 5 godzin, czyli całą jego „dniówkę” w przychodni. To byłby dopiero mega czad, gdyby przez całą „dniówkę” tylko panią Zosię obsługiwał. Dopiero by się poczuła zadbana, diagnozowana, zaopiekowana i leczona. Niestety, lekarz ten nie jest na tyle skrupulatny, żeby pani Zosi taką mega czadziarską atrakcję zapewnić. Trudno, pomimo tej niewątpliwej jego wady, pani Zosia jednak do niego pójdzie. Z prostej przyczyny – drugiego się zwyczajnie boi, bo ją opierniczył. Pani Zosia wmawiała sobie wtedy jakąś poważną niedomogę gardlaną. Zdarzyło się, że musiała sobie kilka razy odchrząknąć w trakcie werbalizacji i to wzbudziło jej podejrzenia. Pognała więc do laryngologa, który obejrzawszy gardło lusterkiem laryngologicznym orzekł, że z gardłem wszystko w porządku. Nieusatysfakcjonowana pani Zosia zagrała vabank i złożyła lekarzowi zapotrzebowanie na milion badań, czym go tak zirytowała, że powiedział jej, że to on jest lekarzem i to on decyduje o diagnostyce i leczeniu. Prawdę powiedział. Gdyby pani Zosia dostała skierowania na te wszystkie badania, na które by chciała, NFZ by zbankrutował. W samym tomografie spędziłaby tydzień skrupulatnie się skanując. Lekarz kazał parzyć pani Zosi siemię lniane i pić, czym bardzo panią Zosię uraził. No bo co za pożytek z siemienia lnianego? Żadnej perspektywy na jakieś odświeżające objawy niepożądane, żadnej ulotki. Nic, kompletnie nic. Pani Zosia takich lekarzy nie poważa i więcej nie zaszczyca. Pójdzie zatem do tego mniej skrupulatnego, ale jednak jakiś lek zapisującego. Ostatnio zapisał pani Zosi Glimbax do płukania gardła, czym ją ogromnie ucieszył. To taka głupota przeciwzapalna. Pani Zosia przeczytała w ulotce, że może wywołać pokrzywkę i oczywiście natychmiast na tę pokrzywkę zapadła. Podrapała się tu i ówdzie myśląc, że choć Glimbax odstawić musi, bo ją „uczulił”, to jednak lek to dobry, skoro jakieś działania niepożądane wywołać może. Plany medyczne pani Zosi na najbliższy czas poznałem. Niemedycznych planów pani Zosia nie robi, bo „przecież nie wiadomo, czy rano się obudzi”, jak mi obwieściła kiedyś. Może to pielgrzymowanie po specjalistach obędzie się bez ekscesów, bo pani Zosia chce bardzo absorbować uwagę, ale tylko lekarzy, a nie otoczenia… 

22 stycznia

Ani przed, ani po

Ani przed, ani po
Spłakałem się ze śmiechu:

08 stycznia

Gila

Gila. Ruda suka. Owoc bezwstydnego mezaliansu rasowej wilczurzycy z jakimś kundlem. Ukochana sunia pani Stefy, sąsiadki pani Zosi. Psina urocza, radosna, przyjazna, kochająca cały świat i całemu światu tę miłość okazująca. Liźnięciem z doskoku. Gila w celu wykonania owego liźnięcia przybierała postawę dwunożną, z oparciem łap przednich na piersi istoty, która miała zostać wylizana. Akrobacje te zazwyczaj budziły protest istot przez Gilę obskakiwanych, ponieważ przednie jej odnóża pozostawiały na ich garderobie ślady. Istoty protestowały, acz bez brutalności, więc kontakty z istotami kojarzyły się Gili z radością i beztroską. Do czasu. Któregoś pięknego letniego poranka, kiedy słonko spiło już z trawki poranną rosę, pani Stefa wypuściła była Gilę na pole, ażeby Gila mogła raniutko łyknąć świeżego powietrza, a przy okazji załatwić swoje biznesa natury fizjologicznej. Gila wyskoczyła była z domu wszystkimi czterema łapami, jak to miała w zwyczaju, zaciągnęła się świeżą poranną bryzą i już przykucnęła, żeby załatwić biznesa, nie zdążyła jednak, bo… przy furtce pojawiła się istota. Pojawienie się istoty wyzwalało w Gili wewnętrzny, nieprzezwyciężony przymus okazania miłości. Nie inaczej było i tym razem. Gila zdecydowała, że biznesa będą musiały poczekać, bo zanim zostałyby załatwione, istota mogłaby zniknąć. Poderwała się więc była z kucków i pognała na powitanie istoty… Biegnąc nie wiedziała, że to spotkanie będzie wyraźną cezurą w jej radosnym i beztroskim życiu. Nie podejrzewała, że po tym spotkaniu nie będzie już tą samą Gilą, którą dotąd była. Owego pięknego letniego poranka bowiem Gila radośnie pognała na spotkanie przeznaczenia. Już, już miała wykonać podskok z poderwaniem łap przednich… Nie zdążyła jednak, albowiem... Gila miała pecha owego ranka, bo nadziała się była na Eduardo, uosabiającego całe bogactwo znaczeniowe słowa cham. Eduardo huknął był na nią swym głosem tubalnym, nazywając ją drastycznie grubym słowem na k… Gila nie będąc przyzwyczajoną do takiej werbalnej brutalności, wyhamowała gwałtownie, zrobiła w tył zwrot i ze skowytem zwiała schować się za swoją panią. Pani Stefa słysząc, jakim słowem zbezczeszczona została jej ukochana sunia, uruchomiła się i nawet usiłowała coś tam pysknąć, ale Eduardo spacyfikował ją miażdżącą argumentacją, wobec której pani Stefa, jak każda istota mająca wrażliwość większą od ameby, musiała wymięknąć. Tego ranka Gila na własnej swojej rudej skórze przekonała się, że życie oprócz radosnego i beztroskiego oblicza, może mieć też oblicze ponure i brutalne. Gila, która niczego się dotąd w swoim psim życiu nie bała, owego ranka doznała traumy i poczęła się odtąd bać chamstwa. Uznała, że to nie jest jej żywioł, dlatego, żeby uniknąć ewentualnej ponownej konfrontacji, chowała się w najciemniejszy kąt, jak tylko doszedł jej uszu głos Eduardo. Wychodziła zeń, jak głos Eduardo zginął już gdzieś w oddali. Opuszczała ów najciemniejszy kąt rozglądając się czujnie, czy aby na pewno Eduardo oddalił się już dostatecznie daleko, bo „cham chamem, na wieki wieków amen” – jak zwykła czasem mawiać pani Zosia. Gila zdecydowanie podzielała to zdanie. Po tym niemiłym incydencie stała się mniej wylewna w okazywaniu uczuć istotom i przestała wykonywać wyskoki. Czego akurat nikt nie miał jej za złe.

Pani Stefa, jak już wspomniałem, ogromnie Gilę kochała i... przekarmiała. Gila zaś ze swej natury strawą nie gardziła, bo apetyt miała taki, że ile by dostała, tyle by zżarła. Zaspokajanie oskomy było jej największą namiętnością i sensem jej życia. A że miała nieco łajdacką naturę, po błyskawicznym wymieceniu wszystkiego z wielkiej michy w domu (zapełnianej przez panią Stefę trzy razy dziennie!), Gila, która przekąsiłaby jeszcze jakowąś pychotkę, wyruszała niesiona ową zachcianką na poszukiwania czegoś smakowitego. Zazwyczaj udawało jej się coś znaleźć lub wyżebrać, bo i do takich metod Gila się posuwała. Koło sklepu na ziemi można czasem natknąć się na jakąś mniam-pychotkę, można też udać przed istotą wychodzącą ze sklepu z zakupami, słaniającą się z głodu biedną psinę. Zadanie będące dla Gili prawdziwym aktorskim wyzwaniem. Tak pracowicie wyszukane smakołyki w postaci kawałka skórki chleba, bądź wędliny, były dla Gili prawdziwymi rarytasami! Efekt tego aprowizacyjnego rozpasania był taki, że z wyglądu przypominała rozdętego guźca. Pani Stefa, bynajmniej nie reglamentująca Gili strawy, w dbaniu o nią też czasem przesadzała. Zdarzyło się pewnej jesieni, że Gila zrobiła sobie na dwa dni przerwę od... załatwiania biznesu, który dotąd miała zwyczaj załatwiać każdego ranka w pełnej skupienia zadumie. Fakt ten wzbudził w pani Stefie podejrzenie jakiejś dramatycznej gastrycznej niedomogi u suni. Pani Stefa postanowiła powstrzymać się jeszcze od gwałtownych alarmowych kroków do ranka dnia następnego. Kiedy i następnego ranka historia z kucaniem nie znalazła swojego zwyczajowego epilogu, pani Stefa narobiła rabanu i zawezwała weterynarza na wizytę domową. Weterynarz zjawił się, Gilę zbadał i stwierdził, że przekarmiona jest i… tyle. Chciał wypisać receptę na jakiś środek, który łagodnie by Gilę rozluźnił i rozwolnił, ale pani Stefa ofuknęła go, że ma ratować jej ukochaną sunię już, teraz, natychmiast, bo zanim ów środek zacznie działać, to jej najdroższa Gilunia może się rozpuknąć i zrobić zejście. Weterynarz powiedział ok, wszak „klient nasz pan”, i skoro pani Stefa się napierała… napoił Gilę od drugiej strony. Enemą. Gila najwidoczniej zupełnie inaczej sobie ten zabieg wyobrażała, bo zdecydowanie powiedziała Enemie "never again!” i tego postanowiła się trzymać do końca swoich dni. Co dzień raniutko wyskakiwała na pole wszystkimi czterema łapami i kucając tak długo załatwiała swoje biznesa, aż… je załatwiła! Choćby przyszło jej kucać z wybałuszonymi oczyma do wieczora! Gila – suka bohaterka… 

06 stycznia

Ballada o trzech królach

Tajemnicę przesypując w sobie
jak w zamkniętej kadzi ziarno,
jechali trzej królowie
przez ziemię rudą i skwarną.

Wielbłąd kołysał jak maszt,
a piasek podobny do wody;
i myślał król: "Jestem młody,
a nie minął mnie wielki czas.

I zobaczę w purpurze rubinów
ogień, siły magiczny blask;
może stanę się mocniejszy od czynów
przez ten jeden, jedyny raz".

Tygrys prężył siłę jak wąż,
mięśnie w puchu grały jak harfa.
Na tygrysie jechał drugi mąż,
siwą grzywę w zamyśleniu szarpał.

"Teraz - myślał - po latach tylu,
gdy zobaczę, jak płomienie cudu drżą,
moje czary skarbów mi uchylą,
moje wróżby nabiegną krwią.

Ziemia pełna jak złoty orzech,
pęknie na niej skorupy głaz,
usta jaskiń diamentowych otworzy
przez ten jeden, jedyny raz."

Trzeci król na rybie
wielkiej jak wyspa jechał
przez stepy podobne szybie
błękitnej pod wiatru miechem.

Nucił: "Po latach stu
kwiat początku i końca ogień
w jedno koło związanych nut
gdy zobaczę, sam się stanę Bogiem.

W suche liście moich ciemnych ksiąg
spłynie mądrość odwiecznych gwiazd
i osiądzie w misie moich rąk
przez ten jeden, jedyny raz".

A w pałacach na lądach zielonych,
co jak sukno wzburzonej fali,
mieli króle trzej błękitne dzwony,
w których serca swe na co dzień chowali.

A tak śpiesznie biegli, że w pośpiechu
wzięli tylko myśli pełne grzechu.

Więc uklękli trzej królowie zadziwieni,
jak trzy słupy złocistego pyłu,
nie widząc, że się serca trzy po ziemi
wlokły z nimi jak psy smutne z tyłu.

I spojrzeli nagle wszyscy trzej,
gdzie dzieciątko jak kropla światła,
i ujrzeli, jak w pękniętych zwierciadłach,
w sobie - czarny, huczący lej.

I poczuli nagle serca trzy,
co jak pięści stężały od żalu.

Więc już w wielkim pokoju wracali,
kołysani przez zwierzęta jak przez sny.

Wielbłąd z wolna huśtał jak maszt,
tygrys cicho jak morze mruczał,
ryba smugą powietrza szła.

I płynęło, i szumiało w nich jak ruczaj.
Powracali, pośpieszali z wysokości
trzej królowie nauczeni miłości

Krzysztof Kamil Baczyński Ballada o trzech królach

01 stycznia

No i jest...

No i jest. Przyszedł. Nowy Rok. Mam nadzieję, że jeśli nie będzie mógł być lepszy, to przynajmniej gorszy od ubiegłego nie będzie. Ubiegły był trudny i tęskny, ale nie był zły. I niech to jedno zdanie starczy za całe podsumowanie.

Wczorajszy sylwestrowy wieczór był całkiem przyjemny, choć zdarzyła się mała awaria. Jakiś miesiąc temu nabyłem Prosecco na sylwestrową okoliczność. Prosecco to włoskie wino musujące, odpowiednik francuskiego szampana i równie dobre jak szampan. Wczoraj zabrałem się za otwieranie tego „szampana”, a nie jest to moja ulubiona czynność. Dziwnym trafem zawsze jak otwieram „szampana” wystraszę się i pochlapię, bo wychodzi mi to z hukiem i wylewnie. Ale nie wczoraj. Zabrałem się zatem za otwieranie zachowując najwyższą ostrożność. Zdjąłem folię z korka i… zrobiłem gwałtowny unik, bo zorientowałem się, że korek nie jest zabezpieczony drucikiem i wystraszyłem się, że mi wystrzeli w rękach. Nie pasował mi ten brak drucika do „szampana”. Nic - myślę sobie - technika idzie do przodu jak burza, więc może Włosi wymyślili korki, którym nie potrzeba drucika? Zaraz za tą myślą przyszła następna, mianowicie, jak w takim razie tego „szampana” otworzyć? Ostrożnie, trzymając korek kciukiem, żeby zbyt gwałtownie nie wyskoczył, przekręciłem butelkę w ręku i poczułem, że korek się zakręcił. Hmmm… - pomyślałem – what the f...k? Nie pasowało mi to wszystko do „szampana”. Chrzanić to - pomyślałem - otwieram. Najwyżej obleję się tym Prosecco. Wzruszyłem ramionami, wykręciłem korek i odskoczyłem. Ale nic się nie stało. Cisza. Nic nie huknęło, nic się nie wylało. To wzbudziło moje podejrzenia. Spojrzałem na etykietę i doznałem nagłego olśnienia. Zamiast Prosecco wina musującego zakupiłem Prosecco Grappa, czyli rodzaj okowity z wytłoczyn winogron. Obśmiałem swoje roztargnienie oraz ewolucje towarzyszące otwieraniu tego trunku. Prosecco nie spróbowałem, ale trunek się nie zmarnował. Zakupiłem wczoraj w Biedronce Mojito w kartonie, dolałem Grappa Prosecco i wyszedł bardzo dobry drink, którym spełniony został toast noworoczny.
Modrooki nie przysłał jeszcze życzeń noworocznych. Pewnie jeszcze śpi po imprezie. Zastanawiam się, czy wysłać mu życzenia jako pierwszy, czy poczekać. Nie chciałbym, żeby wyglądało to tak, że ja intensyfikuję kontakt bardziej niż on. Wyślę, co tam.

Ech… Nowy Rok. Oby tylko zdrowy był! Tego najbardziej Tobie i sobie życzę.
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger