07 lipca

Dyptyk

Dotyk… Drżenie… Urywane oddechy… Przeciągłe westchnienia… Powietrze wibrujące zapachem rozgrzanych nagich ciał… Gwałtowne bicie serca i krew dziko pulsująca w tętnicach… Miłość… Namiętność… Jednia… Nieziemska ekstaza…

Leżąc naprzeciwko i gładząc jego policzek dłonią, chłonąłem jego zapach zmieszany z aromatem żelu pod prysznic i chłodną miętą pasty do zębów. Nasze oczy błyszczały, a twarze rozpromieniał lekki uśmiech. Przesunąłem miękko palcem wzdłuż nabrzmiałej żyłki na jego skroni, musnąłem skórę na policzku i zatrzymałem się przy kąciku jego pięknych, pełnych ust. Delikatnie przesunąłem opuszkiem po jego dolnej wardze. Rozchylił usta, odsłaniając rząd białych zębów. Zsunąłem palec niżej na rozkoszny dołeczek w brodzie.
- Pyszczku… - szepnął, ale szybkim ruchem przycisnąłem palec do jego ust, nie pozwalając mu mówić dalej. Podążając ponownie palcem ku brodzie pociągnąłem w dół jego dolną wargę. Przesuwając palec niżej uwolniłem ją - z lekkim mlaśnięciem spotkała się z górną wargą.
- Kocham cię – szepnąłem.

06 lipca

O wywczasie w górach. Zdziczenie.

Dziczeję. Podoba mi się ten stan wewnętrzny. Jest pięknie.

01 lipca

O wywczasie w górach. Odpoczynek i relaks.

Odpoczywam i relaksuję się. Jestem wyluzowany i pogodny. Włóczę się po górach codziennie przemaszerowując od 12 do 15 km. To są spokojne wędrówki, a nie forsowne marsze. Zachwycam się widokami, górskim wiaterkiem owiewającym moją twarz cudownym, świeżym, trawiasto-ziemisto-leśnym zapachem, najpiękniejszym jaki znam. Odstresowuję się. Żywimy się wszyscy dietetycznie – Mama z powodu cukrzycy, Artur i ja dla wiotkości naszych talii. Wczoraj jedliśmy gotowane na parze brokuły oraz łososia.
- Nie wiedziałem, że brokuły gotowane na parze są takie wydymające – stwierdził Artur zostając nieco z tyłu.
- Jakie? – zapytałem rozbawiony.
- Wydymające.
- Brzmi dekadencko – parsknąłem śmiechem.
- Ty, Mały, ty się doigrasz, mówię ci – zaśmiał się Artur.
Wczoraj zrobiliśmy z Arturem jakieś 15 km górami. Artur nieprzywykły do takich dalekich pieszych wypraw, trochę marudził, że będzie miał zakwasy następnego dnia, ale chętnie maszerował. Tak mu się włóczęgostwo spodobało, że zerwał się dzisiaj około 7 rano (to śpioch zalegający w łóżku najchętniej do 11!) i poinformował, że zakwasów nie ma i jest gotowy na kolejną włóczęgę. Zerwał się tak wcześnie, bo stwierdził, że „szkoda dnia na zaleganie w łóżku”. Poruszyło mnie to jego wyznanie. Dziś dla odmiany zrobiliśmy sobie całodzienny wypad do Piwnicznej nad Poprad, pospacerowaliśmy, posiedzieliśmy nad rzeką i zapominając na chwilę o wiotkości naszych talii, zjedliśmy na piwniczańskim rynku najlepsze na świecie lody włoskie. Dzisiejszą dietę przez to szlag trafił, ale co tam – urlop przecież…

24 czerwca

Parszywienie świata.

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię. Jest w doskonałej formie, choć tradycyjnie, siłą przyzwyczajenia, trochę ponarzekała na swoje (jej zdaniem jak zawsze kiepskie) zdrowie. I na świat, który jej zdaniem zmierza ku zgubie. Pani Zosia czuje to każdą komórką swojego ciała. Jak Galadriela w książce „Władca pierścieni”. J. R. Tolkiena, której pani Zosia nie czytała, bo cóś jej nie ciągnie do fantastyki. Galadriela twierdziła, że świat się zmienia, a pani Zosia idzie w swoich odczuciach jeszcze dalej, twierdząc, że nie tylko się zmienia, ale i parszywieje w tempie zastraszającym. Bo się „takie rzeczy wyprawiają”! Dawniej tak się „nie wyprawiało”! Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z tezą pani Zosi. Zrobiłem jej wykład, że zawsze się na świecie „wyprawiało” tylko, że niewiele docierało. Przed wojną wielu było analfabetów, a i niewielu „czytatych i pisatych” kupowało gazety, bo drogie były. Na radio też mało kogo stać było. Świat ograniczał się do okolicy, z której spływały wieści i plotki. Podróżowało się bardzo mało, więc rzadko zdarzało się, żeby ktoś przybywał z daleka, czy to powracający miejscowy, czy też obcy przybywający w jakichś interesach – z miasta powiatowego, a czasem nawet z Krakowa, Lwowa, Wilna, Gdyni, czy Warszawy. A już zupełną rzadkością był ktoś przybywając z zagranicy. Ktoś taki postrzegany był jako postać niemal heroiczna, cudem ocalała z niebezpieczeństw podróży. Z automatu stawał się lokalnym celebrytą, którego pokazywało się dzieciom. Opowieści snutych przez kogoś takiego słuchało się z zapartym tchem i to, czy słyszało się ich po raz pierwszy, czy po raz setny było sprawą drugorzędną, bo niezmiennie zapładniały wyobraźnię słuchacza krainami nieznanymi, niezwykłymi, na poły mitycznymi… Po wojnie komuna cenzurując wiadomości ze świata (tego zza żelaznej kurtyny) i z bloku komunistycznego, serwowała propagandową pulpę traktowaną przez większość społeczeństwa w kategoriach kabaretowych, dlatego ta większość szukała wiarygodnych wiadomości w Radio Wolna Europa, z wypiekami na twarzach łowiąc spomiędzy zakłóceń - komuna zakłócała sygnał - smakowite, antykomunistyczne niusowe kąski. Teraz dzięki internetowi i telewizji świat się skurczył i stał się przysłowiową globalną wioską. Ktoś puści bąka w Sydney, a już po kilku minutach mówi się w wiadomościach w Polsce, że ten ktoś bączy. Pani Zosia spojrzała wzrokiem mówiącym co ty dziecko o życiu możesz wiedzieć w twoim wieku, ale przygwożdżona bąkową metaforą, zgodziła się ze mną częściowo. Nie zamierzając jednak łatwo poddać swojej tezy o zepsuciu świata, wysunęła miażdżący kontrargument: A ludzie? Co ludzie wyczyniają? Gwałcą się, mordują, kradną, oszukują, bogacą się kosztem biednych ludzi, nic miłosierdzia, nic współczucia i empatii! „Człowiek człowiekowi wilkiem”, „Żyj i pozwól żyć”. I do tego jeszcze gender! Ludzie są źli! Z moim nieśmiałym protestem, że nie wszyscy, pani Zosia łaskawie się zgodziła, ale natychmiast dodała, że większość. Ale za to jakim blaskiem ta mniejszość błyszczy – powiedziałem - szczególnie na tle tej złej, zdaniem pani Zosi, większości. Poza tym – kontynuowałem – ja osobiście uważam, że proporcje są odwrotne i dobrych ludzi jest więcej. Pani Zosia ponownie obdarzyła mnie wymownym spojrzeniem w stylu o naiwna młodości. Nie zamierzała łatwo rozstać się ze swoją radosną wizją zdeprawowanego, gnijącego świata, zastosowała więc argument nokautujący: A pogoda? Zwariowała! A to słońce i upał, a to deszcz i chłód, zimy bez śniegu, śnieżne wiosny, wiatry, trąby powietrzne, wariactwo! Same anomalie! To jest chore! – dodała dla wzmocnienia swojej wypowiedzi. Nic niezwykłego – stwierdziłem rozbawiony tyradą pani Zosi – zawsze takie anomalie się zdarzały, w kronikach pełno wiadomości o nich. Pani Zosia nie komentując mojej wypowiedzi, nieprzekonana, jak łatwo się domyślić, zgrabnie zmieniła temat i zaczęła opowiadać o swoim ulubionym serialu, z fabułą snującą się w haremie Sulejmana Wspaniałego. Pani Zosia wkręciła się w fabułę i serial ogląda namiętnie. Dubeltowo, rzec można, bowiem do niedawna oglądała premierowe odcinki popołudniu, a następnego dnia przed południem również powtórkę, mając w ten sposób z obcowania z serialem przyjemność podwójną. Niestety jakiś pajac z TV zredukował tę jej przyjemność o połowę, bo przedpołudniowe powtórki zniknęły. Panią Zosię aż zatelepało z oburzenia. Poczuła się okradziona! 

12 czerwca

Urodziny

Dzisiaj mija rok odkąd pojawił się pierwszy wpis na moim blogu. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, że przeżyje tak długo, bo w zamierzeniu miał być tylko takim doraźnym środkiem wykrztuśnym dla emocji. Dziwny to był rok: retrospektywny, refleksyjny, niewesoły. Rok pod znakiem Szarookiego, bo to On był motywem przewodnim (jeśli mogę tak powiedzieć) większości moich blogowych wpisów. Oczyszczających – patrząc z tej niewielkiej perspektywy czasowej. Nie będę ich analizował - każdy Czytelnik może sobie wyrobić o nich swoje własne zdanie. Chciałbym tylko podkreślić, że ilustrują one jedynie jakiś niewielki wycinek mojej rzeczywistości.

Nie potrafię pisać wierszy i bardzo tego żałuję, aczkolwiek ze zdziwieniem konstatuję, że popełniłem jeden, który mi się podoba, pt 21. Wydaje mi się całkiem niezły. Nie stracił nic ze swojej świeżości, choć Brązowooki wywietrzał mi z głowy. Chyba. I postów parę fajnych popełniłem, jak ten niedawny o królowej botoksu, styczniowy o Gili, październikowy o symultanicznej grozie, czy cykle kontemplacyjne poświęcone Heli, Maryśce, pani Zosi, Gosze. 
Happy birthday mój blogu. Ciekawe, czy napiszę posta na twoje drugie urodziny? Istnieje takie niebezpieczeństwo, bo blogowanie wciąż sprawia mi przyjemność. Lubię to miejsce przez siebie stworzone. Cieszy mnie to, że w różnych miejscach sieci są Osoby, które interesuje to, co piszę, co myślę, co czuję. Życie mojego bloga to Wy, Czytelnicy. Dziękuję. 

08 czerwca

O marzeniobójcy

Kilka lat temu dane mi było doświadczyć nauczycielstwa. Przez dwa lata zastępowałem koleżankę ze studiów, która powiła dziecię i na czas swojej nieobecności oddała mi na wyedukowanie (i w opiekę) gromadkę swoich uczniów. Mój epizod nauczycielski wspominam z przyjemnością, przede wszystkim właśnie dzięki owej grupce bardzo ciekawych, ambitnych i kreatywnych młodych ludzi. Po powrocie koleżanki z urlopu macierzyńskiego, moja kariera nauczycielska się skończyła. Trochę żałuję, ale nie aż tak, żeby łzy za nauczycielstwem ronić. Skąd nagle o epizodzie nauczycielskim? Ano stąd, że objawiła się w miniony długi weekend moja była uczennica, którą uczyłem w pierwszej klasie liceum (obecnie świeżo po  maturze), z prośbą o konsultację. Ocknęła się bowiem właśnie z letargu i uświadomiła, że egzaminy na studia za dwa tygodnie, a przedmiot główny, który będzie zdawała na tym egzaminie, szwenda się czochrając po lesie. Przypomniała sobie, że z owego przedmiotu w pierwszej klasie miała 5 i przeprowadziwszy prosty proces myślowy, wydedukowała, że skoro u mnie miała piątkę, a później już tylko 3, a teraz nawet 2, to znaczy, że jako nauczyciel posiadałem jakąś szczególną właściwość, która wyzwalała w niej potrzebne umiejętności. Asertywny jestem i nie mam problemu z odmową, jednak czasem, przechodzący jak dzisiaj front niżowy, zmiękcza moje granitowe serce. Była uczennica załapała się dzisiaj na owo zmiękczenie i zgodziłem się ją skonsultować. Co tu dużo mówić – to był dramat. Jej umiejętności z przedmiotu, który jest głównym przedmiotem na kierunku, na który chce zdawać, są mierne i ta mierność nie wynika z jej nieogarnięcia, czy lenistwa, lecz z jej ewidentnych ograniczeń, które widziałem już ucząc ją w pierwszej klasie. Pierwszoklasowy materiał i początkowy etap edukowania się w owym przedmiocie, pozwalały jej podstawy sprawnie ogarniać. Wraz z jednak coraz większą ilością materiału i coraz wyższymi wymaganiami jeśli chodzi o umiejętności, coraz mniej ogarniała. Po prostu nie wyszła poza etap pierwszej klasy, dokładnie tak, jak się spodziewałem. I ten pomysł, żeby zdawać na studia, na których ów przedmiot jest przedmiotem głównym. Katastrofa. Powiedziałem jej szczerze, że nie zda egzaminu, bo jej umiejętności są żadne, a w przedmiocie głównym trzeba się wykazać. Dziewczę zaproponowało, że zapłaci mi za korki tyle, ile zażądam, bylebym ją do egzaminu przygotował. Powiedziałem jej, że nie jestem cudotwórcą i w ciągu dwóch tygodni jej nie przygotuję, bo tu i roku byłoby mało, zważywszy na jej brak predyspozycji w tym kierunku. Odmówiłem stanowczo. Nie lubię niszczyć czyichś marzeń, jednak zwykła ludzka uczciwość nie pozwoliła mi postąpić inaczej. Zapytałem ją czego się spodziewała, na co liczyła? Odpowiedziała mi, że miała nadzieję, że nauczyciel, który ją uczył tego przedmiotu po mnie (niestety nie była to moja koleżanka, tylko koleś, który wybitnym, że tak to eufemistycznie ujmę, nauczycielem nie jest) pomylił się i niesprawiedliwie ją ocenił. Powiedziałem jej, że nie lubię się zgadzać z tym panem (ścieraliśmy się w szkole wielokrotnie), ale ocenił ją adekwatnie do jej umiejętności, które są mierne. Szanowała mnie jako nauczyciela i lubiła, więc – choć była bardzo zawiedziona, bo liczyła na inną diagnozę – zgodziła się z moją sugestią wybrania innego kierunku studiów. Po tej dzisiejszej konsultacji pozostał mi jakiś dziwny absmak. Absurdalny, bo przecież postąpiłem uczciwie. Nawet jej nie skasowałem za tę konsultację, bo się nad nią użaliłem, że jej marzenie zarżnąć musiałem. Marzeniobójca!

03 czerwca

Najświeższe wieści z frontu macierzyńskiego

Gocha via fejsbuk obficie raczy świat swoimi wynurzeniami utyranej matki-bohaterki, hojnie ilustrując je zastraszającą ilością zdjęć. Cieszy się dziecięciem, rozumiem to, ale ta radość, w moim odczuciu, przybiera kuriozalne rozmiary. No bo jak określić wpisy typu: „Mam na imię Zosia. Urodziłam się w Dzień Matki...”, „Jestem strasznym głodomorem i tylko jadłabym i jadła, a potem spałabym i spała...”, „Mam już tydzień i…” i tym podobne pierdoły, pod którymi zamieszcza po 20 zdjęć? Ma czas brylować na fejsbuku, bo rodzice przecież wszystko za nią robią. Oni dopiero są zmęczeni – ledwo nogi za sobą ciągają!

02 czerwca

O wizerunkowym samogwałcie i waginosceptycyzmie

Zatęskniłem za moją lekarką rodzinną i zapragnąłem ją odwiedzić. Niesiony ową tęsknotą wybrałem się wczoraj do przychodni. Po receptę na moją nocną zgagę, która powróciła była ostatnio. I to był zasadniczy powód mojej za lekarką tęsknoty. Ale mniejsza z tym. Zarejestrowałem się i usiadłem wśród kilkunastoosobowej gromadki ludzi. Szczęśliwie okazało się, że do mojej lekarki czekały tylko dwie osoby i ja trzeci, reszta towarzystwa - a w zasadzie towarzyszek - do ginekologa. Próbowałem pogrążyć się w egzystencjonalnym zamyśleniu, ale próba ta została brutalnie przerwana, bowiem… z sąsiedniego gabinetu wyszła… ZGROZA! Siejąc postrach! Zgroza owa miała z wyfarbowanych na rudo włosów ułożoną kunsztowną koafiurę na kształt hełmofonu z nastroszonym... hm... czymś, wylakierowaną tak, że żaden włosek samodzielnie drgnąć nie był w stanie, przez co cała koafiura sprawiała wrażenie, jakby wielkie, wściekle rude coś usiadło Zgrozie na głowie. Owe coś, będące mistrzostwem sztuki fryzjerskiej - jak mniemam wielokrotnie podrasowanym przez Zgrozę własną jej rączką, wprawnie i niezwykle hojnie posługującą się lakierem do włosów - było niezwykle trafnym zilustrowaniem powiedzenia o miotle porażonej piorunem. I to nie jeden raz. Pomyślałem sobie, że ta kobieta powinna mieć sądowy zakaz używania lakieru do włosów. Ta radosna moja myśl została ubita przez mój wewnętrzny niezwerbalizowany skowyt, kiedy właścicielka owej efektownej fryzury odwróciła się i... zaprezentowała mi się od frontu. Krew mi się w żyłach ścięła na chwilę! Już miałem się porwać i uciekać krzycząc: "Zgiń, przepadnij maro! A kysz!", ale włączyło się na szczęście racjonalne myślenie, podpowiadając mi, że to dzień przecież i to człowiek być musi, choć jak zombi wygląda. Uspokojony tą myślą, przyjrzałem się dyskretnie i lękliwie, acz uważnie... zjawisku. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że dane mi było wczoraj ujrzeć, po raz pierwszy na żywo, królową botoksu i innych ostrzyknięć kolagenowo-hialuronowo-cholera-wie-jeszcze-jakich. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom, a w mojej głowie kołatała się myśl: Jak można zrobić sobie coś takiego!!! Zauważyłem kątem oka, bo zjawisko przykuło mój wzrok hipnotycznie, że nie tylko ja zostałem porażony tym widokiem. Wszystkie oczy w przychodni, jak urzeczone, odprowadziły tę postać od drzwi gabinetu do kontuaru rejestracji i z powrotem do gabinetu. Najzabawniejsza była reakcja jednej bardzo ciężarnej pani, której szczęka literalnie opadła na kolana i nie była w stanie nad tym opadem zapanować. Pierwszy szok się ulotnił robiąc miejsce refleksji, że ta postać kogoś mi przypomina.... Tylko kogo?... Hm… Zamyśliłem się głęboko przeczesując zasoby pamięci… Skąd ja tę postać znam?... I nagle mnie olśniło: toż to lekarka ginekolożka, która od lat przyjmuje w tej przychodni. Ale odmieniona niemal nie do rozpoznania. Do niedawna ładna, elegancka kobieta, mocno po pięćdziesiątce, a teraz postać strasząca zadziwiająca swoją ostrzykniętą botoksem, kolagenem i innym dziadostwem twarzą oraz potworną niebanalną fryzurą. Moje spojrzenie zawisło na moment na miejscu w jej twarzy, gdzie powinny były znajdować się jej usta. Nie było ich. W tym miejscu straszyły gigantyczne wary, napompowane kolagenem do absurdalnych rozmiarów, wyglądające jak przylepiony do twarzy osobny byt, uszminkowany na dodatek czerwienią w kolorze rajdowym! Również policzki wyglądały osobliwie, jakby opuchnięte. Całość sprawiała wstrząsające wrażenie, bowiem pani wyglądała tak, jakby oddała swoją twarz jakiemuś bokserowi do obicia (w miejsce worka treningowego), a skutki tego użycia (a raczej nadużycia!) pokryła jaskrawym, ostrym makijażem. Całości dopełniał ubiór w stylu młodzieżowym… Jeśli ta metamorfoza miała zwrócić na panią doktor powszechną uwagę, to spełniła swoje zadanie, bo jestem przekonany, że nie ma człowieka, który by się za nią nie obejrzał! Jeśli natomiast miała ująć jej lat, to… Cóż… W jej opinii cel został osiągnięty, bo sprawiała wrażenie bardzo z siebie zadowolonej. Nie dane mi było dłużej kontemplować tego oszałamiającego widoku, bo pani doktor w drodze powrotnej do swojego gabinetu, wyczytała z karty (usta jej zachlupotały przy tym, jakby przelewała się w nich wpompowana zawartość) nazwisko bardzo ciężarnej pani, która na to wezwanie dźwignęła swoją opadniętą szczękę z kolan, a następnie swoją ciążę i posłusznie za lekarką podreptała. A ja nie mogąc oderwać oczu od ust pani doktor, odprowadziłem je do drzwi gabinetu. A nawet jeszcze dalej. Po czym uświadomiłem sobie, że dopiero jak zniknęła z pola mojego widzenia, zacząłem ponownie oddychać. Nie tylko ja zresztą, bo siedzący obok mnie (bardzo przystojny) czterdziestoparolatek sprawiał wrażenie jeszcze bardziej ode mnie wstrząśniętego. To, co ta kobieta sobie zrobiła, to samogwałt na własnym wizerunku. Wizerunkowy samobój znaczy. Zgroza!
Przeczytałem dzisiaj gdzieś w necie: „Ja nie jestem gejem. Ja jestem waginosceptykiem”. Urzekło mnie to zdanie, szczególnie w kontekście mojej wczorajszej wizyty w przychodni. Pomyślałem sobie bowiem, że zgroza, której widokiem zostałem wczoraj porażony, może urwać poślady tudzież inne przydatki i nawet z waginoentuzjasty uczynić waginosceptyka, jeśli okaże się niewystarczająco  na takie traumy odporny…

27 maja

Sztuka megalomanii

Zadzwoniła dzisiaj przed południem moja Ciotka z wiadomością, że oto wczoraj późnym wieczorem Gocha porodziła drugie dziecię, tym razem, dla odmiany, płci żeńskiej. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby… No właśnie. Pierwsze dziecię (chłopczyka) Gocha zaplanowałaurodzić (za pomocą cesarskiego cięcia) w dzień matki, z drugim musiała więc wycyrklować równie efektownie. A nie było to łatwe, oj nie, bo wybór miała aż za duży: dzień matki wczoraj, swoje urodziny dzisiaj i dzień dziecka w poniedziałek. Wyobrażam sobie jak straszny dylemat miała, jak miotała się po domu w szale decyzyjnym, trzymając się za głowę i załamując ręce. Dzielnie i z oddaniem towarzyszyli jej w tym na pewno rodzice. Przeważyła, jak zawsze, jej megalomania i Gocha kazała się rozwiązać ponownie w dzień matki. Najwidoczniej uznała, że urodziny dziecka kolidowałyby z jej własnymi urodzinami. No bo czyż jest na świecie większa uroczystość? Gocha uważa… Nie to złe określenie, bo Gocha nie uważa – Gocha wie! A więc Gocha wie, że nie. Drugie dziecię Gochy przyszło zatem na świat w dzień matki, tak jak pierwsze. I wszystko fajnie. I w konwencji. Albowiem obie ciąże Gochy zostały rozwiązane ca 3 tygodnie przed wyznaczonymi terminami, żeby uczynić zadość jej fanaberiom, bo wskazań medycznych do przyspieszenia o te 3 tygodnie nie było żadnych ani za pierwszym, ani za tym drugim, wczorajszym razem - tak twierdzi sama Gocha. A skoro Gocha tak twierdzi, to Gocha wie. Cisną mi się pod palce jedyne adekwatne słowa: Ja pier...lę! Sorry. To nie ze wzburzenia, nie. Udzieliło mi się chyba, częściowo, wzruszenie Ciotki, bowiem spłakała mi się do telefonu. Nie tylko z powodu narodzenia wnuczki, ale przede wszystkim z powodu rozczulenia się nad niebywałą wprost mądrością Gochy, która wymyśliła była dla narodzenia swojego dziecięcia po raz drugi datę tak czcigodną! Ciotka uderzyła mniej więcej w taki deseń: „O ho ho, a ha ha, jaki to prezent Gocha na dzień matki znowu dostała! Córcię urodziła. Ło jeju, ło jeju!”. Nie powinno mnie to dziwić i nie dziwi. Znam dobrze te ich klimaty. I Gochę znam. Żyje dziewoja w swoim matriksie. Została tam umieszczona przez rodziców i dzielnie tam trwa, bo czując się absolutną i wszechpotężną carycą, wcale nie chce tego matriksa opuszczać. Jedynie w pracy, uwielbiające ją koleżeństwo, czyni starania (z bezinteresownej podłości!), żeby Gocha łapała kontakt z rzeczywistością. Gocha nie zrzędzi – Gocha wyraża swoje uczucia. Gocha nie poucza – Gocha łagodnie sugeruje. Gocha się nie awanturuje – Gocha jedynie subtelnie przedstawia swoje stanowisko. Gocha nie robi scen  – Gocha zarządza światem. A to, że wszyscy poza Gochą i jej rodzicami postrzegają te wszystkie aktywności zarządcze Gochy jako – sorry za kolokwializm, ale idealnie tu pasuje – wkurwiające, to wynika z niezrozumienia faktu, że Gocha uginając się pod brzemieniem odpowiedzialności za losy ludzkości tak musi, bo inaczej się udusi. Ja sam zauważam ogromny wpływ, jaki Gocha wywiera na otoczenie, z którym się łaskawie styka. Również na mnie. Nawet pisząc o niej, dostrzegam, że słownictwo mi się brutalizuje. I tak mają wszyscy, którzy dostępują zaszczytu obcowania z Gochą. Wcale mnie nie dziwi, że wszyscy starannie ten zaszczyt sobie reglamentują. Ja też. Widzę również, że starsze dziecię Gochy – fajny, radosny dwuletni chłopczyk - jest kształtowane na obraz i podobieństwo Gochy. Dziadkowie pracowicie i z wielkim oddaniem produkują klona swojej córeczki. Dzieciak jest cały czas bombardowany ich nadekspresyjnością - permanentnym gruchaniem babci i wierszykomówstwem dziadka. Nie pozwalają dzieciakowi nawet na chwilę samodzielności i… spokoju. Jest tak przebodźcowany, że gania po domu jakby miał śmigło w tyłku i nie mówi, a jazgocze, bo musi się przebić przez gruchanie babci i wierszyki dziadka. Wydawało mi się, że wierszykomówstwo jest domeną dzieci, okazuje się jednak, że rzeczywistość potrafi przebić nawet najśmielsze wyobrażenia. Gocha, o dziwo, w tym wszystkim zachowuje rozsądek, bo muszę oddać jej sprawiedliwość, że - choć siebie kocha niezmiennie najbardziej i większość swoich macierzyńskich obowiązków dla własnej wygody ceduje na rodziców - jest bez wątpienia kochającą matką…

Z ostatniej chwili:

Podziwiam krzepkość Gochy! Naprawdę! Dwie godziny po cesarce Gocha miała siłę napisać na FB o tym, jakaż to radość spotkała ją w dzień matki ponownie. Tak sobie myślę, z autentycznym podziwem, że siła megalomanii jest jednak ogromna!

No i breaking news:

Gocha chyba wyczaiła, że o niej piszę, bo… zadzwoniła do mnie przed momentem i uszczęśliwiła mnie swoim monologiem. Szczyci się swoją prawdomównością, więc uraczyła mnie dramatyczną i szczerą opowieścią o tym, jak to mało brakowało, a jej plan porodowy by się nie powiódł, bo lekarz chciał przesunąć jej cesarkę na dzisiejszy poranek! Gocha była oburzona, bo przecież nie przywykła do takiego bezceremonialnego obchodzenia się z jej planami! Zwłaszcza, jeśli za te plany zapłaciła wcale niemałe pieniądze, wybierając na rody prywatną klinikę. Jak znam Gochę, to udarła na rodziców twarz i wysłała ich z zadaniem uświadomienia tego lekarzowi. Argument ekonomiczny (płacę więc wymagam!) okazał się skuteczny i plan Gochy został ocalony. Monolog zakończyła stwierdzeniem, że jest szczęśliwa, że wszystko (sic!) przebiegło pomyślnie i mała jest zdrowa, a ona sama czuje się dobrze. Opowiedziała mi to wszystko bez choćby cienia poczucia absurdalności tej sytuacji. Cóż, autorefleksja nigdy nie była jej mocną stroną. Po rozmowie z Gochą narzuciła mi się refleksja, że w ten oto sposób Gocha wzniosła się na szczyty megalomanii, czyniąc z niej rodzaj Sztuki! I to przez duże S. A co!

20 maja

Powierzchnia rzeczywistości

Jeżeli chodzi o przemieszczanie się, to w moim życiu zdecydowanie dominuje samochód. Jednak czasem - bardzo rzadko, bo do sportów ekstremalnych cóś mnie nie ciągnie - dla utrzymania się na powierzchni rzeczywistości przewiozę się tramwajem. Wczoraj był taki właśnie dzień. Pogoda piękna, 26o C. Ciepło. No właśnie… Jazda tramwajem w ciepłe dni to czysta masakra! Zaraz po wejściu do tramwaju powonienie zostaje porażone smrodem tak, że chciałoby się gromko zakrzyknąć: „Ludziska, na litość boską myjta się, bo śmierdzita tak, że oszaleć można!!!”. Fetor, jaki niektórzy za sobą ciągną, mógłby ocucić zemdlonego, po czym go na nowo z nóg zwalić. Flejtuchy! Tego nie da się wytłumaczyć biedą, bo mydło można kupić za niecałe 2 złote. Niestety ciągle jeszcze wielu hołduje zasadzie, że ”częste mycie skraca życie” i niestraszna im etykieta brudasa, która via powonienie sama się brutalnie narzuca. Na samo wspomnienie wczorajszej mojej tramwajowej ekskursji zbiera mi się na mdłości. Makabra!

09 maja

O wizytach w przychodni

Dobrze, że przyjechałem tutaj do Mamy, bo przypadkiem wygrzebałem wynik badania poziomu cukru mojej Mamy sprzed miesiąca, który był niepokojąco wysoki. Mama miała powtórzyć badanie, ale nie zrobiła tego. Odłożyła to w myśl zasady, że dopóki czegoś nie wiadomo, to tego nie ma. Zawiozłem Ją wczoraj do przychodni, żeby powtórzyć badanie, którego wynik okazał się jeszcze gorszy od poprzedniego. Skoro i tak byliśmy w przychodni, zdecydowałem (tak, ja zdecydowałem, bo Mama najchętniej by zwiała), że pokażemy ten wynik jej lekarce rodzinnej. Czekaliśmy na nią prawie dwie godziny. Nie dlatego, że taka była kolejka, bo czekaliśmy tylko my, ale dlatego, że pani doktor miała inne, ważniejsze od pacjentów sprawy. Spotkanie z księgową! W godzinach przyjmowania pacjentów! Siedzieliśmy pod gabinetem i słyszeliśmy ich rozmowę. Po godzinie czekania zapytałem pielęgniarkę w rejestracji, jak długo jeszcze mamy czekać? Odpowiedziała mi, że pani doktor zaraz przyjdzie, bo bierze lekarstwo. Nie wytrzymałem i roześmiałem się w głos. Zapytałem dlaczego nie ma innego lekarza, skoro dyżurująca lekarka jest niedysponowana? Wszak podstawowym wymogiem NFZ dla POZ jest zapewnienie opieki lekarskiej od 8 do 18. Piguła łypnęła na mnie złym okiem i powtórzyła, że pani doktor zaraz przyjdzie. Minęła druga godzina, wkurzyłem się i zapytałem ponownie, gdzie jest lekarz? Musiałem zrobić to takim tonem, że piguła poszła pogonić lekarkę i zniknęła w jej gabinecie na dłuższą chwilę. Lekarka też chyba słyszała, bo… Tu nastąpiła taka ściema, że z trudem powstrzymałem śmiech. Pani doktor kazała pigule owinąć rękę bandażem, za który zatknęła venflon, wysłała księgową na kawę i łaskawie nas przyjęła. W takiej kolejności. Ściema z bandażem i venflonem pierwsza klasa, dla uniknięcia awantury, ale nietrafiona, bo w jej gabinecie nie było stojaka do podwieszenia kroplówki. Nie sądzę, żeby trzymała kroplówkę w ręku nad głową przez 2 godziny, nie przypuszczam też, żeby za stojak do kroplówek robiła księgowa. Poczułem się tym faktem nieco zażenowany, ale zostawiłem to. Lekarka zdiagnozowała u mojej Mamy cukrzycę typu II insulinoniezależną. Postraszyła moją Mamę, że wynik jest tak zły, że kwalifikuje do hospitalizacji, co było nieprawdą. Ciekawe, czy owa pani doktor potrafiłaby poprowadzić cukrzycę? Domniemywam, że nie. Mama zdenerwowała się tak, że ciśnienie wystrzeliło jej na 180, co z kolei zdziwiło panią doktor. Nie zdzierżyłem i powiedziałem jej, że nie powinno jej to dziwić, skoro nastraszyła moją Mamę. Pani doktor, która jest w sumie fajną babką, kazała pigule w rejestracji zapisać moją Mamę na cito do diabetologa w tej przychodni. Na dzisiaj. Wracając do domu, słyszałem, jak Mama powiedziała do siebie: „Jak ja tę cukrzycę przeżyję?”. Wytłumaczyłem, że tak jak nadciśnienie. Dało się je opanować lekami i normalnie funkcjonuje – z cukrzycą będzie tak samo. Nawet jeśli będzie musiała sobie robić zastrzyki z insuliny, poradzi sobie. Po obiedzie wyciągnąłem Mamę w góry, żeby się trochę odstresowała. Przeszliśmy jakieś 12 km, trasą, którą kiedyś wędrowałem z Szarookim. Zatrzymałem się w miejscu, w którym leżeliśmy na trawie i rozmawialiśmy patrząc w niebo. Stanąłem, spojrzałem w dal i tamte uczucia wróciły na chwilę. Były cudowne. Jakby on stał obok i trzymał mnie za rękę… W drodze powrotnej wstąpiliśmy do pani Zosi, która jest w bardzo dobrej formie. To zasługa inhibitora wychwytu zwrotnego serotoniny. Bardzo przejęła się tym, że u mojej Mamy zdiagnozowano cukrzycę. Onegdaj pani Zosia również miała podejrzenie tej choroby. Nawet na tę okoliczność nabyła glukometr i paski, i od roku dzielnie mierzy sobie cukier raz w tygodniu. Hobbystycznie, bo cukrzycy nie ma, a podniesiony cukier okazał się chwilowym wahnięciem. Pani Zosia jednak nie zrezygnowała z przyjemności korzystania z glukometru  i zapisywania wyników pomiarów w kajeciku. Bo przecież może się przydać w przyszłości…
Dzisiaj byliśmy u diabetologa. Przemiła pani doktor spokojnie wytłumaczyła wszystko mojej Mamie. Na szczęście na razie insulina nie jest potrzebna. Odetchnęliśmy, bo chyba właśnie ta wizja autoiniekcji insulinowych stresowała moją Mamę najbardziej. Mnie też. Co prawda dopiero za miesiąc (codzienne pomiary cukru zdecydują) tak naprawdę się okaże, czy tabletki będą wystarczały. Czekając na Mamę, która po wizycie u diabetologa wstąpiła jeszcze wyedukować się u dietetyka, uciąłem sobie pogawędkę z lekarką rodzinną mojej Mamy, która w myśl zasady „pańskie oko konia tuczy” wstąpiła do przychodni rzucić okiem, czy biznes się kręci. Podeszła do mnie i zapytała, co z Mamą. Tłumaczyła się, że musiała postraszyć moją Mamę, żeby na przyszłość słuchała się lekarzy. Uważam, że to było niepotrzebne, ale zostawiłem to. Miło, że zapytała. 

06 maja

O zrywie szczodrości nadszefowskiej

Nadszef w poniedziałek obwieścił mi, że za trwanie u jego boku w długi weekend zwraca mi wolne we wtorek i środę oraz dodaje ekstra wolne w czwartek i piątek. Miewa czasem takie zrywy szczodrości i tym razem ja zostałem jednego z takich zrywów beneficjentem. Wsiadłem więc w auto i pojechałem do Mamy w góry. Chyba już z dziesięć lat nie byłem tutaj w maju i prawie zapomniałem jak tu pięknie wiosna wybucha. Jest obłędnie. Wczoraj wyruszyłem z Mamą na górską włóczęgę i przeszliśmy jakieś 15 km. Na polanach napotykaliśmy całe dywany z wiosennych pachnących kwiatów. Dziś jest pochmurno i pogoda niepewna – z oddali, od czasu do czasu, dochodzą gniewne pomruki burzy – dlatego w góry się nie wybieram. Miałem wstąpić do pani Zosi zbadać w jakiej jest formie, ale mocno pada i zdecydowałem, że panią Zosię zaliczę jutro. Mama robi zamach na moją świeżo o 2 kg zwiotczałą talię, bo upiekła sernik wiedeński. Skubnąłem okruszek, choć zjadłbym cały, bo taki pyszny. Na razie jestem dzielny i się trzymam zmotywowany moją fanaberią zgubienia jeszcze 3 kg… 

29 kwietnia

O tym jak archiwum wzięło się i znikło

Archiwum bloga wzięło mi się wczoraj i znikło! To zniknięcie nie było niestety sprawką jakiegoś wrogiego blogera, opętanego zazdrością o mój wybitny talent blogerski i chcącego w ten perfidny sposób wyeliminować konkurencję. Nie, nie. A szkoda. Bo dzięki takiemu zamachowi mógłbym się nadąć, napuszyć i poczuć kimś w rodzaju blogosferowego celebryty. Zamachu nie było, talentu blogerskiego również, więc nie ma też celebryctwa. Ech... Niestety nie mam na kogo zwalić wczorajszej awarii, więc ze wstydem muszę się przyznać, że to ja znikłem moje blogowe archiwum. Już opowiadam, jak tego dokonałem, a doprawdy bardzo musiałem się postarać, bo łatwo nie było! Postanowiłem wczoraj posprzątać trochę na blogu: popoprawiać błędy interpunkcyjne, ładnie wyjustować tekst tu i ówdzie. Coś mi jednak na mózg padło, bo zdecydowałem (o głupoto!) przenieść całe archiwum do roboczych. Zaznaczyłem ptaszkiem wszystko i... zamiast kliknąć w "Przywróć wersję roboczą" kliknąłem oczko dalej, czyli w kosz i bez czytania komunikatu (durnota jeden!) potwierdziłem komendę. Oczom moim po tych manewrach ukazała się pustka. Przywiązałem się do tej mojej blogowej pisaniny ilustrującej blisko roczną moją drogę, więc jak tę pustkę ujrzałem, chciałem w ramach protestu zapiszczeć, a że nie potrafię, mruknąłem tylko „O żesz f…k!”. Zaraz jednak przypomniałem sobie o backupie wykonanym wczoraj (normalnie jakby mnie coś tknęło!), zabrałem się więc za odtwarzanie archiwum bloga. Cóż, tu też nie wszystko poszło dobrze, bo nie wiem jakim sposobem, ale udało mi się aż trzy razy nieprawidłowo wpisać kod antyrobotowy (kretyn!) i zablokować sobie limit importu na bloggerze. Przewróciłem oczyma i pokiwałem smętnie głową nad swoją durnotą. Przemknęła mi przez głowę straszna myśl, że w ten oto sposób archiwum bloga szlag trafił i będzie biedak już zawsze taki bezarchiwalnie goły. Już miałem się uruchomić i przemówić do siebie jakimś grubym słowem, ale myśl, która mi się narzuciła, przeszkodziła mi w tym, skutecznie zamknąwszy usta mojemu wewnętrznemu oratorowi. Ową myślą była „Pomoc Bloggera”. Zwróciłem się do „Pomocy Bloggera” z uprzejmym zapytaniem i otrzymałem równie uprzejmą odpowiedź, że ta blokada importu, którą mojemu biednemu blogowi uczyniłem, nałożona została tylko na jeden dzień i potem import ma znowu normalnie działać, więc archiwum bloga będę mógł odtworzyć. Odetchnąłem. Wiem, wiem. Zniknąć archiwum własnemu blogowi to nieładnie. Niczym nie da się tego usprawiedliwić! Niczym! Poza roztargnieniem, które w tym przypadku to i owo usprawiedliwić jednak może. Byłem wczoraj u mojej fryzjerki i ostrzygła mnie na American Soldier. Bardzo fajnie. Jednak w mojej głowie kołatała się myśl, że za krótko. Wątpliwości dotyczące fryzury mogą rozkojarzyć i w konsekwencji wywołać całą kaskadę niezamierzonych zdarzeń i nie ma w tym nic dziwnego, nieprawdaż? Dziś już wątpliwości minęły, bo zwierciadło rano powiedziało, że image a lá American Soldier jest twarzowy. Potwierdziły to również koleżanki w pracy. A co do archiwum, to wzięło się i znalazło na swoim miejscu.

28 kwietnia

Awaria

Coś źle zrobiłem i znikło mi całe archiwum bloga. Szczęśliwie wczoraj po napisaniu ostatniego posta zrobiłem archiwizację, ale przy próbie importu archiwum znowu coś źle zrobiłem i wyświetla mi się komunikat, że przekroczyłem dzienny limit importów. Będę ponawiał próbę odzyskania archiwum. Piszę tego posta, żeby uspokoić ewentualnych zaniepokojonych Czytelników, że brak archiwum nie oznacza zakończenia mojej przygody z blogowaniem. Porzućcie nadzieję, którzy tu wchodzicie, bo zamierzam pisać dalej:) 

26 kwietnia

O rytmie, żarłoczności i zadyszce

Przedwczorajszy sen oraz przyjazd Szarookiego do naszego miasta wytrąciły mnie z rytmu. Choć wynajduję sobie różne zajęcia, żeby o nim nie myśleć, nie udaje mi się to. Tęsknię trochę za nim. 
***
Wyciągając z zamrażarki pierogi na obiad, znalazłem pudełko niedojedzonych lodów z ubiegłych wakacji. Miałem je wyrzucić, bo przecież nie jem takich rzeczy, kiedy zwiotczam talię, ale… zeżarłem te lody! Spontanicznie wpierdzieliłem je całe po obiedzie! Wyskrobałem pudełko do ostatniej kropelki! Starannie stłumiłem wyrzuty sumienia na czas konsumpcji i dopiero wyrzucając pusty pojemnik naubliżałem sobie, nazywając się w myślach żarłocznym wieprzkiem!
***

Pomyślałem sobie wczoraj popołudniu, że dobrze byłoby się trochę poruszać. Ujęty tą zbożną myślą zebrałem się szybko i zanim zdążyłem się rozmyślić, wyszedłem z domu, żeby pobiegać. Zmotywowany potrzebą zapodziania zbędnych 3 kilogramów, ruszyłem żwawym truchtem... Nawet całkiem nieźle mi szło. Przez chwilę. Bo choć intencję miałem chwalebną i szczerą, to jednak zdołałem przebiec tylko 200 m i musiałem się zatrzymać, bo myślałem, że skonam, tak się zadyszałem! Jestem kompletnie bez formy. Muszę zgubić te 3 kilogramy, bo miałem wrażenie, że fałdka, którą na brzuchu bardziej czuję niż widzę, chlupotała jak biegłem. Głupie uczucie...

17 kwietnia

O tym, że królowa nie jest tylko jedna

Hela dzisiaj prześlizgnęła się w pobliżu mnie. Skradając się pod ścianą, w cieniu, unikając światła, próbowała przemknąć bezszelestnie niezauważona, ale przygwoździłem ją moim „Dzień dobry”. Zamarła na moment zaskoczona, bo nie spodziewała się, że się jej ukłonię po pamiętnym incydencie ze sprzątaniem psiego szczęścia, otrząsnęła się jednak błyskawicznie, odpowiedziała grzecznie „Dzień dobry” i czmychnęła, byle jak najdalej ode mnie. Może bała się, że zagonię ją do jakiejś roboty? Czmychając, za tzw. winklem spotkała swoje koleżanki z zespołu sprzątającego nr 2, które miło spędzały tam czas, beztrosko i radośnie pocierając podłogę mopami. Spotkanie nieformalnych podwładnych i do tego tak dobrze bawiących się, tak Helę wzruszyło, że zapomniała, że przed momentem mnie minęła, dzięki czemu mogłem być świadkiem theatrum, które się odbyło bez wizji co prawda, ale za to z doskonałą fonią. Hela mianowicie w poczuciu odpowiedzialności za pracowniczą rzetelność i efektywność koleżanek oraz, jak mniemam, siłą przyzwyczajenia, wydała koleżankom dyspozycje mające na celu podkręcenie imprezy, ale... doznała szoku! Albowiem niespodziewanie nadziała się na jedną z koleżanek, która po uwolnieniu się spod jej kurateli, słusznie wyczuwając odpowiedni moment na rozwój swojej zawodowej kariery, wyemancypowała się, zbuntowała, dokonała przewrotu i zawłaszczyła sobie zespół sprzątający nr 2! Gadzina niewdzięczna! Znaczy wzięła pod buta swoją koleżankę, przyjmując na swe wątłe barki brzemię bycia samozwańczą szefową owego zespołu sprzątającego. Teresa - bowiem takie wdzięczne imię nosi owa dzielna niewiasta, która Heli się nie bała - w sposób zdecydowany przeciwstawiła się jednowładztwu Heli! Ta haniebna, żmijowa zdrada, ten bestialski, obrzydliwy zamach na jej prerogatywy, wstrząsnęły Helą do głębi i uruchomiły lepszą, milszą i ładniejszą część jej bogatej osobowości - strzygę! W pierwszej chwili miała rzucić się i rozszarpać podłą zdrajczynię pazurami w półcentymetrowe paski, ażeby potem móc tak spreparowane strzępy jej truchła wtupać w podłogę jak robactwo! Wyciągnęła nawet w stronę zdrajczyni swoją karzącą rękę z rozczapierzonymi wojowniczo palcami i już, już miała wywrzeć swoją straszną zemstę… Wstrzymała jednak swoje ramię sprawiedliwości, bowiem wzrok jej padł na jej własną dłoń i uświadomiła sobie, że planu rozszarpania zrealizować nie będzie w stanie z powodu braku efektywnego narzędzia kaźni, czyli… szponów! Mogłaby ewentualnie wytarmosić za włosy, ogólnie sponiewierać, a potem skopać, ale to nie byłoby to samo! Porażona tym faktem Hela wstrzymała vendettę, co pozwoliło jej ogarnąć sytuację chłodnym okiem. Jako pragmatyczna realistka, a przy tym szczwany, wyrafinowany i biegły w trudnej sztuce dyplomacji strateg, Hela szybko odnalazła się w nowej, wykreowanej faktami dokonanymi, politycznej rzeczywistości i dostrzegła w niej pewne korzyści w postaci dywersyfikacji kierowniczej odpowiedzialności. Tak naprawdę Hela uświadomiła sobie, że nie ma innego wyjścia, jak tylko podzielić się władzą, dlatego przypomniała sobie, że brzydzi się każdego przejawu przemocy i uznała koleżankę za równą sobie pod względem kompetencji i prestiżu, czym zmiękczyła ją czyniąc skłonną do dialogu i współpracy. Obie panie, już w doskonałej harmonii, zgodnie omówiły plan dalszych służbowych działań na kluczowej dla egzystencji firmy niwie porządkowej. W ten oto sposób tort na tym nieformalnym, ale najwidoczniej dla obu pań prestiżowym szczeblu firmowej hierarchii został podzielony na dwie (chyba) równe części i… cóż… królowe są tylko dwie. Na razie. A swoją drogą, jakimż to afrodyzjakiem zaiste ta władza być musi, skoro wywołuje aż taki głód… władzy. Człowiek żyje sobie spokojnie i pracuje, nie mając pojęcia, że obok, na korytarzach, w kuluarach, tudzież innych miejscach, dzieją się rzeczy epokowe, toczy się wielka, wyrafinowana, przerażająca i skrajnie niebezpieczna  gra. Gra o tron.

12 kwietnia

Któregoś ranka...

- Zauważyłem dziś u siebie pierwsze siwe włosy – powiedział Szarooki któregoś ranka, smarując kromkę chleba twarożkiem. Robił to bardzo dokładnie, metodycznie rozprowadzając twarożek równą warstwą po całej powierzchni kromki aż po samą skórkę. Dwie idealnie posmarowane przez Niego kromki leżały już na talerzyku przede mną. Tę trzecią, równie doskonałą, położył na swoim talerzyku, odłożył nóż, skubnął palcami pasmo włosów nad czołem i dodał:
- O tutaj.
- Masz je od dawna – powiedziałem patrząc Mu w oczy z uśmiechem.
- Tak? – zdziwił się.
- Nie mówiłem, choć już dawno zauważyłem - pogładziłem dłonią Jego twarz. - Z tymi pierwszymi siwymi włosami podobasz mi się jeszcze bardziej.
Pocałował wnętrze mojej dłoni i powiedział:
- Lubię, jak to robisz. Lubię, gdy patrzysz na mnie w ten sposób. Lubię tę naszą beztroską poranną paplaninę przy stole. W takie poranki jak ten, czuję się szczęśliwy.
- Ja też. Jak zawsze, kiedy jesteś blisko mnie.

10 kwietnia

Tak zrobię

Tak zrobię

06 kwietnia

Poświątecznie

Poświątecznie
Jestem już w moim wielkim mieście, które przywitało mnie schizofreniczną pogodą - słońce przeplata się z opadami śniegu. Co godzinę inna aura. Oszaleć można. Święta dokładnie takie, jakie lubię, a więc bardzo udane – poleniuchowałem, nacieszyłem się bliskimi, najadłem pyszności, których nadmiar przygotowała Mama. Część z tych pyszności przywiozłem z sobą tutaj i będę dojadał. Jak dojem, zaczynam dietę. Pogoda była iście zimowa, mnóstwo śniegu, przechodzące zadymki śnieżne, wczoraj rano -9oC. Planowałem zmianę kół z zimowych na letnie, ale nie zrobiłem tego i dobrze, bo miałbym dziś problem z wyjechaniem z gór. Po drodze minąłem trzy samochody, które wylądowały w rowie oraz całe mnóstwo poruszających się w tym błocie pośniegowym na letnich oponach z szybkością ca 40 km/h, tak ciężkie były warunki. Poniżej wrzucam kilka fotek, wśród nich również z drogi.



***
Odwiedziłem wczoraj panią Zosię. Wizyta u neurologa okazała się być bardzo udana. Neurolog zrobił pani Zosi dobrze ordynując nowy lek - inhibitor wychwytu zwrotnego serotoniny, który bardzo dobrze na panią Zosię działa. Przyjmuje ten lek od miesiąca i efekty już są zauważalne - pani Zosia jest wyluzowana, nie narzeka, jest pogodniejsza, żwawa, można zaryzykować nawet stwierdzenie, że jest zadowolona i w dobrej formie. Cieszę się.
*
Trochę wczoraj zatęskniłem za Szarookim. Mam tak w każde święta. Wujek FB doniósł, że Szarooki spędził Święta w Szczecinie. Mam nadzieję, że z przyjaciółmi, a nie sam…

04 kwietnia

Radosnych Świąt

Radosnych Świąt
Niech Zmartwychwstanie Pańskie,
napełni wszystkich radością i nadzieją,
da siłę w pokonywaniu trudności
i pozwoli z ufnością patrzeć w przyszłość.
Spokojnych, dobrych i pełnych miłości Świąt!


03 kwietnia

Przedświątecznie

Jestem w górach u Mamy. Przyjechałem wczoraj koło południa. Tu jest inny świat. W ciągu nocy napadało dużo śniegu i zrobiła się piękna zima tej wiosny. Pogoda oszalała i zmienia się jak w kalejdoskopie – śnieżyce przeplatają się z pięknym słońcem. W tej chwili z nieba leniwie spadają wielkie płaty śniegu. Może dlatego jestem oklapły, zmierzły i nic mi się nie chce. Przygotowania do Świąt powoli się toczą, z moim epizodycznym udziałem. Zostałem bowiem zagoniony przez Mamę do krojenia sałatki jarzynowej. Mama szaleje z mikserem i robi ciasta. Miał być sernik wiedeński i drożdżowa baba wielkanocna, ale okazuje się, że robi się jeszcze ciasto-spontan: biszkoptowe z masą budyniową i owocami. Moja ulubiona potrawa wielkanocna również jest już gotowa. Mam na myśli chrzan z jajkiem i majonezem. Przed chwilą zastałem Mamę w kuchni klęczącą przed piekarnikiem. Jak się okazało, podglądała sernik. Poinformowała mnie, że jeszcze dziesięć minut i będzie gotowy. Jajka na jutrzejszą święconkę gotują się tradycyjnie w łuskach cebuli. Po wystygnięciu zostaną nabłyszczone olejem i wylądują w koszyku, w towarzystwie chrzanu z jajkiem i majonezem, małej babki drożdżowej, wędliny i sam nie wiem czego jeszcze, bo ostateczną zawartość koszyka poznam dopiero jutro.
***
W ciągu ostatnich dwóch miesięcy przybrałem o 4 kg i ważę aktualnie 79 kg. Co prawda mieści się to w prawidłowym dla mnie BMI, ale uważam,  że to za dużo. Zaszaleję w Święta, ale po powrocie do mojego wielkiego miasta, zamierzam pozbyć się tych 4 zbędnych kg. Ograniczę ilość karmy i trochę więcej się poruszam. Za miesiąc tradycyjne minięcie się z Brązowookim, więc chcę wyglądać powabnie. O ile to w ogóle możliwe:-)
***
Nie palę dziesiąty miesiąc.
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger