19 września

Póki życia, póty nauki

Póki życia, póty nauki. Moja mająca już kilka lat kołdra zaczęła zbijać się w grudy, dając mi w ten sposób do zrozumienia, że przyszedł już jej czas i pora rozejrzeć się za nową. Wybrałem się więc do sklepu, gdzie zmacałem kilka kołder i wybrałem jedną, która konsystencją swojego wnętrza najbardziej mnie ujęła. Przytargałem ją do domu, założyłem na nią poszwę i ucieszyłem się, bo pasowała idealnie. A z czego tu się cieszyć, ktoś mógłby zapytać. Ano z tego, że dotąd nie pasowały, bo za szerokie były. To idealne dopasowanie wzbudziło moje podejrzenia. Jak to możliwe – pomyślałem - że dotąd poszwy na kołdrę były za duże, a teraz pasują? Uruchomiłem inteligencję bezwzględną i rozpocząłem czynności dedukcyjne. Zacząłem od tych niewymagających kosztownych technik laboratoryjnych, co wcale nie znaczy, że mniej wyrafinowanych. Przyłożyłem mianowicie starą kołdrę do nowej i… Złapałem trop! – pomyślałem, czując jak na moje nadobne lico wykwita dyskretny rumieniec podekscytowania. Kołdry nie były identyczne. Wzmogłem intelektualny wysiłek inspirując dalsze działania badawcze i dogrzebałem się do metki na nowej kołdrze, z której wyczytałem, że kołdra ma rozmiar 160x200 cm. Standard jakiego używam od lat. Spojrzałem na metkę na starej kołdrze i… doznałem olśnienia. Na metce stało jak byk: 140x200 cm. Zagadka rozwiązana. Przez kilka lat użytkowania tej kołdry, nieświadomy rzeczywistego jej rozmiaru, kupowałem poszwy 160x200 cm i psioczyłem przy każdej zmianie pościeli na producentów, że jakieś takie niewymiarowe te poszwy szyją i ludzi denerwują. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że to może być wina kołdry. Ale o tym nie powiem nikomu...

18 września

Radość jest seksowna

Dzisiejszy dzień sponsoruje RADOŚĆ. Jest świetlista, ciepła, miękka, pluszowa i ucieszna. Bardzo seksowna. Należy ją w sobie odnaleźć i użytkować intensywnie.

09 września

O przybyciu jesieni i dubeltowym grzechu ciężkim

Jesień przylazła. Jest już. Mam na to dwa niezbite dowody:

1. Tryb mi się zmienił z ranny ptaszek na śpioch. Budzik drąc mordę o 7 rano zadaje mi gwałt wyrywając mnie brutalnie z głębokiego snu. Oszołomiony czynię heroiczny wysiłek, żeby otworzyć oczy, bo powieki nie chcą się unieść, co jest konieczne dla obudzenia oczu, bo za nimi podąży reszta ciała. Próbuję więc unieść powieki, co nie bardzo się udaje, bo są jak z ołowiu i nie chcą współpracować, mając na poranek inny, lepszy plan: dalsze spanie. Dobrze, że mocując się z nimi, jakimś nadludzkim wysiłkiem siadam, bo postawione przed faktem dokonanym unoszą się, budząc oczy i dając mi w ten sposób szansę na wygramolenie się z łóżka. Wstawanie to bohaterstwo. Szczęśliwie takie pobudkowe martyrologium potrwa jedynie kilka dni i się wyrówna, bo gdyby trwało całą jesień i zimę, mogłoby wykończyć psychicznie.

2. Tryb wiosenno-letniego niewinnego podjadania, objawiającego się łapaniem w przelocie i przegryzaniem jakichś drobiażdżków, zmienił się na tryb jesienno-zimowej żarłocznej oskomy, objawiający się pielgrzymowaniem do kuchni, łapaniem w pazury wszystkiego co jadalne i kompulsywnym pożeraniem. To też potrwa tylko kilka dni. I całe szczęście, bo gdyby potrwało dłużej… Strach pomyśleć. Moja koleżanka ze studiów mawiała, że jedni tyją w brzuch, inni w tyłek, a jeszcze inni w cycki. Niedawno przekonałem się, że z tych trzech opcji, ta pierwsza nie jest najgorsza…

***

Całkiem niedawno jeden z Blogerów, którego bardzo lubię czytać, napisał w komentarzu pod jednym z moich postów, że nigdy nie przekraczam cienkiej granicy między liryczną ironią, a cynicznym sarkazmem, czym pochlebił mi ogromnie. Zgadzam się z Nim, a nawet w pochlebnej autorefleksji pójdę dalej: prędzej język bym sobie odgryzł niż obmówił bliźniego. Jednak omówienie to co innego. Do rzeczy zatem. Spotkałem ową wspomnianą wyżej koleżankę ze studiów niedawno na mieście. Choć nie byliśmy jakimiś bliskimi przyjaciółmi, nawet jakoś szczególnie nie zakumplowaliśmy się, mieliśmy jednak dla siebie sporo sympatii. Po studiach kontakt się urwał, jednak Katowice to nie Nowy Jork i co jakiś czas wpadamy na siebie przypadkiem. Te nasze okazyjne spotkania zawsze są bardzo miłe. Ostatnio z Olą spotkaliśmy się na zakupach, a że upalne lato jeszcze było, włożyła przewiewną sukienkę i – to takie moje domniemanie, bo inaczej nie potrafię sobie tego wytłumaczyć – nie okiełznała swojego zawsze obfitego biustu pancerną uprzężą, ale poszła na żywioł i puściła go wolno... Bardzo wielki błąd, zwłaszcza w sytuacji, kiedy słowo biust jest nieadekwatnym eufemizmem na opisanie dźwiganego dubeltowego grzechu ciężkiego! Sorry za dosadność, ale w życiu takich cycków nie widziałem! Gdyby zamajtnęła jednym, sam pęd powietrza wybiłby wszystkie okna i zęby istotom żywym w promieniu 100 metrów. Gdyby zaś uruchomiła nieopatrznie oba, rozgruzowałaby połowę miasta, zabijając przy okazji wszystko co się rusza, z sobą włącznie. Ten jej gigantyczny biust na codzień ogarnięty uprzężą, nie robi takiego porażającego wrażenia, jak w tym zastanym wtedy przeze mnie stanie swobodnego rozchełstania i budzącej grozę chlupotliwości. A swoją drogą, ciekawe jak ona go porządkuje, żeby zmieścić w uprząż? Zwija i upycha? Biedna Ola. Nosić taki ciężar… Śląskie chopy lubią takie walory, lubią jak jedna waży tona, a druga niezważona. Nie zamierzam z nimi polemizować, bo... nie używam. Nie przyswoiłem śląskiej gwary i nawet nie próbuję przyswoić, bo uważam, że w ustach kogoś spoza, nieautochtona, brzmi nieprawdziwie, jednak wiem, co to cycyhalter. Zapamiętałem, bo jak usłyszałem to słowo pierwszy raz, przez tydzień tarzałem się po podłodze w amoku niepohamowanej wesołości. Biust mi nie straszny, bo żaden mi nic nie zrobił. Nie jestem nim zainteresowany, ani doń uprzedzony. Uważam jednak, że wynikającą z owej bizantyjskiej nadobfitości, arogancko chlupotliwą niesubordynację jego stanu przyrodzonego należy spacyfikować, poskromić i okiełznać maszynerią do tego przeznaczoną, żeby ludzi nie straszyć. W takim wypadku cycyhalter to kwestia nie tylko estetyki, ale również bezpieczeństwa. Publicznego.

04 września

Gdzieś z internetowej czeluści:

"Będę szczęśliwy! Choćbym, kurwa, miał sobie to szczęście narysować!"

24 sierpnia

Wrocław

Wrocław
Miniony weekend spędziłem we Wrocławiu oddając się intensywnie zwiedzaniu i życiu towarzyskiemu. Było bardzo miło. H&D dzięki:-) Oczywiście nie obyło się bez przygód. W drodze do Wrocławia, siedzenia obok zajęła para osiemnasto-dziewiętnastolatków. Ona natychmiast, jak tylko ruszyliśmy, odpaliła jęzor i zaczęła nim mleć wypuszczając z ust kaskady słów bez znaczenia, byle tylko gadać. Robiła to z wielkim zaangażowaniem. Tokuje - pomyślałem i dyskretnie omiotłem ich spojrzeniem, przed którym nic się nie ukryje. Dziewczę okazało się zdecydowanie powyżej przeciętnej, ale niestety tylko wagowo, chłopię natomiast było wylaszczone i wymuskane tak, że włączył mi się gej radar i miałem ochotę powiedzieć dziewczęciu: kochanieńka daj sobie spokój, bo próżny twój trud! Chłopię odpowiadało krótkimi zdaniami w momentach, kiedy dziewoja robiła krótką pauzę, ale tylko po to, żeby się odpowietrzyć, bowiem jej wytrenowany łozór odpoczynku nie potrzebował. Po jakimś czasie, kiedy chłopię uznało najwidoczniej, że jego wytrzymałość na bombardowanie pustymi słowami się wyczerpała, udało, że drzemie, czym skutecznie zamknęło dziewoi usta, za co byłem mu ogromnie wdzięczny. Również droga powrotna nie obyła się bez dodatkowych atrakcji. Grupa chłopiąt dwudziestoparoletnich powracała z sobotniego wieczoru kawalerskiego. Wpadli w ostatnim momencie i zajęli ostatnie wolne miejsca, w tym jedno obok mnie, przy oknie. Choć rozstrzelili się po całym autobusie, kontynuowali imprezę dochlewając jakieś resztki wódki. Byli chwilami trochę głośni i prości, ale bez chamówy. Gość koło mnie nie pił co prawda, ale zionął kacem, a kacowe wyziewy to najobrzydliwsza obrzydliwość! Również z tego powodu nigdy nie miałem - i nie będę miał! - kaca. Szczęśliwie zdecydowawszy się na drzemkę oparł czoło o szybę i wyziewy skierował w dół na swoje uda i stopy.
Moi wrocławscy znajomi H&D zaopatrzyli mnie na drogę powrotną w szarlotkę (uwielbiam!). Dowiozłem ją do domu i schowałem w lodówce z myślą, że zjem ją rano na śniadanie do kawy. Do łóżka udałem się wcześnie, ale ta schowana szarlotka tak do mnie w wyobraźni chichotała zjedz mnie, że porwałem z lodówki jeden kawałek i uciekłem z nim do łóżka, gdzie go łapczywie pożarłem. Miałem ochotę zrobić to samo z drugim kawałkiem, ale myśl o porannej kawusi w towarzystwie szarlotki skutecznie mnie powstrzymała. Zaspokoiwszy szarlotkową oskomę pozwoliłem obłapić się Morfeuszowi…
Wracając do domu z pracy usłyszałem w radio, że we Wrocławiu ktoś wygrał mega kumulację 35 melonów w Lotto. Cholera jasna - pomyślałem - byłem w sobotę we Wrocławiu i gdybym się tam popuścił, może to ja bym wygrał...

Poniżej filmik (z YouTube) z tańcami fontannowymi pod Halą Stulecia i parę zdjęć (moich) z powrocławskich włók.
Ostrów, Piasek i Rynek:







Narodowe Forum Muzyki:



Ogród Japoński:








19 sierpnia

Kraków

Kraków
Odwiedziłem wczoraj Kraków i zafundowałem sobie, a przy okazji Michasiowi, który pełnił odpowiedzialną rolę kaowca i przewodnika, sześciogodzinny maraton zwiedzania. Wykończyłem nas obu kompletnie. Ale warto było. Nie będę pisał truizmów, bo każdy, kto widział krakowską starówkę i Kazimierz wie, że są przepiękne. Kościoły: Mariacki, franciszkanów, dominikanów, pijarów, bernardynów, jezuitów, prezentek, augustianów (św. Katarzyny Aleksandryjskiej) i kościół Bożego Ciała na Kazimierzu to architektoniczne perełki. Katedra wawelska zaskoczyła mnie swoimi niewielkimi rozmiarami - w królewskie koronacje, śluby i pogrzeby troszku musiało być ciasnawo. Niestety nie udało nam się zwiedzić krypt królewskich, ani wnętrz zamkowych, a to z powodu dzikich tłumów, które już przed południem wyczerpały limity konserwatorskie zwiedzających. To punkt, którego nie odhaczyłem i który pozostał do realizacji. Michaś zasugerował wizytę wczesną jesienią, kiedy tłumy już nie będą takie dzikie i zaoferował się na przewodnika. A przewodnikiem jest wybornym, o relaksacyjnym, zaraźliwym wręcz spokoju. Cały zabytkowy Kraków jest obłędny, ale dwa miejsca mnie olśniły. Wnętrze Kaplicy Zygmuntowskiej oraz dziedziniec arkadowy sprawiły, że oniemiałem z zachwytu. To doskonałości w czystej postaci, architektoniczne absoluty. Nie sposób opisać tego piękna i żadne zdjęcia go nie oddadzą, dając jedynie mgliste pojęcie o wyglądzie - trzeba stanąć tam, spojrzeć, pozwolić uwieść się temu pięknu i chłonąć je z zachwytem. Poniżej kilka fotek z pokrakowskich włók. Niestety nie są najlepszej jakości, bo zrobione smartfonem i lekko prześwietlone.
Rynek, widok na kościółek św. Wojciecha
Fasada bazyliki Św. Trójcy, dominikanów/ 
Fasada kościoła Św. Piotra i Pawła, jezuitów 
Prezbiterium kościoła Św. Piotra i Pawła
Kościół św. Andrzeja
Zamek królewski na Wawelu
Wawel, widok na katedrę i zamek
Katedra wawelska, widok na prezbiterium i ołtarz główny
Brama zamkowa
dziedziniec arkadowy
dziedziniec arkadowy, skrzydło zachodnie
prezbiterium kościoła bernardynów
kościół św. Katarzyny Aleksandryjskiej, augustianów
prezbiterium kościoła św. Katarzyny Aleksandryjskiej
Fasada kościoła Bożego Ciała
Nawa kościoła Bożego Ciała
kaplica w kościele Bożego Ciała
nawa główna bazyliki Św. Trójcy, dominikanów
kaplica MB Różańcowej przy bazylice Św. Trójcy, dominikanów
kopuła kaplicy MB Różańcowej przy bazylice Św. Trójcy, dominikanów

dzikie tłumy w Rynku
Kościół Mariacki
plac Szczepański
kościół św. Jana Chrzciciela, prezentek
nawa kościoła św. Jana Chrzciciela, prezentek
kościół pijarów
okolice Bramy Floriańskiej

15 sierpnia

Takie tam...

Takie tam...
Trochę zaniedbałem ostatnio mojego bloga, ale cóż, te afrykańskie upały nie wpływają stymulująco na moją blogową wydajność wytwórczą. Zauważam, że te tropikalne okoliczności przyrody sprawiły, że praca zyskała nowy walor, a to za sprawą klimatyzacji. Walor na tyle atrakcyjny, że rozważałem nawet przekoczowanie w pracy do końca tych upałów, ale stwierdziłem, że - choć lubię swoją pracę - to byłaby przesada. Rozsmakowuję się więc pracą (klimatyzacją), napawam się nią i delektuję, doceniając jej walory, bo… w domu mam pierdylion stopni i to w cieniu. Próbowałem pracować nad tym, żeby było trochę mniej (pierdylion-1), ale to syzyfowy wysiłek, więc ograniczyłem się do pootwierania wszystkiego, co dało się otworzyć i wietrzenia. W desperacji próbowałem otworzyć nawet to, czego nie da się otworzyć, co z kolei zaowocowało głęboką refleksją psychologiczno-filozoficzną, którą można z powodzeniem streścić do odkrywczej tezy: czego nie da się otworzyć, otworzyć się nie da. Jest gorąco. Cholernie. Ale nie będę narzekał, bo strasznie lubię słońce, więc te upały traktuję jako pewnego rodzaju dobarwienie (czasem trochę męczące, to prawda) radości, jaką sprawia mi słoneczna pogoda. Choć muszę przyznać, że noce są ciężkie, bo w tym gorącu kiepsko śpię. Nie tylko z powodu temperatury, ale również z powodu skutków ubocznych otwartych okien. Moich i sąsiadów… Na przykład sąsiad mieszkający pode mną… Oceniając jego walory jako kochanka po efektach akustycznych, dałbym mu 4+. Dlaczego tyle? Ano dlatego, że wśród nadobfitości zaprezentowanych efektów wokalno-akustycznych brakło tylko arii Toski. A wiadomo, że bez arii Toski nie idzie pociś. A jak nie idzie pociś, to i celująco być nie może. Również fakt zmuszenia mnie do zamykania okna w sypialni na noc nie działa na jego korzyść, bo choć jestem za tym, żeby się ludziska kochali, to jednak niekoniecznie maratońsko i na pewno nie kosztem mojego snu, do którego jestem jednak przywiązany… 
Już od wtorku ma być chłodniej. I dobrze, bo we wtorek mam zaplanowane zwiedzanie Krakowa, a w weekend Wrocławia, z Michasiem i Halinką w roli kaowców. Cieszę się na te wyjazdy.  
***
Szarooki obwieścił jakiś czas temu na fejsie, że od 17 sierpnia zaczyna pracę w Paryżu. Doszły mnie jednak słuchy, że z przyczyn losowych jego wyjazd się przesunie. Oswoiłem tę jego emigrację i jest ok. Wprawdzie nie raduje mnie ona, ale też i nie smuci. Znaczy równowaga jakaś jest.
***
Ta piosenka usłyszana wczoraj w radio podczas jazdy na zakupy, chodziła za mną cały dzień i grała mi w głowie.
Dziwne, bo disco to zupełnie nie moja stylistyka i nie mój klimat. To wzniesienie się, czy stoczenie do ABBY?

Poszukując na YouTube teledysku do powyższej piosenki, trafiłem też na ten:
Wzruszyła mnie ta srebrna dubeltowa groza, którą pani w granatowym wdzianku założyła na swoje nogi. Ten podwójny horror na jej nogach w połączeniu z pumpami sprawia wrażenie - niezamierzone jak mniemam – jakby ta pani poruszała się na protezach. Daleki plan i dreptanie potęgują to wrażenie, dlatego sugeruję dooglądać do momentu przełączenia na daleki plan. Naprawdę warto. 

23 lipca

Rozszczepienie i zagięcie

Idąc do sklepu minąłem Eduardo. Z autopsji już od dawna wiem, że nie można ot tak sobie minąć go bez żadnych konsekwencji. A już na pewno nie Eduardo w stanie wskazującym na spożycie, albowiem alkohol ma na niego wpływ niebywale towarzysko stymulujący. Ku mojej niekłamanej radości Eduardo tym razem nie zaszczycił mnie swoją uwagą. Tego zaszczytu dostąpiła jedna z pań, podobnie jak ja podążająca do sklepu. Kilkakrotnie wspominałem tu na blogu o Eduardo jako ikonie chamstwa, jednakże krótka, ale jakże błyskotliwa scenka rodzajowa, którą zostałem przypadkowo uraczony, uświadomiła mi, jak bardzo go nie doceniałem.
- Cześć ciotka. Gdzie idziesz?
- Do sklepu.
- Po co?
- Po jajka.
- Tu są jajka - rzucił Eduardo dowcipnie, z gracją łapiąc się za krocze. W tym samym momencie coś mruknęło, załopotało i zafurkotało. Usłyszałem to ja, owa pani idąca do sklepu po jajka i usłyszał też Eduardo, który puścił swoje imponderabilia, myśląc najprawdopodobniej, że owa wysublimowana pantomima zaowocowała dodatkową atrakcją w postaci bąka. Niestety nie było to nic tak trywialnego. Eduardo bowiem sprawił, że jakiś przypadkowy, unoszący się w pobliżu atom tlenu rozszczepił się i spadając zepsuty na ziemię trącił czasoprzestrzeń, która na chwilę się zagięła, smętnie załopotała i z furkotem odgięła z powrotem. Tak mnie to przeraziło, że część mojego wnętrza - ta z uczuciami wyższymi i poczuciem estetyki - wyrwała się ze mnie i czmychnęła ukryć się w domu. Jak błędny podążyłem do sklepu i wróciłem do domu, gdzie odnalazłem ją trzęsącą się i chowającą za krzesłem. Wiedziałem, że w lekkiej, eleganckiej i niebanalnej salonowej rozmowie Eduardo jest mistrzem! Wiedziałem też, że mógłby językiem rozłupywać kamienie, jednak odkrycie, że konglomerat czarownego języka Eduardo z jego wdzięcznymi gestami ma moc rozszczepiania atomu i zaginania czasoprzestrzeni, wstrząsnęło mną do głębi! Całe szczęście nie jest i nie będzie świadomy swoich unikalnych zdolności, bowiem nauką się brzydzi, wiedzą gardzi, a autorefleksji nigdy nie doświadczył. Mój język jest zbyt ubogi, żeby adekwatnie opisać to, czego byłem przypadkowym i mimowolnym świadkiem. To już nie było chamstwo w czystej postaci. To było chamstwo rozbudowane skrajnie wyrafinowanym prostactwem, prymitywizmem i obstrukcją umysłową. To wznosząca się na wyżyny sztuki, zdolna zagiąć czasoprzestrzeń, najwyższa, najbardziej wysublimowana i najdoskonalsza forma rozwoju chamstwa! To eduardyzm, w obliczu którego każde stworzenie – nawet ameba, a co dopiero człowiek! – staje osłupiałe i bezradne. Kiedyś naukowcy eduardyzm zbadają i opiszą, a jak to się stanie, Eduardo, jako prekursor zjawiska, zyska zasłużone miejsce w intelektualnej stratosferze - panteonie sław, które wniosły swój wkład w rozwój ludzkości. Przyjdzie wtedy czas, że wpisując w Google słowo cham, najpierw zostanie się porażonym hologramem tonącego w aureoli własnego samozadowolenia Eduardo, a dopiero potem definicją słowa, bogato zilustrowaną obszernymi cytatami jego wypowiedzi. Wielką dziejową niesprawiedliwością i stratą jest fakt, że świat Eduardo dotąd nie poznał, choć jego walory predestynują go do brylowania na salonach i w mediach, jest bowiem wymarzonym wręcz bohaterem dla reality show. Po pierwszym zdaniu, które spłynęłoby kaskadą z jego ust, stałby się medialnym objawieniem i megacelebrytą! W godzinach emisji owego reality show, miasta i wsie z powodu wyludnionych ulic sprawiałyby upiorne wrażenie wymarłych i tylko sine błyski w oknach mieszkań i domów zdradzałyby obecność życia, hipnotycznie wpatrzonego w telewizory. Narodziłaby się nowa epoka medialna - epoka eduardiańska.

19 lipca

O wywczasie w górach. Powrót suki.

Po dwóch dniach łajdaczenia się Sonia powróciła do domu. Głód ją przygnał, bowiem największą namiętnością jej psiego żywota wcale nie jest - wbrew pozorom - zaspokajanie chuci, a oskomy. Sonia kocha jeść - zawsze, wszędzie, wszystko i w każdej ilości. Dobrze wiedziała, że po niedzielnym obiedzie zostaną pozostałości po pieczonym kurczaku, za którymi wprost przepada. Z wielką ochotą pomaga pozbyć się pozostałości po wszelkich kulinarnych działaniach również sąsiedztwu, bo jest wszystkożerna, a przynajmniej w kronice jej psiego żywota nie odnotowano, żeby kiedykolwiek pogardziła jakąkolwiek strawą. Nie jada jedynie drewna, szkła, metalu i plastiku. Ziemię i owszem zdarza się jej połknąć wraz ze znalezionymi różnymi smakowitymi rarytasami. Sonia to klasyczny szperacz podłogowy, przed którym nie ukryje się żadna, najmniejsza nawet okruszynka zdatna, bądź nie, do spożycia. A więc, jak już wspomniałem, Sonia do domu wróciła. Wieszałem na balkonie ręcznik i widziałem jej powrót. Leciała szlajać się z pompą, w towarzystwie bandy rozjazgotanych kundlów, wracała już nie tak szumnie, sama, ale zadowolona.
- O proszę, suka marnotrawna wraca - powiedziałem oparłszy się o balustradę. - Sonia i jak było na wczasach? Wyszalałaś się? - zawołałem. Sonia spojrzała, zamajtnęła dwa razy ogonem na znak, że słyszała, ale nie wdając się ze mną w dyskusję, przemknęła radosnym truchtem do furtki swojej rezydencji, sprawdziła łapą, czy jest otwarta, a że okazała się zamknięta, szczeknęła informując domowników o tym, że wróciła i oczekuje na wpuszczenie do domu. Poczekała chwilę, a że reakcji nie było, szczeknęła ponownie. Drzwi się otworzyły i ukazała się w nich sąsiadka. Sonia prewencyjnie zrobiła minę skruszoną, skuliła się i podwinęła ogon pod siebie.
- Gdzieś ty się szlajała, ty włóko, co?! - powiedziała sąsiadka otwierając furtkę. - Do domu ty cholero!
Sonia z podkulonym ogonem przyśpieszyła kroku i pomknęła do domu… 

17 lipca

O wywczasie w górach. Suka na gigancie.

Wywczasowywuję się, wypoczywam, leniuchuję i ładuję się. Jest pięknie, spokojnie i cicho. Zazwyczaj. Teoretycznie mógłbym spać do południa, ale praktycznie budzę się około 7 rano, bo zaprogramowany wstawaniem do pracy o tej porze wewnętrzny budzik, ignorując fakt, że jestem na urlopie, budzi mnie, cholera jeden. Dzisiaj jednak, dla odmiany, zostałem obudzony w sposób arcyniemiły przez gorszące ekscesy natury obyczajowej! Otóż suka sąsiada, pomimo wieku zdecydowanie klimakterycznego, ma cieczkę. Z tego powodu jest przez sąsiadów skrupulatnie pilnowana i pod nadzorem wypuszczana (dom jest ogrodzony, a furtka zamknięta) tylko na chwilę dla niezbędnego przykucnięcia, poczym natychmiast zamykana z powrotem w domu. Pomimo podjętych przez sąsiadów środków ostrożności w postaci aresztu domowego, wieść o chutliwości suki rozniosła się po okolicy i tłum psów wszelkiej maści, wielkości i urody w nadziei na rozpustę wytrwale patroluje ogrodzenie wokół domu sąsiada. Dzisiaj tuż przed 6 rano sąsiadka wypuściła sukę, żeby załatwiła swoje interesa… I załatwiła, a jakże. Jednym susem przeskoczyła przez niedomkniętą furtkę i wpadła w grupę koczujących pod jej rezydencją psów, wybrała kundla o wyjątkowym braku urody i puściła się z nim bezwstydnie na oczach swojej pani i innych psów! „Sonia, kurrrrrrrrwa!” – długim, pełnym pasji, wibrującym r sąsiadka dała upust swojej wściekłości i coś tam jeszcze dodała, ale została zagłuszona przez jazgot podniesiony przez pozostałe psy zazdrośnie kibicujące tej wyuzdanej rozpuście. Ja rozumiem, że Sonię sparło w dołku, jak Jagnę w Chłopach i musiała dać upust chuci, ale żeby tak ostentacyjnie na oczach wszystkich?! I na dodatek pognała gdzieś szlajać się dalej, a za nią ta cała rozjazgotana chmara psów. Choć suka na gigancie oznacza brak koczujących w sąsiedztwie rozamorowanych psów - co jest jedynym w tej skandalicznej historii pozytywem - to nie zmienia faktu, że suczysko nie szanuje się, oj nie szanuje.

13 lipca

O wywczasie w górach. Precedens.

Stała się wczoraj rzecz niebywała! Rewolucja i niebezpieczny precedens! Pani Zosia usiadła w kościele po lewej, męskiej stronie nawy! Gwałcąc uświęcony lokalny zwyczaj* nakazujący kobietom i mężczyznom siadać w kościele oddzielnie – kobietom po prawej, a mężczyznom po lewej stronie nawy. Zwyczaj mający dla pokolenia pani Zosi fundamentalne znaczenie dla lokalnej moralności i przystojności. No bo kto to widział, żeby baby z chłopami mieszali się w kościelnych ławkach?! Toż od czegoś takiego już tylko krok do gender! Czekam na reakcję mediów oraz episkopatu, bo tak doniosłe wydarzenie z pewnością nie pozostanie bez echa…
_________________________________

*zwyczaj egzystujący od czasów Noego aż do pokolenia pani Zosi, bo późniejsze pokolenia już się tym objawem lokalnej moralności nie przejmowały

07 lipca

Dyptyk

Dotyk… Drżenie… Urywane oddechy… Przeciągłe westchnienia… Powietrze wibrujące zapachem rozgrzanych nagich ciał… Gwałtowne bicie serca i krew dziko pulsująca w tętnicach… Miłość… Namiętność… Jednia… Nieziemska ekstaza…

Leżąc naprzeciwko i gładząc jego policzek dłonią, chłonąłem jego zapach zmieszany z aromatem żelu pod prysznic i chłodną miętą pasty do zębów. Nasze oczy błyszczały, a twarze rozpromieniał lekki uśmiech. Przesunąłem miękko palcem wzdłuż nabrzmiałej żyłki na jego skroni, musnąłem skórę na policzku i zatrzymałem się przy kąciku jego pięknych, pełnych ust. Delikatnie przesunąłem opuszkiem po jego dolnej wardze. Rozchylił usta, odsłaniając rząd białych zębów. Zsunąłem palec niżej na rozkoszny dołeczek w brodzie.
- Pyszczku… - szepnął, ale szybkim ruchem przycisnąłem palec do jego ust, nie pozwalając mu mówić dalej. Podążając ponownie palcem ku brodzie pociągnąłem w dół jego dolną wargę. Przesuwając palec niżej uwolniłem ją - z lekkim mlaśnięciem spotkała się z górną wargą.
- Kocham cię – szepnąłem.

06 lipca

O wywczasie w górach. Zdziczenie.

Dziczeję. Podoba mi się ten stan wewnętrzny. Jest pięknie.

01 lipca

O wywczasie w górach. Odpoczynek i relaks.

Odpoczywam i relaksuję się. Jestem wyluzowany i pogodny. Włóczę się po górach codziennie przemaszerowując od 12 do 15 km. To są spokojne wędrówki, a nie forsowne marsze. Zachwycam się widokami, górskim wiaterkiem owiewającym moją twarz cudownym, świeżym, trawiasto-ziemisto-leśnym zapachem, najpiękniejszym jaki znam. Odstresowuję się. Żywimy się wszyscy dietetycznie – Mama z powodu cukrzycy, Artur i ja dla wiotkości naszych talii. Wczoraj jedliśmy gotowane na parze brokuły oraz łososia.
- Nie wiedziałem, że brokuły gotowane na parze są takie wydymające – stwierdził Artur zostając nieco z tyłu.
- Jakie? – zapytałem rozbawiony.
- Wydymające.
- Brzmi dekadencko – parsknąłem śmiechem.
- Ty, Mały, ty się doigrasz, mówię ci – zaśmiał się Artur.
Wczoraj zrobiliśmy z Arturem jakieś 15 km górami. Artur nieprzywykły do takich dalekich pieszych wypraw, trochę marudził, że będzie miał zakwasy następnego dnia, ale chętnie maszerował. Tak mu się włóczęgostwo spodobało, że zerwał się dzisiaj około 7 rano (to śpioch zalegający w łóżku najchętniej do 11!) i poinformował, że zakwasów nie ma i jest gotowy na kolejną włóczęgę. Zerwał się tak wcześnie, bo stwierdził, że „szkoda dnia na zaleganie w łóżku”. Poruszyło mnie to jego wyznanie. Dziś dla odmiany zrobiliśmy sobie całodzienny wypad do Piwnicznej nad Poprad, pospacerowaliśmy, posiedzieliśmy nad rzeką i zapominając na chwilę o wiotkości naszych talii, zjedliśmy na piwniczańskim rynku najlepsze na świecie lody włoskie. Dzisiejszą dietę przez to szlag trafił, ale co tam – urlop przecież…

24 czerwca

Parszywienie świata.

Odwiedziłem wczoraj panią Zosię. Jest w doskonałej formie, choć tradycyjnie, siłą przyzwyczajenia, trochę ponarzekała na swoje (jej zdaniem jak zawsze kiepskie) zdrowie. I na świat, który jej zdaniem zmierza ku zgubie. Pani Zosia czuje to każdą komórką swojego ciała. Jak Galadriela w książce „Władca pierścieni”. J. R. Tolkiena, której pani Zosia nie czytała, bo cóś jej nie ciągnie do fantastyki. Galadriela twierdziła, że świat się zmienia, a pani Zosia idzie w swoich odczuciach jeszcze dalej, twierdząc, że nie tylko się zmienia, ale i parszywieje w tempie zastraszającym. Bo się „takie rzeczy wyprawiają”! Dawniej tak się „nie wyprawiało”! Pozwoliłem sobie nie zgodzić się z tezą pani Zosi. Zrobiłem jej wykład, że zawsze się na świecie „wyprawiało” tylko, że niewiele docierało. Przed wojną wielu było analfabetów, a i niewielu „czytatych i pisatych” kupowało gazety, bo drogie były. Na radio też mało kogo stać było. Świat ograniczał się do okolicy, z której spływały wieści i plotki. Podróżowało się bardzo mało, więc rzadko zdarzało się, żeby ktoś przybywał z daleka, czy to powracający miejscowy, czy też obcy przybywający w jakichś interesach – z miasta powiatowego, a czasem nawet z Krakowa, Lwowa, Wilna, Gdyni, czy Warszawy. A już zupełną rzadkością był ktoś przybywając z zagranicy. Ktoś taki postrzegany był jako postać niemal heroiczna, cudem ocalała z niebezpieczeństw podróży. Z automatu stawał się lokalnym celebrytą, którego pokazywało się dzieciom. Opowieści snutych przez kogoś takiego słuchało się z zapartym tchem i to, czy słyszało się ich po raz pierwszy, czy po raz setny było sprawą drugorzędną, bo niezmiennie zapładniały wyobraźnię słuchacza krainami nieznanymi, niezwykłymi, na poły mitycznymi… Po wojnie komuna cenzurując wiadomości ze świata (tego zza żelaznej kurtyny) i z bloku komunistycznego, serwowała propagandową pulpę traktowaną przez większość społeczeństwa w kategoriach kabaretowych, dlatego ta większość szukała wiarygodnych wiadomości w Radio Wolna Europa, z wypiekami na twarzach łowiąc spomiędzy zakłóceń - komuna zakłócała sygnał - smakowite, antykomunistyczne niusowe kąski. Teraz dzięki internetowi i telewizji świat się skurczył i stał się przysłowiową globalną wioską. Ktoś puści bąka w Sydney, a już po kilku minutach mówi się w wiadomościach w Polsce, że ten ktoś bączy. Pani Zosia spojrzała wzrokiem mówiącym co ty dziecko o życiu możesz wiedzieć w twoim wieku, ale przygwożdżona bąkową metaforą, zgodziła się ze mną częściowo. Nie zamierzając jednak łatwo poddać swojej tezy o zepsuciu świata, wysunęła miażdżący kontrargument: A ludzie? Co ludzie wyczyniają? Gwałcą się, mordują, kradną, oszukują, bogacą się kosztem biednych ludzi, nic miłosierdzia, nic współczucia i empatii! „Człowiek człowiekowi wilkiem”, „Żyj i pozwól żyć”. I do tego jeszcze gender! Ludzie są źli! Z moim nieśmiałym protestem, że nie wszyscy, pani Zosia łaskawie się zgodziła, ale natychmiast dodała, że większość. Ale za to jakim blaskiem ta mniejszość błyszczy – powiedziałem - szczególnie na tle tej złej, zdaniem pani Zosi, większości. Poza tym – kontynuowałem – ja osobiście uważam, że proporcje są odwrotne i dobrych ludzi jest więcej. Pani Zosia ponownie obdarzyła mnie wymownym spojrzeniem w stylu o naiwna młodości. Nie zamierzała łatwo rozstać się ze swoją radosną wizją zdeprawowanego, gnijącego świata, zastosowała więc argument nokautujący: A pogoda? Zwariowała! A to słońce i upał, a to deszcz i chłód, zimy bez śniegu, śnieżne wiosny, wiatry, trąby powietrzne, wariactwo! Same anomalie! To jest chore! – dodała dla wzmocnienia swojej wypowiedzi. Nic niezwykłego – stwierdziłem rozbawiony tyradą pani Zosi – zawsze takie anomalie się zdarzały, w kronikach pełno wiadomości o nich. Pani Zosia nie komentując mojej wypowiedzi, nieprzekonana, jak łatwo się domyślić, zgrabnie zmieniła temat i zaczęła opowiadać o swoim ulubionym serialu, z fabułą snującą się w haremie Sulejmana Wspaniałego. Pani Zosia wkręciła się w fabułę i serial ogląda namiętnie. Dubeltowo, rzec można, bowiem do niedawna oglądała premierowe odcinki popołudniu, a następnego dnia przed południem również powtórkę, mając w ten sposób z obcowania z serialem przyjemność podwójną. Niestety jakiś pajac z TV zredukował tę jej przyjemność o połowę, bo przedpołudniowe powtórki zniknęły. Panią Zosię aż zatelepało z oburzenia. Poczuła się okradziona! 

12 czerwca

Urodziny

Dzisiaj mija rok odkąd pojawił się pierwszy wpis na moim blogu. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się, że przeżyje tak długo, bo w zamierzeniu miał być tylko takim doraźnym środkiem wykrztuśnym dla emocji. Dziwny to był rok: retrospektywny, refleksyjny, niewesoły. Rok pod znakiem Szarookiego, bo to On był motywem przewodnim (jeśli mogę tak powiedzieć) większości moich blogowych wpisów. Oczyszczających – patrząc z tej niewielkiej perspektywy czasowej. Nie będę ich analizował - każdy Czytelnik może sobie wyrobić o nich swoje własne zdanie. Chciałbym tylko podkreślić, że ilustrują one jedynie jakiś niewielki wycinek mojej rzeczywistości.

Nie potrafię pisać wierszy i bardzo tego żałuję, aczkolwiek ze zdziwieniem konstatuję, że popełniłem jeden, który mi się podoba, pt 21. Wydaje mi się całkiem niezły. Nie stracił nic ze swojej świeżości, choć Brązowooki wywietrzał mi z głowy. Chyba. I postów parę fajnych popełniłem, jak ten niedawny o królowej botoksu, styczniowy o Gili, październikowy o symultanicznej grozie, czy cykle kontemplacyjne poświęcone Heli, Maryśce, pani Zosi, Gosze. 
Happy birthday mój blogu. Ciekawe, czy napiszę posta na twoje drugie urodziny? Istnieje takie niebezpieczeństwo, bo blogowanie wciąż sprawia mi przyjemność. Lubię to miejsce przez siebie stworzone. Cieszy mnie to, że w różnych miejscach sieci są Osoby, które interesuje to, co piszę, co myślę, co czuję. Życie mojego bloga to Wy, Czytelnicy. Dziękuję. 

08 czerwca

O marzeniobójcy

Kilka lat temu dane mi było doświadczyć nauczycielstwa. Przez dwa lata zastępowałem koleżankę ze studiów, która powiła dziecię i na czas swojej nieobecności oddała mi na wyedukowanie (i w opiekę) gromadkę swoich uczniów. Mój epizod nauczycielski wspominam z przyjemnością, przede wszystkim właśnie dzięki owej grupce bardzo ciekawych, ambitnych i kreatywnych młodych ludzi. Po powrocie koleżanki z urlopu macierzyńskiego, moja kariera nauczycielska się skończyła. Trochę żałuję, ale nie aż tak, żeby łzy za nauczycielstwem ronić. Skąd nagle o epizodzie nauczycielskim? Ano stąd, że objawiła się w miniony długi weekend moja była uczennica, którą uczyłem w pierwszej klasie liceum (obecnie świeżo po  maturze), z prośbą o konsultację. Ocknęła się bowiem właśnie z letargu i uświadomiła, że egzaminy na studia za dwa tygodnie, a przedmiot główny, który będzie zdawała na tym egzaminie, szwenda się czochrając po lesie. Przypomniała sobie, że z owego przedmiotu w pierwszej klasie miała 5 i przeprowadziwszy prosty proces myślowy, wydedukowała, że skoro u mnie miała piątkę, a później już tylko 3, a teraz nawet 2, to znaczy, że jako nauczyciel posiadałem jakąś szczególną właściwość, która wyzwalała w niej potrzebne umiejętności. Asertywny jestem i nie mam problemu z odmową, jednak czasem, przechodzący jak dzisiaj front niżowy, zmiękcza moje granitowe serce. Była uczennica załapała się dzisiaj na owo zmiękczenie i zgodziłem się ją skonsultować. Co tu dużo mówić – to był dramat. Jej umiejętności z przedmiotu, który jest głównym przedmiotem na kierunku, na który chce zdawać, są mierne i ta mierność nie wynika z jej nieogarnięcia, czy lenistwa, lecz z jej ewidentnych ograniczeń, które widziałem już ucząc ją w pierwszej klasie. Pierwszoklasowy materiał i początkowy etap edukowania się w owym przedmiocie, pozwalały jej podstawy sprawnie ogarniać. Wraz z jednak coraz większą ilością materiału i coraz wyższymi wymaganiami jeśli chodzi o umiejętności, coraz mniej ogarniała. Po prostu nie wyszła poza etap pierwszej klasy, dokładnie tak, jak się spodziewałem. I ten pomysł, żeby zdawać na studia, na których ów przedmiot jest przedmiotem głównym. Katastrofa. Powiedziałem jej szczerze, że nie zda egzaminu, bo jej umiejętności są żadne, a w przedmiocie głównym trzeba się wykazać. Dziewczę zaproponowało, że zapłaci mi za korki tyle, ile zażądam, bylebym ją do egzaminu przygotował. Powiedziałem jej, że nie jestem cudotwórcą i w ciągu dwóch tygodni jej nie przygotuję, bo tu i roku byłoby mało, zważywszy na jej brak predyspozycji w tym kierunku. Odmówiłem stanowczo. Nie lubię niszczyć czyichś marzeń, jednak zwykła ludzka uczciwość nie pozwoliła mi postąpić inaczej. Zapytałem ją czego się spodziewała, na co liczyła? Odpowiedziała mi, że miała nadzieję, że nauczyciel, który ją uczył tego przedmiotu po mnie (niestety nie była to moja koleżanka, tylko koleś, który wybitnym, że tak to eufemistycznie ujmę, nauczycielem nie jest) pomylił się i niesprawiedliwie ją ocenił. Powiedziałem jej, że nie lubię się zgadzać z tym panem (ścieraliśmy się w szkole wielokrotnie), ale ocenił ją adekwatnie do jej umiejętności, które są mierne. Szanowała mnie jako nauczyciela i lubiła, więc – choć była bardzo zawiedziona, bo liczyła na inną diagnozę – zgodziła się z moją sugestią wybrania innego kierunku studiów. Po tej dzisiejszej konsultacji pozostał mi jakiś dziwny absmak. Absurdalny, bo przecież postąpiłem uczciwie. Nawet jej nie skasowałem za tę konsultację, bo się nad nią użaliłem, że jej marzenie zarżnąć musiałem. Marzeniobójca!

03 czerwca

Najświeższe wieści z frontu macierzyńskiego

Gocha via fejsbuk obficie raczy świat swoimi wynurzeniami utyranej matki-bohaterki, hojnie ilustrując je zastraszającą ilością zdjęć. Cieszy się dziecięciem, rozumiem to, ale ta radość, w moim odczuciu, przybiera kuriozalne rozmiary. No bo jak określić wpisy typu: „Mam na imię Zosia. Urodziłam się w Dzień Matki...”, „Jestem strasznym głodomorem i tylko jadłabym i jadła, a potem spałabym i spała...”, „Mam już tydzień i…” i tym podobne pierdoły, pod którymi zamieszcza po 20 zdjęć? Ma czas brylować na fejsbuku, bo rodzice przecież wszystko za nią robią. Oni dopiero są zmęczeni – ledwo nogi za sobą ciągają!

02 czerwca

O wizerunkowym samogwałcie i waginosceptycyzmie

Zatęskniłem za moją lekarką rodzinną i zapragnąłem ją odwiedzić. Niesiony ową tęsknotą wybrałem się wczoraj do przychodni. Po receptę na moją nocną zgagę, która powróciła była ostatnio. I to był zasadniczy powód mojej za lekarką tęsknoty. Ale mniejsza z tym. Zarejestrowałem się i usiadłem wśród kilkunastoosobowej gromadki ludzi. Szczęśliwie okazało się, że do mojej lekarki czekały tylko dwie osoby i ja trzeci, reszta towarzystwa - a w zasadzie towarzyszek - do ginekologa. Próbowałem pogrążyć się w egzystencjonalnym zamyśleniu, ale próba ta została brutalnie przerwana, bowiem… z sąsiedniego gabinetu wyszła… ZGROZA! Siejąc postrach! Zgroza owa miała z wyfarbowanych na rudo włosów ułożoną kunsztowną koafiurę na kształt hełmofonu z nastroszonym... hm... czymś, wylakierowaną tak, że żaden włosek samodzielnie drgnąć nie był w stanie, przez co cała koafiura sprawiała wrażenie, jakby wielkie, wściekle rude coś usiadło Zgrozie na głowie. Owe coś, będące mistrzostwem sztuki fryzjerskiej - jak mniemam wielokrotnie podrasowanym przez Zgrozę własną jej rączką, wprawnie i niezwykle hojnie posługującą się lakierem do włosów - było niezwykle trafnym zilustrowaniem powiedzenia o miotle porażonej piorunem. I to nie jeden raz. Pomyślałem sobie, że ta kobieta powinna mieć sądowy zakaz używania lakieru do włosów. Ta radosna moja myśl została ubita przez mój wewnętrzny niezwerbalizowany skowyt, kiedy właścicielka owej efektownej fryzury odwróciła się i... zaprezentowała mi się od frontu. Krew mi się w żyłach ścięła na chwilę! Już miałem się porwać i uciekać krzycząc: "Zgiń, przepadnij maro! A kysz!", ale włączyło się na szczęście racjonalne myślenie, podpowiadając mi, że to dzień przecież i to człowiek być musi, choć jak zombi wygląda. Uspokojony tą myślą, przyjrzałem się dyskretnie i lękliwie, acz uważnie... zjawisku. Bez żadnej przesady mogę powiedzieć, że dane mi było wczoraj ujrzeć, po raz pierwszy na żywo, królową botoksu i innych ostrzyknięć kolagenowo-hialuronowo-cholera-wie-jeszcze-jakich. Patrzyłem i nie wierzyłem własnym oczom, a w mojej głowie kołatała się myśl: Jak można zrobić sobie coś takiego!!! Zauważyłem kątem oka, bo zjawisko przykuło mój wzrok hipnotycznie, że nie tylko ja zostałem porażony tym widokiem. Wszystkie oczy w przychodni, jak urzeczone, odprowadziły tę postać od drzwi gabinetu do kontuaru rejestracji i z powrotem do gabinetu. Najzabawniejsza była reakcja jednej bardzo ciężarnej pani, której szczęka literalnie opadła na kolana i nie była w stanie nad tym opadem zapanować. Pierwszy szok się ulotnił robiąc miejsce refleksji, że ta postać kogoś mi przypomina.... Tylko kogo?... Hm… Zamyśliłem się głęboko przeczesując zasoby pamięci… Skąd ja tę postać znam?... I nagle mnie olśniło: toż to lekarka ginekolożka, która od lat przyjmuje w tej przychodni. Ale odmieniona niemal nie do rozpoznania. Do niedawna ładna, elegancka kobieta, mocno po pięćdziesiątce, a teraz postać strasząca zadziwiająca swoją ostrzykniętą botoksem, kolagenem i innym dziadostwem twarzą oraz potworną niebanalną fryzurą. Moje spojrzenie zawisło na moment na miejscu w jej twarzy, gdzie powinny były znajdować się jej usta. Nie było ich. W tym miejscu straszyły gigantyczne wary, napompowane kolagenem do absurdalnych rozmiarów, wyglądające jak przylepiony do twarzy osobny byt, uszminkowany na dodatek czerwienią w kolorze rajdowym! Również policzki wyglądały osobliwie, jakby opuchnięte. Całość sprawiała wstrząsające wrażenie, bowiem pani wyglądała tak, jakby oddała swoją twarz jakiemuś bokserowi do obicia (w miejsce worka treningowego), a skutki tego użycia (a raczej nadużycia!) pokryła jaskrawym, ostrym makijażem. Całości dopełniał ubiór w stylu młodzieżowym… Jeśli ta metamorfoza miała zwrócić na panią doktor powszechną uwagę, to spełniła swoje zadanie, bo jestem przekonany, że nie ma człowieka, który by się za nią nie obejrzał! Jeśli natomiast miała ująć jej lat, to… Cóż… W jej opinii cel został osiągnięty, bo sprawiała wrażenie bardzo z siebie zadowolonej. Nie dane mi było dłużej kontemplować tego oszałamiającego widoku, bo pani doktor w drodze powrotnej do swojego gabinetu, wyczytała z karty (usta jej zachlupotały przy tym, jakby przelewała się w nich wpompowana zawartość) nazwisko bardzo ciężarnej pani, która na to wezwanie dźwignęła swoją opadniętą szczękę z kolan, a następnie swoją ciążę i posłusznie za lekarką podreptała. A ja nie mogąc oderwać oczu od ust pani doktor, odprowadziłem je do drzwi gabinetu. A nawet jeszcze dalej. Po czym uświadomiłem sobie, że dopiero jak zniknęła z pola mojego widzenia, zacząłem ponownie oddychać. Nie tylko ja zresztą, bo siedzący obok mnie (bardzo przystojny) czterdziestoparolatek sprawiał wrażenie jeszcze bardziej ode mnie wstrząśniętego. To, co ta kobieta sobie zrobiła, to samogwałt na własnym wizerunku. Wizerunkowy samobój znaczy. Zgroza!
Przeczytałem dzisiaj gdzieś w necie: „Ja nie jestem gejem. Ja jestem waginosceptykiem”. Urzekło mnie to zdanie, szczególnie w kontekście mojej wczorajszej wizyty w przychodni. Pomyślałem sobie bowiem, że zgroza, której widokiem zostałem wczoraj porażony, może urwać poślady tudzież inne przydatki i nawet z waginoentuzjasty uczynić waginosceptyka, jeśli okaże się niewystarczająco  na takie traumy odporny…

27 maja

Sztuka megalomanii

Zadzwoniła dzisiaj przed południem moja Ciotka z wiadomością, że oto wczoraj późnym wieczorem Gocha porodziła drugie dziecię, tym razem, dla odmiany, płci żeńskiej. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby… No właśnie. Pierwsze dziecię (chłopczyka) Gocha zaplanowałaurodzić (za pomocą cesarskiego cięcia) w dzień matki, z drugim musiała więc wycyrklować równie efektownie. A nie było to łatwe, oj nie, bo wybór miała aż za duży: dzień matki wczoraj, swoje urodziny dzisiaj i dzień dziecka w poniedziałek. Wyobrażam sobie jak straszny dylemat miała, jak miotała się po domu w szale decyzyjnym, trzymając się za głowę i załamując ręce. Dzielnie i z oddaniem towarzyszyli jej w tym na pewno rodzice. Przeważyła, jak zawsze, jej megalomania i Gocha kazała się rozwiązać ponownie w dzień matki. Najwidoczniej uznała, że urodziny dziecka kolidowałyby z jej własnymi urodzinami. No bo czyż jest na świecie większa uroczystość? Gocha uważa… Nie to złe określenie, bo Gocha nie uważa – Gocha wie! A więc Gocha wie, że nie. Drugie dziecię Gochy przyszło zatem na świat w dzień matki, tak jak pierwsze. I wszystko fajnie. I w konwencji. Albowiem obie ciąże Gochy zostały rozwiązane ca 3 tygodnie przed wyznaczonymi terminami, żeby uczynić zadość jej fanaberiom, bo wskazań medycznych do przyspieszenia o te 3 tygodnie nie było żadnych ani za pierwszym, ani za tym drugim, wczorajszym razem - tak twierdzi sama Gocha. A skoro Gocha tak twierdzi, to Gocha wie. Cisną mi się pod palce jedyne adekwatne słowa: Ja pier...lę! Sorry. To nie ze wzburzenia, nie. Udzieliło mi się chyba, częściowo, wzruszenie Ciotki, bowiem spłakała mi się do telefonu. Nie tylko z powodu narodzenia wnuczki, ale przede wszystkim z powodu rozczulenia się nad niebywałą wprost mądrością Gochy, która wymyśliła była dla narodzenia swojego dziecięcia po raz drugi datę tak czcigodną! Ciotka uderzyła mniej więcej w taki deseń: „O ho ho, a ha ha, jaki to prezent Gocha na dzień matki znowu dostała! Córcię urodziła. Ło jeju, ło jeju!”. Nie powinno mnie to dziwić i nie dziwi. Znam dobrze te ich klimaty. I Gochę znam. Żyje dziewoja w swoim matriksie. Została tam umieszczona przez rodziców i dzielnie tam trwa, bo czując się absolutną i wszechpotężną carycą, wcale nie chce tego matriksa opuszczać. Jedynie w pracy, uwielbiające ją koleżeństwo, czyni starania (z bezinteresownej podłości!), żeby Gocha łapała kontakt z rzeczywistością. Gocha nie zrzędzi – Gocha wyraża swoje uczucia. Gocha nie poucza – Gocha łagodnie sugeruje. Gocha się nie awanturuje – Gocha jedynie subtelnie przedstawia swoje stanowisko. Gocha nie robi scen  – Gocha zarządza światem. A to, że wszyscy poza Gochą i jej rodzicami postrzegają te wszystkie aktywności zarządcze Gochy jako – sorry za kolokwializm, ale idealnie tu pasuje – wkurwiające, to wynika z niezrozumienia faktu, że Gocha uginając się pod brzemieniem odpowiedzialności za losy ludzkości tak musi, bo inaczej się udusi. Ja sam zauważam ogromny wpływ, jaki Gocha wywiera na otoczenie, z którym się łaskawie styka. Również na mnie. Nawet pisząc o niej, dostrzegam, że słownictwo mi się brutalizuje. I tak mają wszyscy, którzy dostępują zaszczytu obcowania z Gochą. Wcale mnie nie dziwi, że wszyscy starannie ten zaszczyt sobie reglamentują. Ja też. Widzę również, że starsze dziecię Gochy – fajny, radosny dwuletni chłopczyk - jest kształtowane na obraz i podobieństwo Gochy. Dziadkowie pracowicie i z wielkim oddaniem produkują klona swojej córeczki. Dzieciak jest cały czas bombardowany ich nadekspresyjnością - permanentnym gruchaniem babci i wierszykomówstwem dziadka. Nie pozwalają dzieciakowi nawet na chwilę samodzielności i… spokoju. Jest tak przebodźcowany, że gania po domu jakby miał śmigło w tyłku i nie mówi, a jazgocze, bo musi się przebić przez gruchanie babci i wierszyki dziadka. Wydawało mi się, że wierszykomówstwo jest domeną dzieci, okazuje się jednak, że rzeczywistość potrafi przebić nawet najśmielsze wyobrażenia. Gocha, o dziwo, w tym wszystkim zachowuje rozsądek, bo muszę oddać jej sprawiedliwość, że - choć siebie kocha niezmiennie najbardziej i większość swoich macierzyńskich obowiązków dla własnej wygody ceduje na rodziców - jest bez wątpienia kochającą matką…

Z ostatniej chwili:

Podziwiam krzepkość Gochy! Naprawdę! Dwie godziny po cesarce Gocha miała siłę napisać na FB o tym, jakaż to radość spotkała ją w dzień matki ponownie. Tak sobie myślę, z autentycznym podziwem, że siła megalomanii jest jednak ogromna!

No i breaking news:

Gocha chyba wyczaiła, że o niej piszę, bo… zadzwoniła do mnie przed momentem i uszczęśliwiła mnie swoim monologiem. Szczyci się swoją prawdomównością, więc uraczyła mnie dramatyczną i szczerą opowieścią o tym, jak to mało brakowało, a jej plan porodowy by się nie powiódł, bo lekarz chciał przesunąć jej cesarkę na dzisiejszy poranek! Gocha była oburzona, bo przecież nie przywykła do takiego bezceremonialnego obchodzenia się z jej planami! Zwłaszcza, jeśli za te plany zapłaciła wcale niemałe pieniądze, wybierając na rody prywatną klinikę. Jak znam Gochę, to udarła na rodziców twarz i wysłała ich z zadaniem uświadomienia tego lekarzowi. Argument ekonomiczny (płacę więc wymagam!) okazał się skuteczny i plan Gochy został ocalony. Monolog zakończyła stwierdzeniem, że jest szczęśliwa, że wszystko (sic!) przebiegło pomyślnie i mała jest zdrowa, a ona sama czuje się dobrze. Opowiedziała mi to wszystko bez choćby cienia poczucia absurdalności tej sytuacji. Cóż, autorefleksja nigdy nie była jej mocną stroną. Po rozmowie z Gochą narzuciła mi się refleksja, że w ten oto sposób Gocha wzniosła się na szczyty megalomanii, czyniąc z niej rodzaj Sztuki! I to przez duże S. A co!

20 maja

Powierzchnia rzeczywistości

Jeżeli chodzi o przemieszczanie się, to w moim życiu zdecydowanie dominuje samochód. Jednak czasem - bardzo rzadko, bo do sportów ekstremalnych cóś mnie nie ciągnie - dla utrzymania się na powierzchni rzeczywistości przewiozę się tramwajem. Wczoraj był taki właśnie dzień. Pogoda piękna, 26o C. Ciepło. No właśnie… Jazda tramwajem w ciepłe dni to czysta masakra! Zaraz po wejściu do tramwaju powonienie zostaje porażone smrodem tak, że chciałoby się gromko zakrzyknąć: „Ludziska, na litość boską myjta się, bo śmierdzita tak, że oszaleć można!!!”. Fetor, jaki niektórzy za sobą ciągną, mógłby ocucić zemdlonego, po czym go na nowo z nóg zwalić. Flejtuchy! Tego nie da się wytłumaczyć biedą, bo mydło można kupić za niecałe 2 złote. Niestety ciągle jeszcze wielu hołduje zasadzie, że ”częste mycie skraca życie” i niestraszna im etykieta brudasa, która via powonienie sama się brutalnie narzuca. Na samo wspomnienie wczorajszej mojej tramwajowej ekskursji zbiera mi się na mdłości. Makabra!
Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger