24 grudnia

Wesołych Świąt!

Wesołych Świąt!
Dobrze być kolędnikiem, lecz tylko Turoniem,
Kożuch plecy mu grzeje, gwiazda nad łbem płonie.

Dobrze być kolędnikiem, ale tylko Królem,
Ma koronę z pozłotki, ojcowską koszulę.

Dobrze być kolędnikiem, lecz tylko Aniołem,
Dźwigać skrzydła puchate, z drutu aureolę.

Dobrze być kolędnikiem, lecz tylko kukiełką,
Mróz zaskwierczy – dać susa w stajenne ciepełko.

Dobrze być kolędnikiem, lecz najlepiej kosem,
Ofuknąć swym świergotem groźną śmierci kosę…

Jan Twardowski Pastorałka

Spokojnych i dobrych Świąt! Niech będą takie, jakie lubicie!

02 grudnia

BHP

Szkolenie BHP. Spęd. Ścisk. Tłok.
- Czekaj, bo muszę się rozkroczyć, żeby przejść - powiedziała przepychając się, jak zawsze w ostatniej chwili, do ostatniego niezajętego miejsca znajdującego się przypadkiem obok mnie. Oparłszy się jedną ręką na moim ramieniu, drugą na oparciu krzesła, do którego zmierzała, spróbowała zrobić wielki krok ponad jego oparciem, utknęła jednak, bo jej noga okazała się za krótka i rozkrok niewystarczający. - Ale ciasno. Wyobrażasz sobie ewakuację w razie pożaru?
- O tak – odpowiedziałem z szelmowskim uśmiechem. - Ja zwieję szybko, ale ty zanim się zkroczysz, spłoniesz pewnie doszczętnie.
Zrezygnowawszy z przekraczania, chichocząc obeszła krzesło i zająwszy swoje miejsce rozparła się wygodnie.

21 listopada

Etnicznie

Kilka dni temu miałem zabawne doświadczenie w przychodni, kiedy czekając z mamą na lekarza, powiedziałem nieopatrznie do przełączającej programy we włączonym w poczekalni telewizorze pani, że bardzo lubię Chopina (akurat przeleciała przez TVP Kultura, gdzie jakiś pianista produkował się w Preludiach). Pani owa na moją uwagę odpowiedziała pytaniem: „Naprawdę lubi pan TAKĄ muzykę?!!!”. W jej tonie było tyle niedowierzania i zdziwienia, jakbym co najmniej do kanibalizmu się przyznawał. I to chronicznego. Rozbawiło mnie to, więc śmiejąc się potwierdziłem, że tak, bardzo lubię muzykę klasyczną, na co pani ze szczerym politowaniem w oczach odpowiedziała: „Co kto lubi”. Domniemywam, że ona jest miłośniczką muzyki etnicznej, w jej najbardziej wyrafinowanej formie: disco polo...

04 listopada

Refleksja egzystencjalna

Czy gdyby Vanessa Wyrwoł wyszła za mąż za Kevina Wypukoł dodałaby nazwisko męża do swojego?  Zważywszy na odważne imię, można domniemywać, że charakteru dość by miała, aby z godnością i dumą nosić podwójne nazwisko, tak detalicznie opisujące wszystko to, co małżonek by jej uczynił…

03 listopada

Grisza

Wczoraj przez Luśkę przeleciał orkan Grisza, siejąc olfaktoryczne zniszczenie podstępnymi, bezszelestnymi i jadowitymi wiatrami…

02 listopada

O 40 stopniach - epilog

Niedawno pisałem o zaplanowanej na przyszły rok cholecystektomii mamy. Zrobiono ją jej na cito (klasycznie) w zeszłym tygodniu, po zdiagnozowaniu w usg dorodnego, pracowicie wyhodowanego przez nią (z pomocą lekarzy) dorodnego okołopęcherzykowego ropnia. Choć przed operacją nie obyło się bez chwil grozy, bo istniał niewielki margines, że na pęcherzyku, prócz ropnia, mógł być też guz, szczęśliwie jednak wszystko kończy się dobrze. Mama jest już w domu, słaba, ale zadowolona, że jest już wyleczona. Teraz tylko musi wrócić do sił. Pielęgnujemy, zmieniamy opatrunki, gotujemy, sprzątamy, a ja na dodatek palę w piecu, czego entuzjastą jestem umiarkowanym…

25 października

40

40
Szarooki obchodzi dziś czterdzieste urodziny. Obejmuję go myślą, bo tylko tak mogę, życząc mu dobrego życia. Świat z nim jest lepszy. I ładniejszy…

15 października

Pogoń

Zidentyfikowany obiekt latający obrał sobie za cel Luśkę i ją przegonił. Zdarzenie to miało swój prolog dwa dni wcześniej, kiedy pożarła kawałek sznurówki. Przybrawszy parę dni później łukowatą pozycję wycisnęła z siebie coś egzotycznego, co dyndając na sznurówce, której większa część wciąż w niej tkwiła, odczepić się od niej nie chciało i goniło biedaczkę, która przed tym bezowocnie uciec próbowała, bowiem im szybciej gnała, tym szybciej była ścigana. Biegałaby tak pewnie do wieczora, gdyby nie przypadek, który się nad nią zlitował, stawiając na drodze jej ucieczki krzaczek, który pokonała jednym susem, a za nią ów tajemniczy artefakt lecący odrobinę niżej, dzięki czemu zaczepił się o gałązkę i odczepił od Luśki. Ach, co to była za radość…

10 października

O 40 stopniach, paleniu i jesieni w górach

W góry przyjechałem wprost w czterdzieści stopni. Szkliste oczy, nienaturalne rumieńce i związane z czterdziestoma stopniami atrakcje w postaci bredzenia i wydawania z siebie dziwnych odgłosów, które sprawiły, że trochę przystresiłem, bo nie wiedziałem, co się dzieje. Przyznała się, że ma tak od tygodnia, ale ukrywała to przede mną. Nie była też u lekarza, bo za słaba była, żeby pojechać do przychodni. „Mogłaś przecież zamówić wizytę domową” – drążyłem ku jej niezadowoleniu. „Mogłam, ale nie zamówiłam, bo nie miałam siły posprzątać, a wstyd mi było tego bałaganu”. No tak – pomyślałem – bałagan ważniejszy od własnego zdrowia. Przychodnię załatwiliśmy więc w pierwszej kolejności. Diagnoza: kamica żółciowa i prawdopodobne zapalenie pęcherzyka żółciowego. W środę po odebraniu zleconych przez lekarza badań diagnostycznych, okaże się, jakie będzie dalsze postępowanie. 

Pomiędzy rzutami gorączki odbyłem przyśpieszony kurs palenia w węglowym piecu centralnego ogrzewania. Był czas w moim życiu, kiedy paleniu oddawałem się hobbystycznie i namiętnie, jednak to było dla mnie zupełną nowością. Doświadczywszy owej nowości mogę powiedzieć, że palenie w piecu nie jest tak ekscytujące, jak palenie papierosów, acz przyznać muszę, że znacznie dla mnie zdrowsze. Ta świeża umiejętność pięknie będzie się prezentować w moim CV.

Tymczasem w górach rozgościła się jesień. Jest chłodno i mokro. Pierwszy poranny przymrozek sprawił, że drzewa pośpiesznie zmieniają swoje kolory. Lasy zaczerwieniły się już bukami i zażółciły brzozami, ciesząc oczy feerią barw. Jest pięknie. Lubię chłodne jesienne poranki i wieczory pachnące mokrą ziemią, opadłymi liśćmi oraz pierwszymi przymrozkami. I choć za jesienną pluchą nie przepadam, bo zdecydowanie wolę słońce, to przypomina mi ona, jak przyjemnie jest wracać do ciepłego domu…

27 września

Z internetowej czeluści

Z internetowej czeluści

Bluszcz. Pismo Tygodniowe Ilustrowane dla Kobiet, 1896 rok.

No i dowiedziałem się wreszcie, gdzie owo "uczucie zupełnego wykolejenia się w dniu następnym" ma swoje źródło...

23 września

Przytulanie wyjątkowości

Gocha przysłała mi wczoraj wiadomość na facebooku o treści: Dziś jest dzień przytulania na facebook, wyślij je do wszystkich kontaktów i sprawdź ile otrzymasz z powrotem. Od 5 wzwyż, jesteś kimś wyjątkowym. Jestem przekonany, że otrzymali ją wszyscy jej znajomi z facebooka, więc nie poczułem się wyróżniony. I odesłałem. Bez wahania. Pewnie chodzi po tej naszej matce ziemi paru zwyrodnialców nie dostrzegających niepospolitości Gochy, ale ja do nich nie należę. Ja ją widzę, a nawet bywa, że i czuję w osobistym kontakcie, kiedy bezceremonialnie anektuje moją przestrzeń, jak stado dzikich Hunów. Podczas przesyłania przez moją głowę przemknęła myśl, czy wysyłając ten łańcuszek Gocha aby nie czuła choćby nikłego cienia niepewności co do dostrzegania jej wyjątkowości przez innych, bo że dla siebie samej jest wyjątkowo wyjątkowa to oczywiste, ale dla innych już takie być nie musi. Odegnałem jednak tę myśl, bo z własnego doświadczenia wiem, że jeśli komuś dane było poznać Gochę, czyli poprzebywać z nią dłużej niż godzinę, bo to jest czas maksymalny, kiedy jest w stanie się kontrolować, dane mu też było doświadczyć jej niepowtarzalności, a tego nigdy nie zapomni…

22 września

Jesień

Jesień
Jesień rozgościła się za oknem. I w moim łóżku, choć nie wiem, czego w nim szuka idiotka...


06 września

Luciano

Luciano


Odszedł dziesięć lat temu. Miał jeden z najpiękniejszych głosów, jakie w życiu słyszałem. Zostawił go na nagraniach, byśmy mogli się wciąż na nowo zachwycać jego promiennym blaskiem...

27 sierpnia

Przeżuwaczka

Zainteresowawszy się ruchem moich szczęk żujących owocową gumę do żucia, przytruchtała, wspięła się na mnie, uważnie obwąchała i delikatnym pacnięciem łapki w brodę poinformowała, że ona też by coś tak ładnie pachnącego zjadła. Moją odmową nie bardzo się przejęła, bo gdy tylko ruszyłem się z kanapy, zostawiwszy świeżo napoczęte opakowanie gum na stoliku obok, zaledwie dwoma szybkimi hopsami znalazła się na nim, wyciągnęła z opakowania 3 listki, zeskoczyła i oddała się konsumpcji. Wracając zarejestrowałem dziamganie i mlaskanie jej szczęk oraz zadowolenie malujące się na jej pyszczku. „Co ty tam żujesz Luśka?!” zapytałem raczej retorycznie, bo po jej szelmowskiej minie od razu zorientowałem się, że gwizdnęła gumę do żucia. „Oddawaj!” pochyliłem się chcąc jej ją zabrać, ale zanim zdążyłem otworzyć jej mordulę, wzmogła mlaskanie i gumę, a w zasadzie 3 zlepione w kulkę, głośno przełknęła. Dodam, dla porządku, że pożarła je nierozpakowane, więc różowa kulka miała akcenty srebrne. Luśka zdaje się jest gumoodporna, bo owa nietypowa karma jej nie zaszkodziła.

18 sierpnia

Refleksja egzystencjalna

Wkładając do szafki w łazience zakupione dziś 2 kolejne tubki pasty do zębów odkryłem, że mam ich tam zachomikowanych 12. Lubię mieć zapas, żeby brak mnie nie zaskoczył, jednak czy taka ilość to jeszcze zapobiegliwość, czy może już lekka obsesja?

07 sierpnia

Homofobia

Mój przyjaciel obwieścił mi, że jest homofobem i nienawidzi ciuciurup. Od razu zapewnił, że mnie to nie dotyczy, bo:
1. jego homofobia obejmuje wyłącznie jego byłych
2. nie jestem ciuciurupą

Odetchnąłem z ulgą.

05 sierpnia

Luźna refleksja

- Pozwól Lusiu, że pańcio podzieli się z tobą taką luźną refleksją – powiedziałem trzymając w bezpiecznej odległości język Luśki, która przyszedłszy skłonić mnie do zabrania jej w góry, usiłowała zastosować argument miażdżący w postaci polizania po twarzy. - Wolałbym, żeby twój język nie spotkał się z moją twarzą, bo wiem, które rejony twego jestestwa pracowicie przed chwilą wylizywał. Rejestruję twoją gotowość i jakby co, to moja odpowiedź brzmi dzisiaj najprawdopodobniej tak, ale na to magiczne, wyzwalające wybuch twojego entuzjazmu słowo na p musisz cierpliwie poczekać do popołudnia. Bądź dobrej myśli. Tymczasem, żeby urozmaicić sobie oczekiwanie, idź na balkon, sprawdź, co tam słychać i jak już sprawdzisz, przyjdź opowiedzieć.

Poszła. Sprawdziła. Wróciła szczekając z donosem, że sąsiad przechodził w pobliżu.

03 sierpnia

Anihilacja

Chcąc rankiem zachłysnąć się ponownie widokiem rokokowej rabatki sporządzonej onegdaj przez sąsiadkę, wyszedłem na balkon, ale doznałem bolesnego rozczarowania, bo zniknęła bez śladu. Nie z winy jakiejś trąby powietrznej, czy huraganu, bowiem to inny żywioł zmiótł tę radującą oczy instalację z powierzchni ziemi. Żywioł ów ma na imię Baśka i jest córką sąsiadki. Zwiedziawszy się wczorajszego wieczora od gawiedzi o artystycznym wyczynie matki, pognała do niej szybciej od wichru. Dobiegłszy złapała się prawą dłonią za swoją dorodną, lewą pierś, głucho stęknęła, nie tylko pod jej ciężarem, zachwiała się, ale ustała i choć słowa entuzjastycznych zachwytów wzbierały w niej jak powódź, nie wyraziła ich, bowiem kątem oka zarejestrowała delikatne poruszenia firanek w sąsiedzkich oknach i mnie jawnie zbierającego dyndające na balkonie ręczniki. Siłą woli, zaciskając zęby, wprawiła w ruch swoje nogi i weszła do domu, gdzie – jak mniemam - nie omieszkała podzielić się z matką swoimi wrażeniami. Noc zapadła i mrok okrył ziemię, a wtedy w sąsiedztwie coś się dyskretnie poruszyło, zaszumiało i zaszeleściło. Rankiem okazało się, że rabatka zniknęła w równie cudowny sposób, jak się pojawiła. Mrok ukrył sprawcę tej anihilacji, ale gdyby mnie kto pytał, bez wahania, mrużąc z pretensją oczy, wskazałbym paluchem na Baśkę…

02 sierpnia

Rabatka

Mojej sąsiadce, tutaj w górach, w ciągu jednego wieczora grządka pod oknem obrodziła feerią kolorowego kwiecia. Cud, mógłby ktoś powiedzieć, ale byłby w błędzie, sąsiadka bowiem wybrawszy się odwiedzić swoich dawno zmarłych rodziców na cmentarzu, mijając kontener na śmieci ustawiony przy wejściu, została porażona widokiem porozrzucanych wokół niego resztek wieńców. Porażenia owego doznawała regularnie, bo też i ów nieporządek pojawia się tam cyklicznie, a ona nie potrafiąc przejść obok niego obojętnie sprząta te resztki. Pochylając się wczoraj po strzępy wieńca obudziła z letargu ukrytą gdzieś w głębi estetkę i ujrzawszy oczyma duszy pstrokatą rabatkę pod swoim oknem, dech z zachwytu nad jej urodą straciła i zapragnęła wprowadzić owo objawienie w czyn, zebrała więc porozrzucane plastikowe kwiatki i materializując ową wizję, powtykała je w pustą grządkę pod swoim oknem. Wieść gminna przekazuje sobie z ust do ust nowinę o tej poruszającej, iście bizantyjskiej instalacji i tłumy gawiedzi pielgrzymują, by ją ujrzeć. A zaiste jest co podziwiać!

24 lipca

Gdzie jest środek?

Po jednej stronie mający jedyne słuszne panaceum na naprawę Rzeczypospolitej, krzyczący o kanaliach, które zamordowały mu brata, mówiący won! do posłanki opozycji Kaczyński, jego arogancki, zabetonowany, głuchy na jakiekolwiek argumenty dwór i bojówki za 500+.

Po drugiej Schetyna straszący w imię demokracji (!) wyborców PiSu więzieniem, resztki skompromitowanej ośmiorniczkami PO, cyniczni prawnicy i demonstranci, których wypowiedzi dla mediów świadczą o tym, że większość nawet nie wie, co oprotestowują i którym brak powagi, bardzo potrzebnej w tej poważnej sytuacji, płk Mazguła opowiadający na manifestacjach o konstytucji i nazywający stan wojenny kulturalnym wydarzeniem, skompromitowany fakturami Kijowski i tonący we własnej megalomanii Wałęsa, bajający o przejęciu władzy.

Prawo-lewo. Lewo-prawo. 

A gdzie jest środek? Gdzie podziali się ludzie rozsądni, myślący samodzielnie, nie poddający się temu cynicznie kreowanemu przez spin doktorów obu stron obłędowi? 

14 lipca

O rozprasowaniu na gładko

Eduardo, lokalny megacelebryta, mistrz plugawienia mowy ojczystej i namiętny miłośnik napojów wyskokowych zmienił swój image. Niestety nie zapuścił długiej grzywy, jak to obecnie u gimbazy w modzie, choć może to i dobrze, bo musiałby ją sobie wpierw wyhodować na plecach, żeby zaczesać, ani nie zaczął ubierać się w stylu młodzieżowym, chociaż Eduardo w rurkach to byłby olśniewający widok. Zmiana, która zaszła jest subtelna, acz wstrząsająco zauważalna. W pewnych okolicznościach. Eduardo pod wpływem promili staje się towarzyski, mowny, wylewny, jowialny i kolokwialny, czego beneficjentami stają się szczęśliwcy przechodzący obok jego domu umieszczonego przy głównej ulicy mojej górskiej miejscowości, na których robi łapanki, by się zwierzyć, bowiem słowa cisną go chcąc się wydostać na świat, koniecznie w obecności audytorium. Któregoś dnia jeden z owych zaszczyconych przez niego szczęśliwców stał się mimowolnym świadkiem tego, jak image mu się zmienił i poniósł tę wieść w świat. Eduardo mianowicie przemówił do owego człowieka kwieciście, kończąc swoją wypowiedź (jak zresztą każdą) słowem z długim, wibrującym rrrr w środku, będącym synonimem nazwy profesji jakoby najstarszej na świecie, do którego artykulacji bardzo starannie się przyłożył, bo jest jego ulubionym i wypowiedział je z przesadną, aktorską wręcz dykcją, czym wprawił w wibracje swoje ruchome uzębienie, które wypsnęło mu się z jamy i złośliwie sturlało na jezdnię, gdzie natychmiast zostało rozprasowane na gładko przez przejeżdżający samochód. Zaskoczony gwałtownym rozwojem wypadków Eduardo cmoknął tylko (już wtedy) bezzębnymi usty, ale szybko się otrząsnął i jak przystało na rasowego pragmatyka błyskawicznie przeszedł z tą stratą do porządku dziennego. Zdecydował też, że zmian do nowego image’u wprowadzać nie będzie, bo i po co poprawiać doskonałość. A przyznać obiektywnie trzeba, że uśmiech Eduardo zyskał znacznie na malowniczości i wyrazie, bowiem widać w nim bezdenną czeluść, z której wypełzają najrozmaitsze przekleństwa, jak robactwo z kloaki…

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger