11 grudnia

Zezwłok

Mam w pracy kolegę, który uwielbia strzelać fochy. Ma taki wewnętrzny przymus, żeby swoje niezadowolenie, zmęczenie i zniecierpliwienie demonstrować fochem. Jak siedmioletni chłopczyk. Obrażony ton, rozdzieranie szat, wymachiwanie rękoma, strojenie min. Te fochy, choć nieszkodliwe, sprawiają, że kolega nie zyskuje sobie u koleżeństwa sympatii, że tak to eufemistycznie ujmę. Ja się z tych jego fochów śmieję i jeśli zdarza się (bardzo rzadko), że foch jest wymierzony we mnie, ostentacyjnie biję koledze brawo chichocząc, co zbija go z tropu skutecznie. Dziś przeszedł samego siebie. Coś tam zespołowo działaliśmy w kilka osób. Maryśce to działanie nie za bardzo szło, co wywołało atak fochowatości u pomienionego kolegi. To był foch bez fonii. Oparł mianowicie głowę o ścianę, wybałuszył oczy, otworzył usta i wywalił jęzor na zewnątrz jamy. Wyglądał jak zwłoki. Naprawdę. Maryśka, która na niego spojrzała, autentycznie się przeraziła. Poderwała się gwałtownie na równe nogi i blada jak ściana nie mogła się zdecydować co zrobić - krzyczeć, czy zemdleć, czy też zrobić coś jeszcze innego. Podążyłem oczyma za jej wzrokiem i ujrzałem, że przeraził ją prosektoryjny wygląd kolegi. Myślała, że zszedł był gwałtowną śmiercią i widzi truchło. Uprzedzając jej krzyk, bo zdecydowała pójść w tę stronę, powiedziałem:
- Spokojnie, to tylko foch.
Maryśka zdusiła wzbierający w niej krzyk i usiadła, a kolega przywrócił swoją fizjonomię do stanu użytkowego zaciekawiony, co też Maryśkę tak wzburzyło, że poderwała się była na nogi tak gwałtownie. Powiedziałem mu, że wystraszył ją swoim fochem á la zwłoki, na co on zwrócił się do Maryśki arogancko (dalszy ciąg focha) słowami, które nawet przy najlepszej wierze trudno byłoby uznać za miłe:
- Było nie patrzeć. Ty zawsze musisz patrzeć tam, gdzie nie powinnaś.
Maryśka oniemiała. Ale tylko na chwilę, gdyż po przetworzeniu komunikatu jej twarz zmieniła kolor z bladości na purpurę, bo szlag ją trafił nagły i gwałtowny, wyzwalając z jej ust komunikat zwrotny o niesamowitym ładunku. Maryśka kilkoma zaskakująco sprawnie dobranymi słowy, obiła rozdęte ego kolegi tak, że przeraźliwie skamląc schowało się pod krzesło. A ja popłakałem się ze śmiechu. 

5 komentarzy:

  1. Dwukrotnie czas zaprzeszły :) Nieźle! Uwielbiam, jak ktoś tak pisze :) Sam niestety nie potrafię tak ładnie pisać :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki Katta, to miłe co napisałeś. Potrafisz, potrafisz. I to lepiej ode mnie. Ja tylko prześlizguję się po powierzchni.

      Usuń
    2. Jak już rozeznam sprawę, rozsądzę Wasz spór, Koledzy:).

      Usuń
  2. Też bym się pewnie popłakała :) Maryśka jednak nie ma nic z przysadką, taki to jednak charakter i tylko książkę napisać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, Maryśka to gotowy materiał na powieść z dreszczykiem

      Usuń

Copyright © 2016 Bzdetnik , Blogger